Historia. PRL w dziesięciu tomach
Diariusz Rakowskiego
Od redakcji: Mieczysław Franciszek Rakowski był ważną postacią w dziejach PRL. W latach 1945–1949 oficer LWP, do 1957 r. pracownik polityczny KC PZPR, potem – do 1982 r. – nieprzerwanie redaktor naczelny wpływowej „Polityki”. W latach 1982–1985 wicepremier, a od 1988 r. premier rządu, który rozpoczął pewne reformy polityczne i gospodarcze. W lipcu 1989 r. objął funkcję I sekretarza PZPR, którą pełnił do rozwiązania partii w styczniu 1990 r. i przekształcenia jej w SdRP. Od kwietnia 1958 r. przez 32 lata prowadził dzienniki, których dziesiąty i ostatni tom ukazał się w tym roku. Jak się ma historia zanotowana przez Rakowskiego do wiedzy zawodowych badaczy dziejów? „Dzienniki polityczne” MFR analizuje wybitny historyk współczesnej Polski prof. Andrzej Friszke.

Dzienniki Mieczysława F. Rakowskiego stanowią niezwykłe świadectwo minionej epoki. Autor spisywał spostrzeżenia, wrażenia, rozmowy przez kilka epok politycznych, od tzw. małej stabilizacji Gomułki, przez dekadę Gierka, burzliwe lata osiemdziesiąte, aż do pierwszych miesięcy rządów solidarnościowych. Trudno znaleźć dzieło porównywalne – diariusz polityka o tym stopniu szczegółowości i szczerości prowadzony przez tak wiele lat.

Rozpoczynając swój dziennik Rakowski był blisko centrum władzy, ale jeszcze nie w jej wąskim kręgu. Był pracownikiem KC PZPR i niedawno został naczelnym redaktorem „Polityki”, tygodnika, który miał się przeciwstawiać pomysłom zbyt głębokich zmian istniejącego systemu, ale zarazem miał podtrzymywać kontakt ze zwolennikami niedawno przeżywanego Października. Nastąpiła wtedy erupcja nadziei na odzyskanie suwerenności, racjonalizację gospodarki, pogodzenie komunizmu z ideami wolności. Czy były to nadzieje realne, to rzecz inna. W 1956 r. organizowały jednak wyobraźnię setek tysięcy ludzi, w tym wielu – jak o sobie mówili – młodych komunistów. W 1958 r. było już wiadomo, że czas takich nadziei minął i tych, którzy uparcie nie chcieli się ich wyrzec, nazywano rewizjonistami. A rewizjonizm był czymś w rodzaju herezji w dawnych wiekach. „Polityka” miała się rewizjonizmowi przeciwstawiać, ale w taki sposób, by podtrzymać kontakt myślowy z tymi, którzy herezjom ulegali. Jej zespół szybko zdominowali młodzi przeważnie dziennikarze, którzy świetnie pamiętali 1956 r. i ślady owego rewizjonizmu w nich pozostawały. Rakowski był jednym z nich.
 
 

Pochodził z chłopskiej rodziny w dawnym zaborze pruskim. Wojna odcisnęła na nim wyraźne i mocne piętno. Stracił ojca, zarabiał na życie jako robotnik, w 1945 r. znalazł się w ludowym wojsku. W 1946 r. wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej, od 1948 r. był w PZPR. Z wojska przeszedł do aparatu Komitetu Centralnego, studia ukończył w Instytucie Nauk Społecznych przy KC. Te szczegóły biograficzne mają znaczenie, gdyż formowały sylwetkę ideową Rakowskiego i określały więzy przynależności tak silne, że nie zerwał ich nawet wtedy, gdy miał zasadnicze wątpliwości. Jednocześnie inteligencja i duża erudycja nakazywały mu realistycznie patrzeć na otaczającą rzeczywistość i wyciągać krytyczne wnioski. „Dzienniki” są zapisem zmagań autora, który z jednej strony akceptuje rzeczywistość polityczną i swoje w niej miejsce, z drugiej zaś buntuje się przeciw ograniczeniom i licznym anachronizmom systemu.

 

"Dziennik” jest jednak nie tylko zapisem świadomości autora. Najciekawsze jest to, co Rakowski rejestruje z rozmów, z dyskusji, rytuałów rządzącej elity, jakie zauważa konflikty ideowe i personalne. A zapisuje bardzo wiele i na bieżąco. Czytamy notatki z rozmów z ludźmi należącymi do ścisłego kręgu władzy, łącznie z kolejnymi szefami partii. Poznajemy ich opinie, nieraz bardzo różne od wypowiadanych publicznie. Śledzimy przebieg personalnych i grupowych rywalizacji. Poznajemy mechanizmy sprawowania władzy w tamtym ustroju, tryb podejmowania ważnych i nieistotnych decyzji, ślady radzieckich nacisków, które ograniczają pole manewru polskich komunistów.

Rakowski szybko zdaje sobie sprawę z tych ograniczeń, rytuałów, obsesji. Krytycznie je obserwując, nieraz buntując się (w „Dziennikach”) przeciw nim, zarazem traktuje je jako element rzeczywistości, obiektywnych reguł polityki w naszym zakątku Europy. Ale właśnie w naszym zakątku, bo jest ciekawy świata, nie nosi w sobie agresji wobec Zachodu, zauważa wzory nowoczesnego dziennikarstwa i umie odróżniać prawdziwą kulturę od propagandy. Stąd też nawiązuje szerokie kontakty w środowiskach artystycznych, literackich, naukowych, przyciąga ambitnych i pragnących się wyzwolić ze sztampy dziennikarzy. Stopniowo powstaje krąg redaktorów i współpracowników „Polityki”, a ona sama staje się pismem niezwykle atrakcyjnym dla setek tysięcy polskich inteligentów. Co więcej, jest czytana także w innych krajach bloku, także w Związku Radzieckim, gdzie jest „oknem” na Zachód. „Polityka” jest partyjna, zaangażowana, ale zarazem otwarta, nowoczesna, zdroworozsądkowa. Budowanie przez Rakowskiego takiego pisma i obrona jego specyfiki – nie przez wszystkich zwierzchników w KC akceptowanej – jest stałym wątkiem pierwszych tomów dziennika.

Te cechy „Polityki” powodują, że w połowie lat sześćdziesiątych pismo zyskuje wpływowych i licznych wrogów, którzy konsekwentnie zmierzają do narzucenia partii i Polsce nowego gorsetu ideologicznego. „Partyzanci” generała Moczara szukający syntezy między komunizmem i nacjonalizmem nie znoszą „Polityki” i Rakowskiego właśnie ze względu na tę nowoczesność, zachodniość, flirty z „kosmopolitycznymi” intelektualistami. Autor notuje w swoim dzienniku zasłyszane z tamtej strony rozmowy i plotki, i nieraz daje wyraz swej irytacji na prącą do władzy frakcję. Czuje się zagrożony i w pewnym momencie – jak wspomina – pakuje dzienniki do bańki i zakopuje w lesie na Mazurach. Musi minąć kilka lat, zagrożenie „partyzanckie” się oddalić, by autor odważył się wydobyć z ziemi to świadectwo epoki.

Mimo tych przykrych doświadczeń, obaw, rosnącego poczucia absurdu, Rakowski trwa w „Polityce” i w establishmencie PZPR. W marcu 1968 r., gdy przez Polskę przetacza się kampania antysemicka, która jest narzędziem rozgrywki z pozostałościami „rewizjonizmu”, los „Polityki” i Rakowskiego może się wydawać przesądzony. Pismo ratuje się jednak z opresji dzięki słabości, jaką do Rakowskiego ma Gomułka, który wie, że redaktor „Polityki” bywa dzieckiem krnąbrnym, ale lojalnym i oddanym. Fascynacja Rakowskiego Gomułką, widoczna w „Dziennikach” (mimo wybuchów irytacji), może być dla czytelnika niezrozumiała. Zauważmy jednak, że w tym pokoleniu pamiętano, iż Gomułka odważył się sprzeciwić Stalinowi, pójść do więzienia i zaryzykować życie, a w Październiku umiał twardo rozmawiać z Rosjanami, grożącymi interwencją zbrojną. Na drugiej szali znajdowała się ograniczoność Gomułki, jego ortodoksyjność, nieufność do ludzi, wybuchowość. Musiało minąć kilkanaście lat, łącznie z Marcem ’68 i interwencją w Czechosłowacji, by ten autorytet się zużył. Proces stopniowego upadku prestiżu I sekretarza możemy obserwować czytając kolejne tomy dziennika, aż po tragiczny Grudzień 1970 r.

 

Rakowski żegnał Gomułkę bez żalu, uległ fascynacji nowym I sekretarzem – Edwardem Gierkiem. Zdawało się, że ekipa Gierka realizuje to, o co „Polityce” chodziło od dawna – bardziej liberalną, otwartą ku Zachodowi formułę tzw. realnego socjalizmu i modernizację ekonomiczną. Ale już w końcu 1971 r. notuje, że walka o zmodernizowanie systemu rządzenia będzie długotrwała i „nie jestem pewien, czy osiągniemy widoczny przełom”. W kolejnych latach te wątpliwości narastają, ale łagodzi je bliskość z wieloma, prywatnie rozsądnymi, ludźmi ekipy rządzącej, a także rosnący sukces „Polityki”, która staje się – także w oczach przywódców partii – najważniejszym tygodnikiem w Polsce.

Kilkaset stron dziennika dotyczących epoki Gierka jest znakomitym obrazem dworu I sekretarza i panujących na nim zwyczajów. Autor rejestruje nadzieje i złudzenia pierwszych osób w państwie, ale też pokazuje, jak władza zamyka się we własnym kręgu wyobrażeń, złudzeń i pozorów oraz głuchnie na problemy trawiące społeczeństwo i narastającą zapowiedź katastrofy. W 1976 r. notuje, że Gierek nie czyta żadnych dokumentów, o godz. 15 opuszcza biuro i udaje się do domu. „Tam na pewno siada przed telewizorem i gapi się w niego”. W tym czasie Rakowski jest już pozbawiony złudzeń co do zdolności przywódczych I sekretarza i perspektyw reformy systemu rządzenia. Ale jednocześnie po kolacji u premiera Jaroszewicza w 1975 r. zapisuje, że dla Rosjan ówczesna Polska to prawie kraj zachodni, a na Kremlu „na pewno uważnie obserwują, w jakim kierunku zmierza Priwislanski Kraj”. Na uwagę, że warto byłoby propagandę uczynić mniej czołobitną wobec ZSRR i bardziej strawną dla Polaków, premier odpowiada: „Wszystko, co zrobicie w tej dziedzinie, będzie rozumiane w Moskwie jako propaganda antyradziecka”. Parę stron dalej Rakowski dodaje od siebie: „Niestety, w naszym kraju nie można czuć się w polityce pewnie, nie mając dobrej opinii w Moskwie. Taka jest rzeczywistość i nic na to nie poradzimy”.

Słowa te dobrze oddają ograniczoność perspektywy realnej polityki, tak jak ją widział Rakowski. Gdy zatem w 1976 r. powstaje Komitet Obrony Robotników i tworzy się zorganizowana opozycja, Rakowski jest oczywiście po stronie władzy i nie wierzy w sens działań opozycji. Dzięki kontaktom „Polityki” w środowisku intelektualnym pośrednio styka się jednak ze środowiskami opozycji. Nie akceptuje agresywnej propagandy odsądzającej opozycjonistów od czci, ale też notuje, że np. z Michnikiem nie podejmuje polemiki, by nie pomyślał, że jest partnerem do dyskusji. Poważną dyskusję „mogę prowadzić jedynie z tymi, którzy wychodzą od akceptacji podstawowych założeń ustrojowych i koncepcji rozwojowych Polski, przyjętych przez główne siły polityczne działające w naszym kraju”. (8 VI 1977)

W Kościele Rakowski widzi siłę wsteczną wobec tych idei i modelu społeczeństwa, które uważa za słuszne. Nie budzą głębszej refleksji autora nawet takie wydarzenia, jak list biskupów polskich do niemieckich w 1965 r., choć sprawą niemiecką żywo się interesuje. Nie dostrzega znaczenia publicystyki „Tygodnika Powszechnego” czy „Więzi” ani aktywności (choćby na niwie kontaktów polsko-niemieckich) takich postaci jak Stanisław Stomma czy Tadeusz Mazowiecki. Zapiski z dni pielgrzymki Jana Pawła II w czerwcu 1979 r. są raczej lakoniczne, choć autor zauważa, że „Polska po wizycie papieża nie będzie już nigdy takim samym krajem”. Trudno jednak orzec, czy jest to nadzieja, czy powód do niepokoju.

Z takim bagażem doświadczeń i postawy ideowej Rakowski wkroczył w epokę Solidarności. Powstający w wyniku sierpniowych strajków związek zawodowy witał z nadzieją, że ułatwi racjonalizację systemu władzy. Stopniowo nadzieja szła w zawody z obawą o stabilizację państwa, granice możliwych zmian i tolerancji Moskwy. „Dzienniki” Rakowskiego jeszcze bardziej niż poprzednio stają się sondą głęboko zanurzoną w centrum władzy, autor notuje wypowiedzi i komentarze, podaje także niektóre dokumenty krążące w gmachu KC.

 

Pozycja autora, a w związku z tym i charakter dziennika, radykalnie zmieniły się w lutym 1981 r., kiedy Rakowski otrzymał tekę wicepremiera w rządzie gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Od tego czasu aż do 1989 r. nie był już obserwatorem i komentatorem, ale jednym z głównych aktorów na scenie polskiej polityki. Szczęśliwie liczne obowiązki nie zniechęciły go do kontynuowania zapisków. Stały się one nawet dłuższe, autor notował nie tylko własne przemyślenia, ale też treść ważnych narad, w których uczestniczył. Nie ma chyba w polskiej literaturze historycznej porównywalnego diariusza polityka tkwiącego w ośrodku władzy i to w tak dramatycznym okresie.

Jego krytycyzm wobec Solidarności narasta. Rakowski chce, aby partia stała się bardziej liberalna i racjonalna, podjęła potrzebne reformy, ale to ona powinna zachować możliwie pełną kontrolę nad krajem. Zauważa też wyraźniej niż poprzednio nacisk „konserwy”, „betonu” i mocniej odczuwa zagrożenie płynące z Moskwy. Teraz bowiem znacznie szerzej docierają do niego płynące stamtąd wypowiedzi, gesty, ostrzeżenia. A jednocześnie wie, że na Kremlu jest postrzegany źle, jako „rewizjonista”, i opinia ta okaże się nadzwyczaj trwała. A przecież, jak sam zanotował, w polityce nie można wówczas czuć się pewnie, nie mając dobrej opinii w Moskwie. Dotyczy to nie tylko jego osobiście, ale też ekipy i jej perspektyw.

Solidarność tego nie rozumie, odrzuca takie myślenie. Prze do tworzenia systemu samorządności, czyli wyrywania spod władzy partii (także zliberalizowanej) kolejnych obszarów życia społecznego. Chce kontroli nad lokalną administracją i uzgadniania większości spraw dotyczących kraju w negocjacjach z rządem. Głównym negocjatorem jest właśnie Rakowski, który prezentuje racje władzy w sposób często bardzo twardy. Po stronie związkowców i ich doradców budzi to niechęć, gdyż dotychczas w Rakowskim widziano redaktora „Polityki” i na tej podstawie spodziewano się więcej zrozumienia. Wytwarza się napięcie emocjonalne, swego rodzaju uraz, który będzie towarzyszył stronom tego historycznego konfliktu przez wiele następnych lat. Narastanie tego napięcia możemy także obserwować na kartkach „Dzienników”.

Ma jednak Rakowski również w tym okresie chwile wielkie, np. gdy w końcu marca 1981 r. doprowadzi do kompromisu, dzięki któremu Polska nie wejdzie w strajk generalny. Obawa, że może on spowodować sowiecką interwencję, łączy Rakowskiego i głównych doradców Solidarności. Obie strony mają jednak za plecami własną opozycję. Rakowski – „beton” oczekujący zdławienia Solidarności nawet z udziałem radzieckich czołgów, doradcy Solidarności – radykalne jej skrzydło, które ma nadzieję na rozbicie „betonu” drogą powszechnego strajku i mocne pchnięcie Polski na drogę pluralizmu.

Później już coraz trudniej o takie spotkanie. Narasta napięcie, Rakowski widzi w Solidarności nie partnera, ale przeciwnika, który anarchizuje kraj i zagraża podstawom ustroju, z którym on utożsamia się nadal, a może nawet bardziej niż kiedyś. Jest jedną z kluczowych postaci obozu władzy, choć nadal jego część postrzega go jako outsidera. Na IX Zjeździe PZPR (lipiec 1981 r.) ma licznych przeciwników, jest uważany za „mięczaka”, „półrewizjonistę”, nie wchodzi do Biura Politycznego, które stanowi – formalnie rzecz biorąc – właściwe centrum władzy. Z kolei po zjeździe Solidarności Rakowski notuje, że „poglądy ekstremalnego skrzydła »S« zostały (...) uznane za oficjalną linię Związku”, ale nie wyjaśnia, na czym to miało polegać. Jesienią 1981 r. zapisuje słowa Stanisława Kani (ówczesnego I sekretarza KC PZPR), że bez zmiany charakteru Solidarności „nie uda się jej wtopić w nasz system”. Istotnie, dla Solidarności wtopienie w system realnego socjalizmu byłoby katastrofą, jej celem było przekształcenie systemu w kierunku pluralizmu i demokracji. Nie widząc szans na kompromis, obawiając się załamania gospodarczego, notując sowieckie groźby, ale też znużony trwającym od miesięcy napięciem, Rakowski staje się zwolennikiem wprowadzenia stanu wojennego. W swoim dzienniku ocenia, że jest on alternatywą wybuchu wojny domowej i w jej następstwie wkroczenia Rosjan.

 

Notatki z lat 1982–84 są najciekawszą częścią dzienników ze względu na znakomite poinformowanie autora o wydarzeniach i nastrojach w centrum władzy oraz obfitość i szczerość zapisów. Stenogramy posiedzeń Biura Politycznego zostały – jak wiadomo – na polecenie gen. Jaruzelskiego zniszczone, pozostawiono jedynie coś w rodzaju punktów, nad którymi obradowano. Dzięki zapisom w diariuszu Rakowskiego możemy się dowiedzieć, o czym na Biurze rozmawiano, o co się spierano, kto jakie stanowisko prezentował. Uczestniczymy też w naradach innych wąskich gremiów, poznajemy wyznania i wahania gen. Jaruzelskiego.

Jest to jednocześnie lektura bardzo smutna. Polska staje się krajem internowanych i więzionych, brutalności policji nieznanej kilku już pokoleniom, zamiera życie kulturalne w oficjalnych ramach, następuje zerwanie kontaktów ze światem zachodnim. Jest zdumiewające dla czytelnika, że Rakowski – ze swoją biografią i doświadczeniem – jakoś się z tym godzi. Próbuje wprawdzie interweniować za zwolnieniem szczególnie nobliwych i wiekowych intelektualistów, ale akceptuje wielomiesięczne więzienie innych. Stara się łagodzić trwającą wiele miesięcy irytację gen. Jaruzelskiego na bojkot telewizji przez aktorów, ale akceptuje – choć niechętnie – czystki w redakcjach pism i likwidację stowarzyszeń kulturalnych. Czuje się dotknięty protestami środowisk inteligencji, z którymi był kiedyś zaprzyjaźniony, a które nie chcą zaakceptować logiki stanu wojennego i wynikających stąd represji.

W tej logice – widać to niestety w diariuszu – przestaje się liczyć społeczeństwo, jego aspiracje i potrzeby, uprawnione staje się myślenie kategoriami, jak moralnie wykończyć Wałęsę, łącznie z akceptacją dla montowania fałszywek. Ludzie podziemia są wrogami, z którymi rozmawiać może jedynie policja i prokuratura. Apele podziemnej Solidarności czy Kościoła o wznowienie dialogu trafiają w próżnię.

Od początku stanu wojennego grupa mająca jakieś pomysły reformatorskie, z którą Rakowski się utożsamia, słabnie pod naciskiem „betonu” wspieranego przez Moskwę. I pod presją samej Moskwy. Chociaż więc mówi się o możliwości odrodzenia ruchu związkowego, w istocie chodzi o likwidację niezależności związków. Mimo iż deklaruje się wolę dialogu z nieekstremalną częścią krytyków systemu, w praktyce do tworzonych ciał wybiera się jedynie samych swoich. Niebezpieczeństwo takiego zamykania się władzy Rakowski widzi, ale nie potrafi mu się przeciwstawić. Opowiada się za łagodzeniem kursu politycznego, ale tylko za łagodzeniem. O żadnych śmiałych krokach nie ma już mowy. Tym bardziej że gen. Jaruzelski jest niepewny i chwiejny, ale zwykle w jedną stronę. Latami toleruje wybryki Albina Siwaka, by nie drażnić „betonu”. Nawet gdy zdobędzie informacje o przewiezieniu przez sekretarza Milewskiego na lewo (rosyjskich?) pieniędzy z Syrii w celu budowania opozycji przeciw niemu, nie wyciąga stosownych wniosków. W końcu rozwiązuje kluby pisma „Rzeczywistość”, które skupiają ludzi „betonu”, ale dla równowagi uderza w skupiające umiarkowanych stowarzyszenie Kuźnica i jej pismo „Zdanie”. Tolerancja dla poczynań liderów „betonu”, które ocierają się o zdradę państwa (także PRL), będzie trwała aż do jesieni 1984 r.

Rakowski to widzi i trudno mu się z tym pogodzić. Jeszcze w listopadzie 1981 r. zanotował z myślą o Jaruzelskim: „Pokolenie, które przeszło przez syberyjskie tajgi, odcięte nie tylko od ojczyzny, ale także od wszystkiego, co działo się w Europie, w świecie w latach wojny, poddane surowemu reżimowi, osamotnione, powróciło do kraju w poczuciu bezsiły wobec siły”. W lutym 1983 r. pisze, że Jaruzelski chyba nie jest zdecydowany co do obrania kursu. „Chyba nadal obawia się nacisku Rosjan”. O naciskach płynących z Moskwy dowiadujemy się z diariusza sporo, ale przecież nie usprawiedliwia to wszystkiego. Rakowski też widzi nadmiar uległości wobec tych nacisków czy tylko złych spojrzeń. Krytycznie ocenia politykę personalną Jaruzelskiego, awansowanie ludzi miernych i bezbarwnych, pozbywanie się „reformatorów, ludzi o wyraźnych, postępowych poglądach”.

W końcu w 1985 r. także Rakowski idzie w odstawkę – na honorowe stanowisko wicemarszałka Sejmu.

 

Zapewne tak powoli dobiegłaby kresu polityczna rola Rakowskiego, gdyby w ZSRR nie zaczęła się pierestrojka Gorbaczowa. Ciepły powiew ze Wschodu zaczął być odczuwany w 1986 r., ale musiało minąć trochę czasu, nim nad Wisłą zrozumiano, że to nie krótkotrwały kaprys klimatu, ale tendencja trwała. Po X Zjeździe PZPR, w lipcu 1986 r., rozczarowany jego przebiegiem i odsunięty od gremiów decyzyjnych Rakowski notuje: „Już aparat KC wziął to wszystko w garść”. Trzy lata później doda, że KC składa się „z przeciętniaków oraz, nierzadko, zer”, a wybrany został na zasadzie „jedna tkaczka – jeden rolnik”. Zauważmy jednak, że dominacja w KC nie polityków, ale szeregowych członków PZPR (podobnie, jak dotąd w Sejmie) dała korzystne rezultaty w dwa lata później. Komitet Centralny nie był ciałem zdolnym do decydowania, ulegał naciskom wąskiej grupy przywódców, nawet jeśli emocjonalnie nie chciał się zgodzić na prowadzoną politykę.

Jesienią 1986 r. Jaruzelski ponownie zwraca się do Rakowskiego. I znów jako czytelnicy diariusza uczestniczymy w poufnych naradach, gdzie powoli i niekonsekwentnie rysują się koncepcje jakichś zmian i reform. Wkraczamy w 1988 r. z jego atmosferą niepewności: słaby rząd Messnera, załamanie tzw. drugiego etapu reformy gospodarczej, szybki przyrost siły i nielojalności nowej centrali związkowej OPZZ i wreszcie strajki majowe, potem sierpniowe. Rakowski notuje to wszystko, ale jakby mniejszą wagę przywiązuje do odbudowującej się Solidarności, a może tylko się jej boi jako „partii strajku” (określenie Jaruzelskiego). Nie odnotowuje nawet faktu telewizyjnego wystąpienia gen. Kiszczaka z zaproszeniem opozycji do Okrągłego Stołu ani faktu spotkania Kiszczak–Wałęsa.

Uwagę ma zwróconą w inną stronę. Jest kandydatem na premiera, a wkrótce tworzy rząd. Chce w nim ujrzeć czterech ludzi zbliżonych do opozycji i jest urażony, że mu odmawiają. A przecież dla opozycji otwiera się perspektywa, na którą czekała od 1981 r. – poważne rozmowy o reformie państwa i jej współtworzeniu. Wedle opozycji charakter i zakres reform ma być wynegocjowany przy Okrągłym Stole. O tym zapewnia też Kiszczak. Tymczasem Rakowski buduje program głębokich reform ekonomicznych i zaczyna je wdrażać, nie oglądając się na zapowiadany Okrągły Stół. Niechęć przywódców Solidarności jest więc zrozumiała, a decyzja o rozwiązaniu Stoczni Gdańskiej, kolebki Solidarności, jest oceniana jako akt, który ma zablokować rozmowy. Takie były komentarze ówczesne i takie nadal są opinie wielu uczestników tamtych zdarzeń. Niestety, w diariuszu Rakowski nie podaje nowych elementów i wytłumaczeń, pozostając przy tych, które znamy od 1988 r. Wydaje się, że Rakowski widział Okrągły Stół jako element zmian politycznych, ale nie jako centrum projektowania zmian ustrojowych. Opozycja miała pozostać opozycją, a rząd – uniezależniony od dyrektyw z KC – był głównym ośrodkiem władzy i kreatorem przemian gospodarczych. Ich wyniki miały też zwiększyć w społeczeństwie poparcie dla władzy i zdecydowanie osłabić opozycję. Zgłoszoną przez sekretarza KC Stanisława Cioska w czasie rozmów z opozycją propozycję, by objęła 35 proc. mandatów w Sejmie, uważał za błąd.

 

Nie znajdujemy natomiast żadnych notatek na potwierdzenie tezy o spisku elit PZPR z elitami opozycji, bo też po prostu takiego spisku nie było. Nie ma wzmianek o planie wielkiego uwłaszczenia nomenklatury i przejęcia przez nią sterów gospodarki.

Znajdujemy w diariuszu natomiast wiele obserwacji i relacji o rozmowach i zebraniach, które kształtowały wielkie wydarzenia 1989 r. O dramatycznym starciu z przeciwnikami relegalizacji Solidarności na plenum KC 16 stycznia 1989 r., na którym Rakowski odegrał bardzo pozytywną rolę. Dowiadujemy się, że w końcu grudnia 1988 r. zgłosił Jaruzelskiemu pomysł przedterminowych wyborów do Sejmu i czytamy zapis dyskusji na ten temat z biskupami. Dowiadujemy się o przebiegu rozmów z niektórymi przywódcami świata zachodniego, które tworzą ważny komponent polskich przemian. Nie dowiadujemy się natomiast nic o naciskach Moskwy, które – jak mówi Rakowski – skończyły się. Polska może po raz pierwszy od kilku dziesięcioleci szukać własnej drogi rozwoju.

Kluczowe postanowienia Okrągłego Stołu – 35 proc. miejsc w Sejmie do obsadzenia dla opozycji oraz wolne wybory do Senatu zostały zaproponowane przez Cioska i Kwaśniewskiego bez uprzedniej konsultacji w Biurze Politycznym, stwierdza Rakowski. W ogóle, jak wynika z tych notatek, Biuro znajdowało się w stanie rozkładu i nie było zdolne do koordynowania działań PZPR ani w czasie Okrągłego Stołu, ani kampanii poprzedzającej wybory czerwcowe, które przyniosły wielkie zwycięstwo Solidarności i równie wielką klęskę obozowi władzy. Z tych zapisków wynika, że jedynym istotnym zwornikiem obozu władzy był nadal gen. Jaruzelski, który ostrożnie i z obawami, ale dostosowuje się do szybko zmieniającej się sytuacji.

Kiedy w lipcu 1989 r. Jaruzelski odchodzi na utworzony właśnie urząd prezydenta, Rakowski z jego rekomendacji zostaje I sekretarzem KC PZPR. Wchodzi na szczyt partyjnej hierarchii, który do niedawna był tożsamy z funkcją realnego szefa państwa. Ale w minionych miesiącach wszystko się zmieniło i kilka tygodni później PZPR nie będzie już partią rządzącą. Rakowski nie ukrywa w swych zapiskach niechęci do zwycięzców oraz części towarzyszy, którzy to zwycięstwo ułatwili.

Interesujące są zapiski Rakowskiego z jesieni 1989 r., gdy funkcjonował już rząd Mazowieckiego, a PZPR oswajała się z myślą, że utraciła władzę. W październiku Rakowski usłyszał na Kremlu z ust Gorbaczowa: „Wszyscy muszą wiedzieć, że utrata Polski jako przyjaciela Związku Radzieckiego to strata strategiczna. Doszłoby do zmiany układu sił w Europie. Polska jest strategicznym punktem zainteresowania ZSRR w Europie. O tym wiedzą nasi partnerzy”. Wypowiedź tę można podyktować jako motto tym wszystkim współczesnym publicystom i historykom, którzy zarzucają rządowi Mazowieckiego brak śmiałości i powolność w demontowaniu starego systemu.

Dziesięć tomów dziennika ukazują Mieczysława Rakowskiego jako człowieka o silnie ugruntowanych i trwałych przekonaniach. Trzeba zauważyć, że mimo obaw i urazów, Rakowski podążył drogą przystosowania swego obozu do demokracji. To on zamykał w styczniu 1990 r. historię PZPR słynnym poleceniem: Sztandar wyprowadzić. I on też przekazał pozostałości partii jej młodemu pokoleniu.

Od redakcji:

Mieczysław Franciszek Rakowski był ważną postacią w dziejach PRL. W latach 1945–1949 oficer LWP, do 1957 r. pracownik polityczny KC PZPR, potem – do 1982 r. – nieprzerwanie redaktor naczelny wpływowej „Polityki”. W latach 1982–1985 wicepremier, a od 1988 r. premier rządu, który rozpoczął pewne reformy polityczne i gospodarcze. W lipcu 1989 r. objął funkcję I sekretarza PZPR, którą pełnił do rozwiązania partii w styczniu 1990 r. i przekształcenia jej w SdRP. Od kwietnia 1958 r. przez 32 lata prowadził dzienniki, których dziesiąty i ostatni tom ukazał się w tym roku. Jak się ma historia zanotowana przez Rakowskiego do wiedzy zawodowych badaczy dziejów? „Dzienniki polityczne” MFR analizuje wybitny historyk współczesnej Polski prof. Andrzej Friszke. 
 
 
Prof. Andrzej Friszke (49 l.) autor prac dotyczących dziejów polskiej myśli politycznej przed 1945 r., w ostatnich latach zajmował się różnymi aspektami historii PRL. Wydał m.in.: „O kształt Niepodległej” (1989), „Opozycja polityczna w PRL 1945–1980” (1994), „Polska Gierka” (1995), „Życie polityczne emigracji” (1999). Od 1999 r. jest członkiem Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

 

 

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj