Młodzi boją się wejść w dorosłość. I nie odbierajmy im tego prawa
Ku przestrodze, ku pokrzepieniu serc
Czy 18-letnia osoba, poddawana ciągłym presjom z zewnątrz, jest w stanie zaplanować całe swoje życie? – pisze w liście do POLITYKI początkująca studentka.
Tumblr

Kasia Bayer, autorka listu
Archiwum prywatne

Kasia Bayer, autorka listu

Pisał Mickiewicz, pisał Sienkiewicz, a dzisiaj napiszę ja. Nie myślcie, proszę, że czuję się komfortowo, stawiając się w tak bliskiej odległości od tak znanych nazwisk. Wiemy wszyscy, że są to wzory niedoścignione, doceniane na całym świecie, posługujące się językiem polskim w sposób zbyt kunsztowny, aby to opisać. Ja za to postaram się napisać ciekawie.

Od pięciu miesięcy jestem absolwentką jednego z polskich liceów. Od 3 miesięcy mogę biegać po ulicy z moim świadectwem maturalnym i pokazywać każdemu, kto chciałby poświęcić mi chwilę, jakie to osiągnęłam oszałamiające wyniki. Od dwóch miesięcy wiem, gdzie i co będę studiować. Od miesiąca wiem, gdzie będę przez najbliższy rok mieszkać. Od tygodnia siedzę w Warszawie. Czekam na pierwsze ćwiczenia. Od 18 lat stresuję się wejściem w dorosłość.

Nie jest łatwo. Od momentu, w którym pierwszy raz otwierasz usta, wszystkie ciocie pytają, czy będziesz lekarzem czy może prawnikiem. Dla 3-latka siedzenie przez pół dnia w zamkniętym pomieszczeniu, ze stertą papierów albo narzekającym człowiekiem po drugiej stronie biurka, nie wydaje się najlepszym możliwym sposobem na wykorzystanie czasu. Większość dzieci woli być kosmonautami, cyrkowcami, fryzjerkami, stewardesami, opiekunami zwierząt w ZOO, sportowcami. Większość cioć owe pomysły wyśmiewa, twierdząc, że dziecko i tak zmieni zdanie. Owszem, najczęściej pomysły 3-latków na ich przyszłe zawodowe życie biorą się z ostatnio obejrzanych bajek i filmów, ale czy to koniecznie znaczy, że są złe? Zresztą dlaczego maltretujemy dzieci pytaniami o ich karierę w momencie, kiedy nie mają one pojęcia, czym są chemia, ilu kości trzeba się nauczyć na pierwszą wejściówkę z anatomii, kiedy dzwoni się do notariusza, czym jest zwolnienie warunkowe, L4 czy PIT.

Potem przychodzi pewne rozluźnienie, rodzina usłyszała pierwsze twoje pomysły na życie, pojawiają się nowi kuzyni, rodzeństwo, teraz oni mają palmę pierwszeństwa w wymyślaniu na szybko jakiegoś ciekawego zawodu, żeby zadowolić uszęta cioci Ewy. Nie bój nic, jeszcze do ciebie wrócą. Będziesz wtedy mieć 14 lat i wtedy, wtedy już będzie czas najwyższy, żebyś wybrał między prawem i medycyną. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn właśnie te dwa kierunki są ową Mekką, do której powinniśmy się wszyscy udać. O! Przepraszam! W coraz to nowocześniejszych rodzinach mówi się jeszcze o informatyce. Wyjścia są dwa: wybierasz prawo, z ciocią masz spokój, a w głowie nadal snujesz plany otwarcia wielkiego hotelu w centrum Warszawy albo mówisz otwarcie o tym, co chcesz w przyszłości robić, trafiasz lepiej lub gorzej, jeżeli to hotel, to ciocia chwilę z politowaniem się pośmieje, może rzuci coś o tym, co ona myślała, jak była młoda, a potem wujkowi opowie, jacy to młodzi teraz naiwni. Jeżeli mówisz, że chcesz być nauczycielem albo nie daj boże fryzjerką, ciocia patrzy z wyrzutem na rodziców, zastanawiając się, jak oni mogli cię tak wychować.

Następne spotkanie, 2 lata później. Zbliża się to nieubłagane „A ty co będziesz robił za 10 lat?”. Czasami doprawione szczyptą ciociowego humoru w postaci zdań takich jak: „My tacy biedni, dorzucisz się cioci do emerytury”, ewentualnie „Ktoś musi nas leczyć na starość”. Ty, Bogu ducha winny nie pamiętasz, czy wybrałeś bycie lekarzem czy prawnikiem, ale zachęcony perspektywą zadowolenia cioci i uratowania opinii o twoich rodzicach, odpowiadasz zdecydowanie, z pełnym przekonaniem: „Ja, ciociu, idę na medycynę”. Myślisz, że zrobiłeś dobrze? Dumnyś? Ha! Pudło, ciocia nadal pamięta, że ostatnio, jak pytała, z całego serca chciałeś być prawnikiem. W tym momencie tracisz wiarygodność. Nadal lepiej niż otworzenie własnego SPA, ale pewien niesmak pozostaje, bo ciocia już snuła plany wszczęcia małej wojenki na pisma urzędowe, z sąsiadką zza płotu. No ale ciocia wie, że młode to to i niezdecydowane, skoro chce być lekarz, niech będzie lekarz. Znajomi będą zazdrościć.

I zaczyna się klasa maturalna, masz 18 lat, taki jesteś poważny, takiś obyty, taki doświadczony. Niektórzy zaliczyli już pierwszą wakacyjną pracę, inni nadal nie wiedzą, jak zrobić pranie. Ale luty zbliża się coraz szybciej i trzeba wypełnić deklaracje maturalne. Coraz poważniej zaczynasz rozważać to prawo. Dlaczego? Wszyscy od lat wmawiali ci, że to jedna z dwóch właściwych ścieżek życiowych. Nauczycielem chciałeś być? Pracy nie ma. Psychologiem? Udaje się tylko kilku osobom. Biotechnologia? W Polsce nie ma możliwości. Politologia? Potem wybierasz McDonald’s czy KFC? Poza tym teraz poza ciocią pojawia się nowy wróg. Rówieśnicy. Wszyscy oszałamiająco pewni tego, co chcą robić. Maciek idzie na informatykę, Kinga na medycynę, Filip na SGH, Laura na lingwistykę. I wtedy zaczynasz się zastanawiać: udają czy to z tobą jest coś nie tak? W końcu nadchodzi 7 lutego. Potwierdzasz, że w maju będziesz zdawać to i tamto. Jakie studia? Słyszysz od dyrektora – Mam parę opcji, ale to się jeszcze zobaczy – odpowiadasz, nie chcąc dać po sobie poznać, że równie dobrze mógłby zapytać o to twojego psa i bylibyście tak samo pewni odpowiedzi.

W maju jest nieźle, wchodzisz, piszesz, wychodzisz, idziesz do domu, śpisz. I tak przez dwa tygodnie. Potem upragnione wolne? Nie. Potem rekrutacja. I tak 4 z założenia wolne miesiące luzu i pełnego relaksu zamieniają się w walkę z samym sobą, pytania o sens życia, zwątpienie we własne możliwości, rozważania, czy te studia są właściwie potrzebne, snucie planów otwarcia tego hotelu, a potem obserwacja, jak poszczególne kondygnacje pięknego dwudziestopiętrowego budynku padają w zderzeniu z wychowaniem, tradycją i przekonaniami cioci, brakiem wsparcia ze strony najbliższych, do podjęcia ryzyka oraz systemem internetowej rejestracji kandydatów, w którym to podejmujesz ostateczną decyzję co do tego, jak spędzisz najbliższe 3 do 5 lat.

Potem masz już tylko walki z USOS-em, dziekanatem, przeprowadzkę i nowe otoczenie. Czasu na rozważanie i ewentualne kwestionowanie podjętych przez siebie wyborów nie ma za dużo. Aż w końcu przychodzi moment, w którym twoje nowe łóżko stoi w odpowiednim miejscu w nowym pokoju, nowe biurko jest oświetlane przez nową lampkę, a ty siadasz przed starym laptopem i zaczynasz czytać wpisy innych ludzi o tym, co ich spotkało po studiach.

Nie jest łatwo. W większości straszą brakiem pracy, nawet ci po prawie (tutaj pozdrowienia dla cioci) – brakiem możliwości do rozwoju, pracą za 300 złotych na miesiąc. Ręce zaczynają ci się trząść, zaczynasz coraz bardziej zazdrościć znajomym ze szkoły, którzy już w lutym wiedzieli, jak rozwinie się ich kariera. Spokojnie. W większości tylko ci się wydawało, że są pewni tego, co chcą robić. Filip zastanawia się, czy nie trzeba było wybrać informatyki, Laura wzięła rok wolnego, Kinga boi się krwi i nie wyobraża sobie sprzątać po kimś w szpitalu, Janek zaś poszedł na studia, żeby wyrwać kilka dziewczyn i posmakować tego spektakularnego, mitycznego właściwie „studenckiego życia” – od tygodnia pije z kumplami wódkę, ale teraz mają przerzucić się na Amarenę w ramach cięcia kosztów. 

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj