Zwany Groszkiem
Artur zwany Groszkiem, który 1 marca 2009 r. zabił księdza w podlaskiej wsi, powinien był już dwa tygodnie wcześniej siedzieć w areszcie. Ale napisał podanie o odroczenie, procedura ruszyła, a on poszedł pić.

W poddrohiczyńskich Miłkowicach Maćkach nie mogą zrozumieć: zadźgać własnego proboszcza? Okraść, napaść nawet, bo potrzebowali pieniędzy na wódkę, to się jeszcze mieści w głowie. Kiedyś w pobliskiej parafii był napad na księdza, jednak sprawcy rozumieli, że dziesiona, czyli rozbój, to nie to samo co mokra robota. Przypalili ofiarę żelazkiem, związali, wrzucili do piwnicy. Bolało, ale przeżył. Nigdy nie wyjawił, kto go napadł.

Dlatego w Miłkowicach Maćkach panuje przekonanie, że 23-letni Artur zwany Groszkiem, który przyznał się do zbrodni, na pewno był pijany albo pod narkotykiem. Nikt też nie ma złudzeń – kiedyś musiał tak skończyć. Groszek znany był po obu stronach Bugu jako pewny siebie drobny oszust, naciągacz, pogromca pijaczków, co da w mordę i oskubie. Nieraz sam dostał w dyskotece, nie pękał. Kiedyś silniejsi rozbili mu głowę w dwóch miejscach, karetka odwiozła go do szpitala, w nocy uciekł w szpitalnych ciuchach. Przechwalał się: psy mnie, kurwa, nie namierzą. Nie dam się zamknąć.

I nie zamykano Groszka, chociaż miał na koncie wymuszenia, bójki, kradzieże i sądowy wyrok za jazdę po pijanemu.

Zbrodnię odkrył, wraz z miejscowym zakrystianem, 56-letni Tomasz Zalewski, który mieszka nieopodal plebanii. W poniedziałek 2 marca 2009 r. ksiądz Tadeusz Krakówko, proboszcz w Miłkowicach Maćkach, nie przyszedł na poranną mszę. Lokalne gazety napisały później, że Zalewski zobaczył przez okno kapłana leżącego na plecach, z zaklejonymi taśmą ustami i ranami kłutymi klatki piersiowej. Zalewski się denerwuje, że prasa kłamie, bo z drabiny przystawionej do okna żadnych ran nie było widać, stwierdzono je na oględzinach. Teraz Zalewski będzie musiał się z tego tłumaczyć jako świadek w sądzie. I boi się, żeby mu jakiś kumpel Groszka nie spalił zabudowań, co z tego, że ubezpieczonych.

Miłkowice Maćki to raptem 40 gospodarstw, ziemia dobra, Zalewscy żyją z buraka cukrowego, już trzecie pokolenie. Ostatnio gorzej. Dziadek Zalewskiego w 1956 r. dostał „Miniencyklopedię rolniczą” za wyniki, Tomasz parę lat temu kupił minikombajn do zbioru, ale uskarża się, że polityka unijna i krajowa sprawiła, iż kombajn zaczyna wrastać w ziemię.

Odpowiedzią na taką sytuację jest emigracja zarobkowa – powiat siemiatycki bywa nazywany ósmą dzielnicą Brukseli, brukselczyków z siemiatyckiego opisano już w rozprawach naukowych. Zalewski nie zamierza szukać szczęścia w Belgii, u obcego robić nie będzie. Ale tu większość myśli inaczej. Na podsumowaniu roku parafialnego proboszcz obwieścił, że spośród 1100 dusz 255 przebywa czasowo za granicą. Emigracja zarobkowa daje mierzalne pieniędzmi szczęście, ale i łamie życiorysy.

Taki Władysław na przykład, lat prawie 60, do Brukseli wysłał żonę. 17 lat temu zajechał w odwiedziny, żeby odebrać pierwszy zarobek, a tu ślubna z nieznanym facetem: kochamy się i nic tu po tobie; damy ci za darmo samochód, całkiem na chodzie, 10-letniego Golfa. Władysław splunął na cudzołożnicę i wrócił liniowym busem. Sam wychował trzy córki.

Artur zwany Groszkiem też był w Belgii na zarobku. Nawet dwa razy. Raz w gospodarstwie popracował pięć dni i przestał wstawać rano do roboty. Za drugim razem więcej wypił niż zarobił.

Dyspensa

W takie miejsce trafił na posługę 54-letni ksiądz Tadeusz Krakówko. Mieszkańcy nie zdążyli proboszcza dobrze poznać. Raz, że był od roku, dwa – że choć miły i dobrotliwy – to samotnik. Zalewski zapraszał go na herbatkę zapoznawczą, ale ksiądz nigdy nie skorzystał. Jego światem były kwiaty i ptaki. Hodował kaczki, perliczki, a także pawie. Rozkładały ogony i parafianie wychodząc z mszy przez chwilę mogli poczuć się jak w raju. Pawie z natury nie znoszą ogrodzeń i płotów, lubią wolność i długie spacery, ksiądz biegał za pawiami po szosie.

Zalewskiego zafascynowały księżowskie pawie, ksiądz mu obiecał, że na wiosnę jednego odstąpi. Ale Zalewski już nie chce. Na pogrzebie usłyszał przesąd: jak ktoś ma pawie pióra, spotka go nieszczęście.

Charakter ksiądz miał łagodny, nawet jak z ambony napominał, że wierni za rzadko chodzą do świątyni, robił to delikatnie.

Artur zwany Groszkiem z wódką zapoznawał się od małego. W domu miał siedmioro rodzeństwa – z ojca i ojczyma. Żyli głównie z opieki społecznej i dorywczych prac. Rodzina zagrożona patologią, jak to się mówi. Groszek, jak inni chłopcy w jego wieku, był ministrantem, ale krótko. Kiedy dorósł, na trzeźwo mówił jeszcze ludziom dzień dobry, ale po pijanemu warczał i szukał zaczepki. Czasem sprowadzał do małego drewnianego domku na obrzeżach wsi półsztywnych z pieniędzmi w portfelu. Pił za cudze, a jak klient chciał się ewakuować, lał w głowę i zabierał kasę.

Chłopaki z rodzin niezagrożonych patologią, którzy po pracy piją piwko pod sklepem (nic mocniejszego, bo przecież post), pamiętają, jak Artur zwany Groszkiem łomotnął pijaczka na drodze. Gdyby go dzieci nie znalazły zakrwawionego w rowie, kiedy wracały ze szkoły, mogło być zejście śmiertelne.

Większość takich spraw nie trafia na policję. Ludzie nie chcą mieć kłopotów. W rejestrach drohiczyńskiej policji nie ma doniesień na Groszka, poza jednym niedawnym od jego ciotki, której wytłukł szyby. W piątek, przed niedzielą, kiedy zginął ksiądz Krakówko, policja była u Artura w domu w tej sprawie. W takich drobnych sprawach jak zniszczenie mienia organy ścigania zachęcają do ugody. Groszek nie naprawił szkody, wszczęto więc postępowanie.

Groszek kumplował się z młodszym o dwa lata Robertem, zwanym od podstawówki Celowy. Kumpel to może za dużo powiedziane. Artur był słońcem, a Robert jego satelitą. Celowy też wywodzi się z zagrożenia patologią. Rodzina wielodzietna, ojciec Bóg wie gdzie. Groszek ugniatał Celowego jak plastelinę. Często robił z niego współsprawcę. Powiadał: jak mnie w końcu przypadkiem wsadzą, to tylko z Robertem.

Matka Roberta, 46 lat, twarz ze śladami ciężkiego życia, jest jedną z niewielu mieszkanek Miłkowic, które nie były na pogrzebie proboszcza. Wstydzi się wychodzić z domu. Chociaż przecież nie jest niczemu winna. Starała się odganiać Artura od Roberta. Groszek, nawet jak się ożenił z dziewczyną z Siemiatycz, to szybko się rozstał. Teść nie ścierpiał, że Groszek po pijanemu niszczy meble i ręce do niego wyciąga.

Robert taki nie był, zarzeka się matka. Mówiła mu: jak będziesz miał coś kradzionego, nigdy do domu nie przynoś. I nigdy jej paserki nie zrobił.

Młodsze rodzeństwo Roberta – brat i siostra w wieku szkolnym – są już doświadczeni życiowo, niejedno widzieli. Jest też Marek, młodszy o dwa lata brat Roberta, rówieśnik Groszka. Przyjechał właśnie z Brukseli. Po zabójstwie księdza Tadeusza rozgrzały się łącza internetowe na linii Miłkowice–Bruksela, gdzie też poznano się na Groszku.

Marek czasem bywał u Groszka z wypiciem. Ten zawsze do kogoś się rzucał. Matkę ganiał po domu. Awanturny. A nie był z niego żaden szwarceneger, strzygł się na pałę, żeby groźniej wyglądać.

Księdzu Tadeuszowi to powinien być wdzięczny – przed ślubem proboszcz mu załatwił papiery za kurs przedmałżeński. Groszek chodził też wielokrotnie do proboszcza na przysięgę – zobowiązywał się do abstynencji. Ale zawsze ją łamał. W zeszłym roku latem Robert wrócił z Warszawy z budowy. Miał kasę, a Groszek już się skręcał od tej abstynencji. Pojechali do księdza. Groszek okłamał, że brat cioteczny wrócił ze Stanów. Ksiądz dał dwa dni dyspensy. Jak zaczęli, to końca nie było.

W niedzielę 1 marca 2009 r. matka Roberta wzięła córkę i poszła do kościoła na sumę. Do dziś nie może sobie tego darować. Jak wróciła, Roberta nie było. Dzieci powiedziały: przyjechał po niego Groszek. Wypili puszkę piwa na podwórku i gdzieś pojechali. A przecież Groszek nie przyjeżdżał do nich od listopada, kiedy to matka Roberta go przegoniła.

W nocy z niedzieli na poniedziałek słyszała, jak wyją psy. Miała też zły sen – że ktoś stuka do okna.

Śrubokręt

Chociaż matka Celowego nie chodzi do wsi, to jednak po wizji lokalnej wieści same trafiły do domu. Było tak: Robert w niedzielę był przy forsie. Miał 50 zł za pracę przy gnoju. Pojechał z Arturem do sklepu, kupił wódkę, piwo i papierosy. Beemką kierowała 38-letnia Magda z Siemiatycz, samotnie wychowująca dzieci, znajoma Roberta. Pojechali pić do Groszka. Tego dnia Groszek zadzwonił do księdza Tadeusza Krakówki, że chce złożyć przysięgę abstynencką. Ksiądz nie miał rano czasu. Umówili się na 19.00.

Ksiądz rzadko otwierał drzwi wieczorem, nawet parafianom. Ale z Groszkiem się przecież umówił. Był z nim Robert. Groszek chciał pieniędzy. Groził. Poszedł z księdzem na górę. Proboszcz dał mu około 6 tys. zł. Prosił, żeby go nie zabijać. Gdy zeszli ze schodów, Groszek wbił mu w plecy śrubokręt. Specjalnie zaostrzony. Robert, jak to zobaczył, uciekł z plebanii. Groszek kazał księdzu, ledwie trzymającemu się na nogach, przynieść nóż. Poszedł za nim do kuchni. Tam zakleił mu usta i zadźgał.

Ksiądz nie walczył. Jak powiedział na pogrzebie biskup drohiczyński Antoni Dydycz – poszedł na rzeź jak baranek.

Poza tymi 6 tys. nic nie zginęło. A przecież był tam aparat cyfrowy, na stole ułożone w słupki monety z ostatniej tacy. Ksiądz miał taki zwyczaj.

Policja złapała Groszka, Roberta i ich troje znajomych, z którymi balowali, już po dwóch dniach. Groszkowi grozi dożywocie. Robertowi postawiono zarzut usiłowania rozboju i paserstwa.

Tomasz Zalewski, który jest wierzący i praktykujący, nie wyznaje zasady oko za oko. Wystarczy dożywocie, ale bez żadnego socjalu. Nie może wychodzić na przepustki czy jakieś amnestie. Wypraszam sobie, denerwuje się Zalewski, żeby za moje pieniądze – podatnika – przychodził do niego psycholog i go resocjalizował. To nic nie da. Jest w nim tylko zło.

Marek, brat Roberta, pamięta, że Groszek, jak się napił, zawsze powtarzał: jestem zły dla innych, bo mszczę się za mojego ojczyma. Jak byłem mały, ojczym jadł kiełbasę, zapraszał koleżków na wódkę, a mnie karmił słoniną. I tłukł mnie o ścianę z byle powodu. A matka nigdy mnie nie przytuliła.

To może on przez to dzieciństwo taki hardy? – zastanawia się matka.

Wywiad

Po zatrzymaniu Groszka wyszło na jaw, że powinien on od 16 lutego 2009 r. siedzieć w kryminale. Sąd zarządził wykonanie zawieszonej kary za jazdę po pijanemu, bo Groszek – mimo zakazu – nadal jeździł samochodem.

Roman Paszko, zastępca dyrektora Aresztu Śledczego w Hajnówce, potwierdza: skazany się nie stawił. W tej sytuacji rutynowo po odczekaniu trzech dni wysłano w tej sprawie pismo do sądu.

Dariusz Śnieżko, zastępca przewodniczącego zamiejscowego wydziału grodzkiego Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim, przyznaje: 20 lutego 2009 r. takie pismo z aresztu do sądu dotarło. Wcześniej, 17 lutego, skazany Artur K. złożył prośbę o odroczenie zarządzenia. Napisał, że podejmuje pracę, bo musi spłacać alimenty. 1 marca zabił księdza.

Obecnie w związku z wpłynięciem prośby o odroczenie zarządzenia w sprawie wykonania… i tak dalej, założono akta. Kurator ma przeprowadzić wywiad środowiskowy.

Czytaj także

Ważne tematy społeczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj