szukaj
Rozmowa z Mariuszem Frukaczem
Polska animacja: siła czy bezsiła?
Po dwudziestu latach niebytu polska animacja powoli odżywa. Jej odradzanie się i charakter próbuje uchwycić w książce z wywiadami z młodymi twórcami, Mariusz Frukacz, jeden z animatorów tego środowiska.

Joanna Wojdas: Napisałeś, że ta książka ma pokazać, w czym leży siła młodej polskiej animacji. Siła czy bezsiła? W latach 60. animacja to był rzeczywiście mocny nurt, a teraz? Wziąłeś ten temat na warsztat, bo jest ciekawy, czy po prostu nieopracowany?

Mariusz Frukacz: Przede wszystkim uważam, że jest to ciekawe zjawisko. Widzę w nim dużo nieodkrytej energii. To, że temat był nieopracowany, było dodatkowym wyzwaniem. Skoncentrowałem się na intrygujących mnie twórcach, wybrałem filmy. Nazwiska, które stanowią dziś wg mnie o sile polskiej animacji.

Mogą stawać w szranki z polską klasyką i ze światową czołówką?

Sądzę, że tak. Choć trzeba mieć świadomość, jak szerokie to pojęcie - animacja. Ciężko postawić obok siebie twórczość Tomka Bagińskiego („Katedra", „Sztuką spadania"), traktującego animację jak rozrywkę i Wojtka Bąkowskiego czy Normana Leto, którzy używają jej jako osobistej wypowiedzi artystycznej. Przypuszczam, że wkrótce nastąpi renesans polskiej animacji.

 

Prognozy?

W każdym środowisku artystycznym musi zaistnieć lobby, muszą się znaleźć pieniądze, żeby funkcjonować. Nie wystarczy samo robienie filmów, trzeba pojawiać się na festiwalach. O ile pieniądze na produkcję w polskiej kinematografii jeszcze się znajdą, to na promocję już nie.

Chodzi o pieniądze, lobby czy o pewien bezwład? Tomek Bagiński powiedział, że wystarczyło wykonać kilka telefonów, żeby jego „Katedra" była wyświetlana w multipleksach przed dużą komercyjną produkcją, wystarczyła inicjatywa.

W PRL-u były wielkie studia filmowe. Po 1989 roku zaczęły upadać - zmienił się system finansowania, myślenia o produkcji filmowej. Pojawił się problem, co dalej. Część studiów, przekształcona w prywatne spółki, wciąż funkcjonuje. Zostały osoby, które nie zawsze myślą w sposób rynkowy. Dziś niekoniecznie trzeba ponieść duże nakłady, by rozreklamować film. Wystarczy mówić o nim w mediach, pojawiać się w internecie i to zaczyna się kręcić. Tak było w przypadku „Katedry" - reżyser młody i nieznany, producent także, ale nie miał kompleksów, wiedział, że można zrobić to inaczej, wykonał kilka telefonów. To, co wydawało się niemożliwe, okazało się dosyć proste. Dzięki „Katedrze" polska animacja odżyła, przynajmniej w świadomości odbiorców. Teraz zaczyna się renesans - pełnometrażowe filmy w polskich kinach, coraz więcej festiwali, przeglądy. Animacja jako narzędzie występuje już niemal wszędzie - od filmów fabularnych, przez teatr po „Warszawską Jesień". Ale pięć lat temu czy na początku XXI wieku sytuacja była zupełnie inna. Często ludzie robili dyplom i znikali - nie mieli możliwości zadebiutowania, pozostania w zawodzie, stąd też się mówi o straconym - jednym czy dwóch - pokoleniu polskiej animacji.

Obecnie powstaje pierwszy od dawna pełnometrażowy polski film animowany „Jeż Jerzy".

W ostatnim czasie byli „Włatcy móch", ale to zupełnie inna kategoria i nie porównywałbym tych projektów.

To kosztowna produkcja, będzie walczyć o masową, międzynarodową publiczność?

Tak, choć jest to rzecz, która mocno odwołuje się do polskich realiów, do polskich stereotypów i kompleksów - zastanawiam się, na ile będzie zrozumiała zagranicą.

A może właśnie dzięki tej specyfice będzie atrakcyjna?

Krótkie metraże mocno osadzone w polskich realiach, jak „Uwaga! Złe psy" Majewskiego o agencji ochrony i o zabawnych realiach, w których przychodzi nam czasem funkcjonować, spotkały się z bardzo żywym odbiorem zagranicą. A „Jeż Jerzy" to film jak najbardziej nastawiony na szeroką publiczność, ale w odróżnieniu od „Włatców móch" realizowany bardzo starannie. Film, który przy stosunkowo dużym, jak na polskie warunki budżecie, ma opowiedzieć fajną historię, a przy okazji bawić się formą. Widziałem trzydzieści minut filmu i sądzę, że ta pozycja pokaże, że w Polsce ma kto robić pełnometrażowe filmy animowane oraz że jest dla kogo - przypuszczam, że będzie to rzecz żywo komentowana.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że według akademickich standardów animacji, szatan to reklama, komputer i Disney. Polscy animatorzy muszą uczyć się nowoczesnych technik na Zachodzie - w szkołach, albo praktykując w studiach. Czy faktycznie akademia tak stereotypowo rozdziela to, co artystyczne od tego, co komercyjne, oparte na zaawansowanych technologiach?

Wiele osób uważa, że stan polskiej animacji jest kiepski, bo studenci nie uczą się rzemiosła, podobnie wynika z niektórych wywiadów. Pozostaje jednak pytanie, czy studia są jedynym miejscem, gdzie można się tego uczyć.

 

W takim razie, po co studia?

A gdzie uczy się animacji? Przede wszystkim na akademiach sztuk pięknych. Miejsce determinuje sposób podejścia do studenta. Chodzi o wszechstronną próbę rozwinięcia jego osobowości artystycznej -  przechodzi się nie tylko przez pracownię animacji, ale też wiele innych. Techniki uczy się po drodze. Większość ludzi, którzy chcą się wyrażać jako artyści, nie narzeka na brak odpowiedniego środka. Moim zdaniem artyści, którzy z medium uczynili sposób wyrażania się, nie narzekają na brak narzędzi.

Chodzi o wolność wyboru. Może nie mając możliwości poznania różnych technik, wyrażają się w czym potrafią?

Pod koniec lat pięćdziesiątych, kiedy w Krakowie Kazimierz Urbański zakładał pracownię Rysunku Filmowego, studenci nie dysponowali nawet kamerą, a kiedy przerobiona domowym sposobem kamera w końcu się pojawiła, miała zamontowaną rączkę od spłuczki do toalety służącą do wyzwalania zdjęć. Z tych roczników narodzili się Kucia, Antonisz, Czekała - największe gwiazdy polskiej animacji. Każdy miał swój styl, żaden nie był słaby technicznie, potrafił w tych ograniczeniach odnaleźć siebie. Wystarczy popatrzeć na najlepszych młodych twórców dzisiaj - Wojtka Bąkowskiego, Wiolę Sowę i innych - każdy posługuje się inną techniką, jeden ma kamerę, inny pracuje na komputerze, itd. i próbują znaleźć sposób wyrażania siebie. Na brak narzędzi narzekają ci, którzy próbują iść w stronę kina komercyjnego, masowego.

Chodzi mi bardziej o odkrywczość: akademia prowokuje albo do tradycjonalizmu, albo do "majsterkowania". To ostatnie można bez szkoły. Czy szkoła polska nie uwstecznia artystów?

Jest sporo twórców, którzy kontynuują klasyczną drogę. Ale to nie jest problem tylko polskiego podwórka. Jak się ogląda filmy z Francji, Estonii, Japonii, czy Kanady, z krajów przodujących w sztuce animacji, też nie są super odkrywcze. Te odkrywcze to perełki, występujące gdzieś na peryferiach. Wydaje mi się, że u nas jest podobnie - są i perełki, i mainstream, nie w sensie komercji, ale kontynuacji tradycji.

Na świecie o naszej tradycji mówi się - ponura. Niechęć do groteski, ironii, śmiechu, a także rozrywki?

Takie pytanie pojawia się za każdym razem, kiedy juroruję czy uczestniczę w zagranicznym festiwalu. Mówi się o polskich filmach, że są smutne, ponure, depresyjne, ale niektórzy nazywają to  pogłębioną refleksyjnością. Docenia się to, że Polacy nie boją się podejmować tematów w sposób głębszy, nie koniecznie ślizgając się po powierzchni. Co nie znaczy, że nie potrafimy się śmiać.

To fałszywy podział. Sama powaga nie oznacza głębi. Może być banałem, tylko upozowanym na refleksyjność. Śmiech czasem może sięgać głęboko pod powierzchnię.

Tak. W ten sposób uprawia kino Janek Koza czy Maciek Majewski. Śmieją się ze spraw, o których inni mówią w sposób poważny. To kwestia wyboru strategii. Większość wypowiada się jednak w tonie poważnym. Można to uznać za kontynuację tradycyjnej  przypowiastki filozoficzno-refleksyjnej. Nie zawsze to jest stricte kontynuacja, ale duch animacji z lat 60. wciąż się unosi nad naszym filmem. A propos odbioru na Zachodzie, podkreśla się wysoki poziom warsztatu plastycznego naszych produkcji. Polskie filmy często opowiadają formą, plastyką, nie tylko treścią. Można to samo opowiedzieć prościej, przy pomocy samej anegdoty, ale specyficzne użycie koloru, światła, faktury powoduje zupełnie inny odbiór.

 

Czy animacja nie jest wyalienowana z innych sztuk? Nie nawiązuje - no może oprócz Tomka Kozaka czy Janka Kozy - do tematów, którymi żyją sztuki wizualne, teatr, itd. Chodzi mi o odniesienia do rzeczywistości, do aktualnych tematów.

Zależy od twórcy. Różnorodność to zaleta i przekleństwo polskiej animacji, trudno generalizować. Jest wielu twórców, którzy śledzą, a nawet wyprzedzają sztuki wizualne, na przykład Tomek Kozak, Wojtek Bąkowski, Norman Leto. Nie obce jest im to, co dzieje się w galeriach. Przypuszczam, że film animowany wyrobił sobie własny język i wielu go nie przekracza. Podobnie jest w filmie fabularnym: większość robi filmy według sprawdzonych metod, rzadko wykracza poza utarte ścieżki.

Powstaje animacja indywidualistów. To słabość, czy siła?

W 100 proc. siła. Nie miałbym ochoty rozmawiać z 21 twórcami, którzy robią takie same filmy. Starałem się wręcz dobierać do rozmowy ludzi z różnymi punktami widzenia. Ale to z naszej perspektywy te filmy są bardzo różnorodne, na Zachodzie wciąż mówi się o szkole polskiej i można  ją bezbłędnie wyłowić. Z mojej perspektywy nie ma silnej dominanty, która by to wszystko spajała, choć można próbować skanalizować to w kilka dróg. Nie jest tak, jak w latach 60., czy 70. - że jest system i  trzeba się do niego ustosunkować. Teraz nie ma jednej metanarracji. Może to i dobrze, dzięki temu zjawisko jest ciekawsze.

Napisałeś, że artyści problematyzują siebie, relacje międzyludzkie. Zaangażowanie jest marginalne. Tymczasem w innych sztukach, po okresie indywidualizmu, dużo mówi się o polityczności sztuki. W animacjach, które widziałam, tylko u Tomka Kozaka czy u Janka Kozy widać celową wypowiedź zaangażowaną, filmy innych twórców można co najwyżej interpretować pod tym kątem.

Oglądając filmy, chcę także odnajdywać w nich świat, w którym żyję, jego krytyczną analizę. W polskich animacjach znajduję takie odwołania, choć nie zawsze sami twórcy się z tym zgadzają. Wojtek Bąkowski dotyka bardzo współczesnych problemów, bolesnych, mocnych, świeżych. Sam natomiast nie czuje w sobie tego zaangażowania i wierzę, że nie ma takiej intencji. Inaczej Tomek Kozak, który otwarcie deklaruje chęć walki z fantazmatami, które funkcjonują w kulturze, także na gruncie kina animowanego. Myślę, że dziś w polskiej animacji nie znajdziemy Artura Żmijewskiego, który wpisuje w swą twórczość pewien projekt zmiany. Twórcy animacji raczej prowokują do rozważań nad ludzką naturą niż wzywają do wyjścia na barykady.

Być może jest to kwestia dystansu czasowego. Niedawno czytałam artykuł na temat „Kronik Nonkamerowych" Antonisza, artysty odcinającego się od ówczesnej rzeczywistości, interpretujący je jako właściwe, ukryte za maską ironii, kroniki tamtych czasów.

Jeśli cofniemy się do lat 60., 70.  i popatrzymy na filmy Szczechury, Kijowicza, Czekały, to na dobrą sprawę są to wypowiedzi polityczne. Z racji czasów, w których powstawały i z racji dystansu historycznego mogą być tak odczytywane. Przygotowuję teraz pokaz do Stockholmu na temat cenzury w animacji. Oprócz tego, że kilka filmów zostało skazanych na niebyt festiwalowy i latami leżały na półkach, uderza wszechobecna gra z cenzurą. Wiele dzisiejszych filmów odnosi się do problemów konsumpcji i nowych mediów, do rzeczywistości tu i teraz, choć nie jest programowo zaangażowana. Być może za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat zostaną uznane za krytyczną kronikę naszych czasów?

Być może trzeba zostawić artyście pole wolności, wtedy ewentualna myśl społeczna, czy też polityczna pojawi się w sposób naturalny, a nie wymuszony programem.

Często jak ktoś chce coś na siłę wykrzyczeć, traci siłę artystycznego przekazu. Najfajniejsze rzeczy, które mówią o otaczającej rzeczywistości, są mówione bezwiednie.

*****

Dlaczego polska animacja nie ma porządnej strony internetowej? 

Po raz kolejny dotykamy problemu środowiskowego i problemów z promocją polskiej kinematografii. Bo czy jest dobra strona poświęcona polskiemu dokumentowi, filmowi fabularnemu? Nie ma. Są bazy, strony pasjonatów, nie ma jednego kanału. Zastanawiam się natomiast, czy jest to potrzebne. Jeżeli komuś zależy to znajdzie potrzebne informacje o polskiej animacji.

Bardziej chodzi mi o możliwość obejrzenia choćby fragmentów filmów w internecie.

Problemem jest strona plastyczna filmów, niektóre powstają na taśmę 35 milimetrów, gdzie każdy detal, kolor jet istotny, a brak w nich tego, co się sprawdza w Internecie - gagu. Wrzucenie w kiepskiej jakości do małego okienka zabije taki film. Z animacją jest tak samo, jak z tymi, którzy nie oglądają filmów w telewizji, czy w komputerze, tylko - tak, jak zażyczył sobie twórca - chodzą do kina. Niektórych twórców nie można znaleźć w Internecie, można za to w galerii, czasem na jakichś pokazach. Pogodziłem się z tym. I tak jest tego dużo więcej niż dziesięć lat temu. Więcej pokazów, festiwali, PWA zaczęło wydawać serie z polską animacją, mamy już cztery boksy, będą kolejne. Wierzę, że te filmy, jeśli są wystarczająco dobre, przetrwają bez pokazywania ich na YouTubie. Choć i tak dużo ich można tam znaleźć.

Nie próbuje się ich wprowadzić do kina?

Świetnym przykładem były pokazy na pięćdziesięciolecie polskiej animacji sprzed pięciu laty. Przyciągały dzikie tłumy. Próbujemy wskrzesić tę ideę, stworzyć zestawy, które będą mogły być pokazywane w kinie. Problem jest taki, że te filmy są krótkie, jeśli ktoś chce zrobić godzinny pokaz, musi zapłacić prawa autorskie za sześć, czy dziesięć filmów, co przestaje być ekonomicznie. Ale jestem przekonany, że tego roku już jesienią w dużych miastach będą takie pokazy z okazji Międzynarodowego Dnia Animacji.

  

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj