Krystyna Sienkiewicz: Jestem siłaczką
Jestem siłaczką
Krystyna Sienkiewicz zmarła w nocy 12 lutego. Miała 81 lat.
„Tak, jestem siłaczką. Na scenie śmieję się, figluję, tańczę. Ale w prawdziwym życiu nigdy nie narzekam”.
Sebastian Skalski/Fotonova

„Tak, jestem siłaczką. Na scenie śmieję się, figluję, tańczę. Ale w prawdziwym życiu nigdy nie narzekam”.

Krystyna Sienkiewicz na planie serialu „Na dobre i na złe”, 2000-2001 r.
Krzysztof Jarosz/Forum

Krystyna Sienkiewicz na planie serialu „Na dobre i na złe”, 2000-2001 r.

Rozmowa z Krystyną Sienkiewicz, aktorką i piosenkarką, o powrocie na scenę i do zwykłego życia po udarze, ukazała się w POLITYCE w lipcu 2015 roku.

***

Barbara Pietkiewicz: – Wystąpiła pani ostatnio w telewizji w czarnych okularach z perłami. Nigdy dotąd nie zasłaniała pani chyba oczu?
Krystyna Sienkiewicz: – Powiedziałam na wizji, że pobiła mnie rodzina. Mam 6 kotów i 2 psy i jestem przez nie podrapana. Przez tę rodzinę. Zabawnie było. Śpiewałam.

Nie mówi pani jeszcze jak przed wylewem, ale kiedy pani śpiewa, to tak, jakby go nigdy nie było. Bez skazy. Wylew zatrzymał się przed śpiewaniem?
Ja jestem aktoreczka, piosenkareczka, malarka, pisarka. To moje zawody. Ich nie można z mózgu gdzieś wyrzucić. Wszystko inne wypadło. Napisałam bajkę dla dzieci w zbiorze, w którym wydrukowano bajki autorstwa znanych ludzi. W tym samym dniu, w którym leżałam już w szpitalu po udarze, przesłano z wydawnictwa pieniądze i zostawiono mi je w moim domu. Musiałam się w szpitalu podpisać pod dokumentem o odbiorze. Nie umiałam. Nie wiedziałam, kim jestem. Próbowałam i próbowałam, aż postawiłam parafkę. Nie wiedziałam, że to parafka, ani co ona oznacza.

Kim pani była?
Nikim. Nudnym nikim. Nie miałam dnia ani nocy. Miałam tylko ciało, bo podłączano do niego kroplówkę i balon na siku. Wstydziłam się tego wszystkiego. Całe szczęście, że przez siedem dni nie musiałam się wypróżniać.

Paraliż?
Nie, tylko mózg, lewa półkula. Przyszła moja gospodyni Luba. Pokazałam na migi: co? Już wiedziałam, że udar. Jaki mam zawód? Aktorka. Krystyna Sienkiewicz. Tylko gdzie ta Sienkiewicz mieszka? Położyli mnie na łóżku dla vipów. Leżał tam Wajda – powiedzieli.

A mówienie?
Nic. Wciąż ten udar we mnie w środku śmierdział. Do dziś śmierdzi. Ale zaczęłam rysować na kartkach. Przychodziły kolejki lekarzy zdziwionych, że mogę.

Bo malowania – pani skończyła przecież liceum plastyczne i Akademię Sztuk Pięknych – żaden udar też pewnie z mózgu nie jest w stanie wyrzucić. Jak śpiewania.
Wróciłam do domu. Logopedka mówiła – powtórz: pies, powtórz: bocian. To ja rysowałam kota, psa, bociana. A teraz zaśpiewaj „100 lat”. I zaśpiewałam bezbłędnie. Zaczęłam śpiewać swoje piosenki. Pamiętałam je wszystkie. Uczyłam się mówienia śpiewem.

Urodziła się pani, tak jak i ja, jeszcze przed wojną. Chód już nie ten, aparycja nie ta, ale na scenie staje się cud. Pani gubi swój wiek, nie ukrywając go, kpiąc z niego, pani fruwa lekka jak piórko, daje show. Zatkało mnie, przyznaję.
Bo dobry zawód sobie wymyśliłam. Jestem jak znaczek na kopercie. Przyklejam się do ludzi na widowni. Zawsze mi się wydaje, że każdego widzę tam z osobna. I dla niego jestem. Poza sceną nie zbliżam się zanadto do ludzi. Boję się, że wezmą ode mnie energię jak wampiry. Potrzebna jest mi na scenę. Tam ją daję, wyrzucam z siebie. Nikt mi jej wtedy nie zabiera. Na scenie ma się siłę.

Wróci pani na scenę?
Wrócę. Bardzo ciężko pracuję i z logopedką, i sama, żeby wrócić. Godzinami. Przed udarem dostałam śliczną rolę od Emiliana Kamińskiego, piękną. Byłam u nich w Teatrze Kamienica. Trochę rozmawiałam i byłam szczęśliwa, że znów jestem na kawałku podwórka, po którym chodzę od czasu Studenckiego Teatru Satyryków, przez całe zawodowe życie. Ale nie mogłam nauczyć się roli na pamięć. Odmówiłam też roli w „Na dobre i na złe”. W moim mózgu nie ma kleju. Ale będzie klej.

W pani książce „Cacko” przeczytałam, że kiedy brała pani pierwszy ślub, w drzwiach wynajmowanego pokoju zostawiła kartkę: „Wyszłam za mąż, zaraz wracam”. To teraz „miałam udar, zaraz wracam”.
Stara, chora, brzydka, łysa, no nie, włosy mam nadal bardzo dobre i stoję w kącie przy ciepłym kominku. Tak bym siebie widziała, bez sceny, bez grania. Mogłabym dalej malować, pisać książki, moja poprzednia „Cacko” miała pięć dodruków.

Ale to nie to? Jak pisała Osiecka: „Erzac, cholera, nie życie”?
Nie życie.

Ale dotąd było udane?
Jeśli się kocha to, co się robi, a ja kochałam, życie jest zawsze udane.

Jak wiele pięknych aktorek została pani na starsze lata sama.
Miałam dwóch mężów. Z pierwszym się rozwiodłam, bo wyjechał śpiewać do Niemiec, a mego ojca Niemcy zabili w obozie koncentracyjnym. Więc jak ja mogłam tam jechać? Drugi umarł na raka. Wierzę, że gdzieś na świecie istnieje nasza druga połowa. Nie znalazłam swojej. Może dlatego, że nie szłam po życiu, tylko biegłam. I to zakolami. Wtedy późno się mądrzeje. Ze mną też tak było. Za późno stałam się mądra. Ale choć połówki jabłka nie znalazłam, to miałam kilka naprawdę bardzo dobrych duplikatów.

A miłość?
Przeżyłam pięć wielkich miłości z finałami takimi sobie. A teraz, gdy chcę wiedzieć, czy mnie kto kocha, siadam na kanapie obok mego psa. On mi patrzy w oczy i merda ogonem. I wiem, że mnie ktoś kocha. Przez całe lata kochała mnie publiczność, a ja ją. Zawsze miałam poczucie, że na widowni jest tylu wspaniałych facetów, którzy mnie kochają, że nie muszę mieć żadnego z nich na wyłączność.

Nie urodziła pani dziecka.
Mogłam, niejedno, ale nigdy nie spotkałam mężczyzny, z którym chciałabym je mieć. Zresztą ktoś, kto, jak ja, nie miał dzieciństwa, a tylko bachorstwo, bo w ósmym roku życia zostałam sierotą bez ojca i mamy, nie powinien rodzić dzieci. Z bachorstwa nigdy się nie wychodzi. Jest nieuleczalne.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj