Morderca, taki zwykły chłopak
Cały brud, całe zło, cały wstręt
20-letni Jonasz S. w wynajętym mieszkaniu w Warszawie zabił prostytutkę. Mieszkańcy jego rodzinnego Wyszkowa są w szoku. To był zwykły chłopak.

Zatelefonował do agencji towarzyskiej. Zamówił usługę sado-maso. Do pokoju, który wynajmował, przyszła kobieta w średnim wieku. Wyglądała przy nim pewnie jak matka, zwłaszcza że Jonasz fizycznie jest typem słodkiego chłopca, jak go opisuje jedna z koleżanek: okrągła twarz, należałoby raczej powiedzieć buzia, lekko wystający drugi podbródek, nieduże dłonie, szczęściem dość wysoki.

Chciał zaprzeczyć wyglądowi, który, odkąd zaczął być mężczyzną, stał się źródłem frustracji. Więc glany - bardzo męskie buty. Szerokie spodnie - takie nosili kowboje. Koszula wypuszczona na wierzch, coś z drwala. Dredy. No i wybrany po maturze zawód - strażak. Chłopak z buzią pyzatego anioła zostanie po studiach w Warszawie oficerem pożarnictwa - jeszcze jedno z przybrań, które miały pokazać, że jest silny, niestandardowy, nie przez kalkę. Nie tylko porządny uczeń prywatnego ogólniaka, lecz też ateista, wewnętrzny buntownik, men. Choć nie satanista, jak się teraz mówi w Wyszkowie. Satanista w tych kamuflażach byłby już krokiem za dużo.

Ale nikt w nim nie widział buntownika ani mena. Ani ateisty. Boże, mówi jedna z koleżanek, nie tak dawno widziałam go grającego na gitarze w kościele. A kiedy przyjechał do nas biskup, on pierwszy był do pomocy w organizowaniu ­wizyty.

Bez agresji

Chłopcy w klasie nie lubili Jonasza. Izolował się. Zamykał w swoim świecie. Kiedy przytwierdził sobie do rękawa naszywkę „Jezus zabije twego idola", któryś z nich kazał ją odpruć, bo inaczej odetnie mu cały rękaw z napisem. Zdjął. Nie był agresywny. Gdy mu dokuczali, usuwał się w bok, nie odgryzał się.
Ludzie, którzy dopuszczają się tego, co zrobił Jonasz, jak można przeczytać w literaturze kryminalistycznej, nie są ­agresywni. Przeciwnie - ugodowi, grzeczni, spokojni, powściągliwi. I  nietowarzyscy.

Wyszków nie może wyjść ze zdumienia, że ten spokojny, układny syn znanej w miasteczku dziennikarki z lokalnej gazety mógł zrobić coś, co nie mieści się w wyobraźni, jak mówi jego koleżanka z liceum. Jeszcze w piątek był w redakcji, rozmawiał z redaktorkami. Drukowano mu w wyszkowskiej gazecie zdjęcia, lubił fotografować, zamieszczał w Internecie najlepsze z nich. Nic, co by zapowiadało to, co się stało w niedzielę, 15 lutego. Więc co? Musiał być chory psychicznie - mówi się w Wyszkowie. Wystąpił nagły wybuch choroby.

Ale ludziom, którzy dopuszczają się tego co Jonasz, dopisuje zdrowie psychiczne. Niektórym głosy nakazują iść i zabić. Lecz takich jest mało. Schizofrenicy zabijają rzadko w porównaniu ze zdrowymi. Jonasz nie jest psychotykiem. Może narkotyki, alkohol? Też nie.

Pierwszą hipotezą w tej pogmatwanej sprawie jest - zdaniem prof. Józefa Krzysztofa Gierowskiego, psychologa, wybitnego specjalisty m.in. w zakresie motywacji sprawców zabójstw - ­morderstwo na tle erotyczno-seksualnym.

Zabił przecież prostytutkę, a to jest symbol seksu - mówi Anna Wolska, psycholog z Uniwersytetu w Szczecinie.

Tylko Dagmara

W drugiej klasie prywatnego liceum, do którego chodził Jonasz, pojawiła się nowa uczennica, Dagmara. Jej matka przeniosła się do Wyszkowa po rozwodzie. Dagmara była trochę zagubiona, jak to w nowym miejscu. Jonasz się nią zaopiekował. Tych dwoje przylgnęło do siebie. Ale na różnych prawach. On zakochał się bez pamięci. Tylko Dagmara i Dagmara. Na klęczkach przed nią.

Jeszcze przed Dagmarą przyjaźnił się z młodszą od siebie dziewczyną: zawsze wolał towarzystwo dziewcząt niż chłopców. Z tą młodszą dziewczyną razem chodzili na koncerty, dużo rozmawiali. Była mądra i refleksyjna. Jakoś do siebie pasowali. Ale tylko przyjaźń, nic więcej. Dagmara kazała ją zerwać i wykasować z telefonu komórkowego numer tamtej dziewczyny i wszystkich znajomych Jonasza. Chciała go mieć na własność.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj