UE: Facebook wie o nas zbyt wiele?
Prywatność w epoce Big Data
Biurokraci z UE zastanawiają się, czy serwisy społecznościowe nie gromadzą zbyt wielu danych o swych użytkownikach. Jeśli powstanie jakaś nowa dyrektywa w tej sprawie, już na starcie będzie opóźniona wobec rzeczywistości, która dzieje się w Sieci.

Co serwisy społecznościowe robią z naszymi danymi osobistymi? To pytanie powraca regularnie jako temat zainteresowania mediów i polityków. W tym tygodniu dobrym pretekstem jest spotkanie unijnej grupy roboczej ds. prywatności, która ma między innymi zająć się praktykami Facebooka. Sprawę nagłośnił brytyjski dziennik „Telegraph” opisując wszystkie niegodziwości serwisu społecznościowego obsługującego już 800 mln użytkowników.

Serwisy społecznościowe nie dość, że zbierają skrzętnie każdą informację, to jeszcze zamieniają ją na pieniądze oferując coraz bardziej wyrafinowane usługi reklamowe i marketingowe. Klienci mogą mieć wiele powodów do obaw i niezadowolenia. Może im się nie podobać to, że są celem profilowanej reklamy behawioralnej, w której komunikat jest precyzyjnie dopasowywany do charakterystyki osoby, jaka powstaje na podstawie danych zostawianych - świadomie i bezwiednie - w serwisie. Fakt że ktoś - w tym przypadku firma prywatna - gromadzi dane osobiste i w konsekwencji wie więcej o każdym z nas, niż my sami o sobie, może budzić jeszcze większy niepokój.

Problem w tym, że profile można tworzyć nie tylko w oparciu o dane bezpośrednie, np. z autoprezentacji na Facebooku, w której użytkownik ujawnia swe preferencje polityczne, seksualne i zainteresowania. Wiadomo, że często takie deklarację są fałszywe. O wiele lepiej od nich mówią o orientacji seksualnej lub politycznej użytkownika jego rzeczywiste zachowania w Sieci.

W czym jednak problem? Przecież banki robią to samo od dawna, gromadząc najbardziej intymne, bo dotyczące pieniędzy, informacje o swoich klientach. Banki jednak nie wzbudzają takiego niepokoju, jak praktyki serwisów społecznościowych. Dlaczego? Na pewno dlatego, że działalność banków jest ściśle regulowana. Banki nie mają żadnego interesu, żeby osobiste dane klientów udostępniać innym firmom. Wszak nie żyją z reklamy, lecz ze sprzedaży usług i produktów finansowych. Najważniejszym ich zasobem jest zaufanie. Ostatecznie przyzwoitość banków skutecznie kontroluje konkurencja.

W przypadku serwisów internetowych sytuacja jest bardziej skomplikowana. Facebook praktycznie nie ma konkurencji, więc jego użytkownicy mają kiepską alternatywę: jeśli im się praktyki serwisu nie podobają, mogą oczywiście z jego usług nie korzystać. Dla wielu osób jest to jednak dziś zbyt wysoki koszt.

Z tego samego powodu pomysły Unii Europejskiej, aby administracyjnie regulować Facebooka, mogą mieć ograniczoną skuteczność.

Podgryzanie Zuckerberga
Odpowiedź teoretycznie jest prosta: najlepiej, gdyby Facebook miał konkurencję. Niestety, urok cyfrowej gospodarki sieciowej polega na tym, że rozkład statystyczny działających w niej podmiotów jest rozkładem potęgowym. Mówiąc prościej, zwycięzca bierze wszystko - na świecie nie ma miejsca dla dwóch Facebooków, w Polsce nie ma miejsca dla dwóch nk.pl, walka jest co najwyżej między lokalną nk.pl, a globalnym Facebookiem.

Na dodatek, świat cyfrowej gospodarki sieciowej jest światem Big Data - dane są w nim wszystkim: złotem, ropą naftową i diamentami jednocześnie. To surowiec, który dopiero zaczyna być przetwarzany, a stopień wyrafinowania metod wciąż jest na poziomie zaawansowania technicznego maszyny parowej Watta. Stawką jest real time data analysis, badanie strumieni danych w czasie rzeczywistym, by na tej zdolności budować nie tylko ofertę marketingową, lecz coraz bardziej wyrafinowane usługi. Nawet takie, jak samochód bez kierowcy, nad którym pracuje Google.

Problem największy polega na tym, że popychana przez rozwój technologii rzeczywistość ucieka coraz szybciej przed legislatorami, regulatorami i zwykłymi użytkownikami. W czasie, w którym Unia Europejska przygotowuje i wprowadza jedną dyrektywę, na rynku pojawia się kilka przełomowych innowacji, kwestionujących sens nowego prawa zanim dobrze wejdzie w życie. YouTube w ciągu pięciu lat zmienił całkowicie pojęcie przestrzeni audiowizualnej, Facebook w podobnym czasie przewrócił do góry nogami myślenie o prywatności.

Trudno się z tym pogodzić, jeszcze trudniej znaleźć adekwatne rozwiązania dla wyzwań związanych z tempem i głębokością zmian. Dlatego coraz częściej pojawiają się scenariusze rozwoju internetu, w których użytkownicy zmęczeni chaosem zmiany i rosnącym poczuciem zagrożenia mówią: dość. A politycy, wyczuleni na nastroje publiczne, zamieniają niepokój w konkretne działania legislacyjne, które w ich mniemaniu mają zwiększyć bezpieczeństwo użytkowników Sieci, a w praktyce doprowadzić mogą do załamania jej rozwoju.

Co gorsza, ci sami politycy - i działające w ich imieniu służby państwa - mają nie mniejszą niż cyfrowy biznes ochotę, aby dobrać się do danych, by zwiększyć kontrolę nad społeczeństwem. Dlatego - niezależnie od poziomu rozwoju technologii - nieustannie aktualny jest klasyczny dylemat demokracji: wolność czy bezpieczeństwo?

Tego dylematu nie rozstrzygną eksperci, nie ma dla niego technokratycznych rozwiązań. To zadanie dla nas, obywateli.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj