Jak żyją polscy milionerzy
To nie jest kraj dla bogatych
Właściciele wielkich pieniędzy zapadli się pod ziemię. Miliony stracone na giełdzie to jeszcze nie powód, aby ograniczać prywatne kaprysy. Tyle że wydawać trzeba po cichu, bez ostentacji. Z dala od cudzych oczu. Taki w Polsce ich los.
Jan Kulczyk  Fot. Marek Ladis/Forum
Marek Ladis/Forum

Jan Kulczyk Fot. Marek Ladis/Forum

Czytaj także

Branżowy miesięcznik „Forbes” ocenia, że setka najbogatszych Polaków straciła połowę dorobku. Sami zainteresowani lubią podkreślać, że to straty czysto wirtualne. Ich majątki szacuje się przecież według rynkowej wartości posiadanych firm, najczęściej udziałów w przedsiębiorstwach giełdowych. Ceny akcji gwałtownie poleciały w dół, ale to nie znaczy, że w takim samym stopniu zmalała wartość firm. Leszek Czarnecki, kontrolujący Getin Holding, twierdzi więc, że naprawdę straci wtedy, gdy sprzeda swój pakiet. Przy ocenie majątku nie bierze się przy tym pod uwagę wartości rezydencji, apartamentów ani cennych kolekcji obrazów, nie mówiąc już o samochodach. To nieistotne drobiazgi.

 

Zbigniew Jakubas (kontroluje m.in. Mennicę oraz holding Multico) uważa, że gdyby najbogatsi mieli być z powodu kryzysu zmuszeni do zaciskania pasa, oznaczałoby to, że w rankingu krezusów znaleźli się przez pomyłkę. On sam w każdym razie nie musi.

Okazuje się, że w ciężkich czasach wydatki najbogatszych nie tylko nie zmalały, ale nawet wzrosły. Ograniczyli biznesową aktywność i w związku z tym mają więcej czasu na wydawanie pieniędzy. Dla tych, którzy im to ułatwiają, oznacza to dodatkowy spory zarobek. Okazję zwietrzyły banki, tworząc coś w rodzaju globalnej infrastruktury, pomagającej ich najbogatszym klientom dyskretnie wydawać pieniądze na najzupełniej prywatne przyjemności. Ta gałąź bankowego biznesu nazywa się family office.

Najwięcej klientów family office znajduje w USA, Japonii oraz Niemczech, w tych krajach zamieszkuje bowiem aż 54 proc. HNWI (High Net Worth Individuals). Coraz częściej z ich usług korzystają jednak także rodacy. W Polsce bowiem wydawanie wielkich pieniędzy – tak przynajmniej twierdzą ci, którzy je mają – jest szczególnie trudne. Z raportu World Wealth 2009 wynika na przykład, że najbogatsi, odwrotnie niż pozostała część społeczeństwa, bardziej niż przed kryzysem zainteresowani są obecnie zakupem nieruchomości. Oczywiście luksusowych. Niestety, ich podaż w kraju jest żenująco niska.

Weźmy na przykład podwarszawski Konstancin. Każdy, kto aspiruje do finansowej elity, po prostu musi mieć tu rezydencję. Nieważne, że – jak Ryszard Krauze – mieszka w pięknym domu na Kamiennej Górze w Gdyni czy – jak Jan Kulczyk – przeniósł się na stałe do Londynu i też nie będzie tu mieszkał. Rezydencję w Konstancinie trzeba mieć, jest jak przepustka do rankingu. Tylko Zygmunt Solorz, z majątkiem przekraczającym miliard dolarów, który nie musi udowadniać, że jest w Polsce najbogatszy, może sobie pozwolić, żeby ciągle mieszkać pod Starą Miłosną.

Tymczasem kupić działkę w dobrym miejscu, czyli blisko starego domu zdrojowego, jest dziś prawie niemożliwe. Mimo że wokół pełno starych, mocno zaniedbanych przedwojennych willi. Właściciele nie chcą jednak się ich pozbyć. Proces przekształcania starego, biednego Konstancina w enklawę świeżego bogactwa dałoby się przyspieszyć, podnosząc bardzo niskie stawki podatku gruntowego i od nieruchomości, ale władze lokalne robić tego nie zamierzają. – Właścicieli starych zrujnowanych willi nie byłoby na niego stać – obawia się burmistrz Marek Skowroński. Tymczasem ci nowi, najbogatsi, często nie są nawet w Konstancinie zameldowani. Nierzadko też ich posiadłości nie są ich prywatną własnością, ale należą do ich firm i to one ponoszą koszty ich utrzymania. Łatwo więc sobie wyobrazić, że władza, która zdecydowałaby się na podniesienie podatku gruntowego, szybko władzą w Konstancinie być przestanie.

Poza Konstancinem do kupienia pozostaje niewiele. Najlepszy adres w Warszawie to Villa Monaco przy ul. Zbyszka Cybulskiego na Mokotowie – twierdzi Waldemar Kania z agencji nieruchomości Mansion House. – Ukryta przed wścibskimi oczami w morzu zieleni, dojazd do niej nieproszonym gościom uniemożliwia liczna ochrona oraz dwa szlabany. Wszystkie apartamenty sprzedały się na pniu, choć kosztowały dwa razy więcej niż inne poszukiwane mieszkania w Warszawie. Nieco gorszy, ale też bardzo dobry adres, to Niecała 7, apartamentowiec Opera. Basen na nikim już nie robi wrażenia, podobnie jak klimatyzacja jest obowiązkowym elementem wyposażenia. Mankamentem Opery jest to, że chociaż balkony wychodzą na Ogród Saski, to jednak okna niektórych sypialni na wewnętrzny, użytkowany przez Teatr Wielki, parking. Gdyby nadal obowiązywały listy lokatorów, w obu apartamentowcach znaleźlibyśmy częściowo te same nazwiska: Cezary Stypułkowski (były prezes PZU, obecnie szef banku JP Morgan na Europę Wschodnią), Elżbieta Chojna-Duch, wiceminister finansów, najbogatsza urzędniczka w kraju. Tylko pod jednym adresem wykupił apartament Mariusz Walter, posiadacz rezydencji w Konstancinie, oraz Maciej Formanowicz, prezes fabryki mebli Forte, mieszkający w ładnym dworku pod Ostrowią Mazowiecką. W Villi Monaco właścicielem luksusowego mieszkania miał też być światowej sławy tenor Carreras, ale pozostawił go niedoszłej polskiej żonie.

Mimo świetnej lokalizacji – u zbiegu ulic Parkowej i Lądowej – mniej ceniony przez najbogatszych jest najnowszy apartamentowiec, w którym penthouse na ostatnim piętrze kupił dla syna tylko Jan Kulczyk. Na tym lista warszawskich dobrych adresów się kończy. Miała się wzbogacić o Złotą 44, wieżowiec zaprojektowany przez samego Daniela Libeskinda, ale z powodu kryzysu budowa została wstrzymana. Jednak nie dlatego, że zabrakło chętnych na penthousy z ceną 45 tys. zł za metr, ale że bank wstrzymał inwestorowi finansowanie.

W innych miastach można mówić tylko o dzielnicach lepszych i gorszych. Do tych pierwszych na pewno należy Wola Justowska w Krakowie, ale nazwanie jej enklawą luksusu byłoby zdecydowanie na wyrost. Nie można też nazwać tak apartamentowców, jakie wyrosły w ostatnich latach w Juracie. Waldemar Kania z Mansion House uważa, że pieniądze lokują tu raczej znani aktorzy, jak Grażyna Szapołowska czy Cezary Pazura, niż wielki biznes. Jedni od drugich różnią się tym, że ci pierwsi chętnie sprawiają wrażenie bogatych, a drudzy po prostu nimi są.

Luksusowe rezydencje są jak rodzynki w cieście, tkwią samotnie w siermiężnym otoczeniu. Jak pałac Mariusza Świtalskiego w Słowińcu pod Poznaniem (dorobił się na Elektromisie, potem na Żabce i Biedronce), rezydencja Aleksandra Gudzowatego w Mariewie czy pałac w Łącku, który Dariusz Miłek (tanie buty CCC, obecnie NG2) odkupił niedawno od Jana Kulczyka. Czasem siedziby bogatych, wybudowane za ciężkie miliony, aż fascynują brakiem gustu i z tego powodu stają się turystyczną atrakcją. Jak architektoniczny potworek, który pod Nowym Sączem wybudowała rodzina Koralów (zawsze jest pora na lody Koral).

Wędrują stadami

Jerzy Starak (Polpharma) próbował lansować modę, która jednak nigdy się wśród bogatych nie przyjęła. Prócz rezydencji w Konstancinie kupił zimowy dom w Zakopanem (ostatni huczny sylwester odbył się tu, gdy gościem honorowym był ówczesny premier Leszek Miller), a także zbudował letni dom na Mazurach. Tyle że w żadnym właściwie nie przebywa, bo – jak twierdzi jego bliski znajomy – Polska to nie jest kraj dla bogatych. Poruszać się samochodem, ze względu na drogi, nie sposób. Trzeba lecieć helikopterem, tylko co dalej? Dom jest wprawdzie luksusowy, ale wokół żadnej godziwej restauracji, do której bez wstydu można by zaprosić gości. I w ogóle nuda i pustynia. Więc Starak, który sporo lat mieszkał we Włoszech, zapoczątkował wśród wielkiego biznesu modę na kupowanie nieruchomości nad Morzem Śródziemnym. Za Starakiem dom na Sardynii nabył Jan Kulczyk i Ryszard Krauze, a niedorównujący im finansowo Piotr Büchner przynajmniej wynajął podobny w pobliżu. Szybko się jednak zorientowali, że na wyspie nie można przebywać dłużej niż przez kilka letnich tygodni, bo potwornie wieje. I znów kłopot.

Na południu Francji mniej wieje. W bliskim sąsiedztwie odnajdziemy rezydencje Staraka, Kulczyka, Krauzego, Wejcherta, Gudzowatego, Waltera i wielu innych mieszkańców Konstancina. Zygmunt Solorz za bliskich sąsiadów ma właścicieli firmy J&S. Za najpiękniejszą uchodzi jednak posiadłość nieco mniej znanego Jacka Szymońskiego (były właściciel Sferii), którą bezskutecznie próbują od niego odkupić oligarchowie rosyjscy.

 

W swoich zagranicznych rezydencjach polscy biznesmeni najchętniej spędzają czas we własnym gronie, wiedząc, że każdy nowy model Porsche czy kolia zostaną zauważone i docenione. – W kraju nie ma gdzie tego wszystkiego pokazać – skarży się osoba z tego towarzystwa. – W Warszawie Ferrari wprawdzie już nie budzi sensacji, ale jak jechałem przez Gdańsk, to wszyscy się za mną oglądali. Na Zachodzie ludzie reagują na przejawy bogactwa z dyskretnym podziwem, u nas – niechęcią i zawiścią, rodacy ciągle nas nie lubią. Złe wspomnienia z przejażdżki Rolls-Royce’em ma także Jacek Szymoński. Więc wolą się z bogactwem nie obnosić, ale gdzieś przecież trzeba się pokazać.

Stadne przebywanie ze sobą ma też jednak swoje wady. Na przykład tę, że wszelkie plotki błyskawicznie przedostają się do kraju. Jak ta o Annie Starakowej, która na kolację w sardyńskiej restauracji miała włożyć długą wieczorową suknię i cały komplet cennej biżuterii. Mocno raziła na tle równie bogatych Włoszek, które były w dżinsach, a o ich pozycji finansowej świadczył tylko jeden, bardzo kosztowny drobiazg.

Krążą też anegdoty o Wojciechu Fibaku, który lubi podkreślać, że w świecie bogatych znalazł się najwcześniej, kiedy dzisiejsi oligarchowie byli jeszcze właścicielami raczkujących firm polonijnych, różnych Comindeksów i innych. Kiedy Jan Kulczyk zamienił swój apartament na Fisher Island koło Miami na większy, kupił go od znajomego Fibaka. – Wojtek się wściekł, że transakcja odbyła się bez jego pośrednictwa – opowiada znajomy Kulczyka. Kiedy spotkał się z Jankiem, tłumaczył mu: „Dla ciebie, z Polski, ten apartament to świetna inwestycja. Ja, oczywiście, wolałbym Palm Beach, gdzie mieszkają stare pieniądze, Donald Trump i inni, ale dla ciebie Fisher Island jest w sam raz”.

Fibak mógł sobie pozwolić na takie drobne impertynencje, bo jego kontakty dla dorabiających się krajowców były wtedy bezcenne, na świecie nikogo przecież nie znali. To Fibak poznał Krauzego z księciem Monako, który potem gościł w Sopocie na Prokom Open. Cenne były też kontakty byłego tenisisty przy załatwianiu w księstwie rezydentur podatkowych. Korzystał z nich biznes, gdy zaczynał być wielki, bo dużymi pieniędzmi dzielić się z fiskusem nie lubi. Najświeższe nazwisko na liście Polaków, którzy z tego powodu stali się rezydentami Monako, to Robert Kubica.

– Najbogatsi ludzie świata interesują się sportem, sztuką i nieruchomościami, sądzę, że mam w tym dobrą orientację, to również są moje pasje i zainteresowania – uważa Wojciech Fibak. – Z Polaków równie dobre kontakty jak ja mógł mieć tylko Jerzy Kosiński. Kiedy więc rodzimi oligarchowie udawali się do Nowego Jorku, marzyli o lunchu z Wojtkiem. Oczywiście w restauracji, w której o tej porze zbierają się rekiny światowej finansjery, np. Cipriani przy 5 Alei. – Jeśli ktoś był ze mną, a podchodził Donald Trump, Soros czy Lauder, zawsze chętnie przedstawiałem – wspomina Fibak. Jeśli któryś z wielkich chciał zaistnieć w naszej części Europy, przelotny kontakt miał szansę przerodzić się w bliższą biznesową znajomość. Fibak uważa się poniekąd za ojca chrzestnego ITI, bo to on poznał Wejcherta z Lauderem, który zainwestował 10 mln dol. w początkującą firmę. Bez Fibaka może by też nie powstała Fundacja Batorego, której kapitał założycielski pochodził od George’a Sorosa.

Ten pierwszy kontakt należało potem umiejętnie podtrzymać. Jerzy Starak, którego przedstawiono młodej Rothschildowej, miał na drugi dzień wysłać jej okazały bukiet, żeby utrwalić się w pamięci. Jan Kulczyk nie pozwalał o sobie zapomnieć szefom spółki paliwowej Rotch. Nawet obecnie Kulczyk daje do zrozumienia, że jego powrót do wielkiego, najchętniej naftowego biznesu ciągle jest możliwy. Mimochodem opowiada znajomym, którego z szejków arabskich gościł właśnie na swoim jachcie, nigdy niecumującym w kraju. No bo gdzie, na Mazurach?

Teraz nasi oligarchowie już się usamodzielnili, Fibak i jemu podobni nie są im już tak potrzebni. Solorz i inni już nie dzwonią do Nowego Jorku, że stoją przed drzwiami najmodniejszej restauracji w Antibes i nie mogą wejść do środka. Wtedy Fibak wykonywał telefon do właściciela i prosił: mon cher, to twój sąsiad, wpuść go. Ciągle jednak, zwłaszcza będąc za granicą, cenią sobie towarzystwo uznanych na świecie artystów, takich jak Igor Mitoraj czy Rafał Olbiński. Nasz wielki biznes nie jest tam rozpoznawalny, oni – owszem, można się więc nieco ogrzać w promieniach cudzej sławy. Nikt natomiast nie musi już tłumaczyć bogatym rodakom, przy której ulicy warto mieć apartament na Manhattanie. Dobry adres to taki, w którego sąsiedztwie jest dużo dobrych nazwisk. Nasi oligarchowie już sobie te apartamenty w dobrych miejscach pokupowali.

W głębokiej dyskrecji

To, co niegdyś załatwiali ludzie tacy jak Fibak, dziś stało się ważną częścią bankowego biznesu. W miarę jak wielkie pieniądze wypływały z kraju na konta w bankach szwajcarskich, zaczynała rodzić się potrzeba posiadania kogoś, kto będzie sprawnie zarządzał rozsianymi po świecie nieruchomościami. – Wynajmowanie lokalnego personelu do prowadzenia domu na Sardynii i zupełnie innych ludzi do tej samej pracy na Florydzie czy południu Francji jest kosztowne i kłopotliwe – uważa pracownik banku, który specjalizuje się w usługach family office. Teraz ten kłopot wzięły na siebie banki, właściciel wszystkie koszty ma wyszczególnione na wyciągu z jednej karty kredytowej. W Polsce tego typu usługi próbuje oferować Noble Bank Leszka Czarneckiego, ale nie chce o nich mówić. Żeby nie kojarzyć się z usługami, które prominentnym postaciom lewicy miał świadczyć Peter Vogel alias Piotr Filipczyński? Bank woli milczeć nie tylko o nazwiskach klientów, ale nawet o ofercie, jaką im przedstawia.

Specjaliści bankowi starają się bogatego klienta wyręczać we wszystkim. To za ich pośrednictwem kupuje się prywatne samoloty, ponieważ to oni najlepiej się dziś orientują, kto w tym rejonie świata właśnie sprzedaje mały odrzutowiec i można go kupić szybko i tanio. Żeby dobrze obsłużyć klienta, nie sposób działać na terenie jednego kraju. Dlatego wielkie pieniądze także topowych aut nie kupują w Polsce, za długo trzeba na nie czekać, za drogo płacić. Wiadomości, że w Warszawie otwiera swój salon Ferrari, nikt zorientowany nie wziął więc na poważnie. We Włoszech najtańszy model kosztuje 180 tys. euro, w Polsce jego cena, m.in. z powodu akcyzy, musiałaby wynieść co najmniej 220 tys. euro – kto go kupi?

Bogaci nie lubią przepłacać. Tacy jak Michał Sołowow markowe garnitury kupują w Londynie czy nawet Nowym Jorku nie tylko dlatego, że wybór jest większy, ale także ceny sporo niższe niż w warszawskim butiku Ermenegildo Zegna.

Obsługa bogatych jest kompleksowa. Od znalezienia inwestora do kupna brylantowej kolii i to w taki sposób, by można ją było zaksięgować w koszty firmy. O ile jednak w ciągu ostatniego roku banki na pośrednictwie inwestycyjnym zarobiły dużo mniej, to na zarobek z ułatwiania konsumpcji nie narzekają. Apetyt bogatych rośnie w miarę kryzysu, który przecież także trzeba odstresować. Michał Sołowow robi to, biorąc udział w wyścigach samochodowych. W kraju zrobiło się o tym głośno dopiero niedawno, gdy okazało się, że biznesmen wygrał rajd Peugeota. Krezusi wymagają absolutnej dyskrecji. Najwyraźniej nawet oni zdają sobie sprawę z pewnej niestosowności sytuacji.

Dariusz Miłek, który zrobił fortunę na tanich butach, jeszcze przed kilkoma miesiącami chwalił się, że w jego pałacu jest 27 łazienek i 220 żyrandoli. Dziś nie chce mówić o swojej nowej rezydencji nad jeziorem Garda we Włoszech, w której lubi spędzać weekendy. Dolatuje tam prywatnym samolotem, który startuje z prywatnego lotniska w Lubinie, gdzie mieszka biznesmen.

Polscy oligarchowie – Zbigniew Jakubas jest tu wyjątkiem – zamilkli nie z powodu kryzysu, ale już kilka lat wcześniej. Po słynnych słowach Jarosława Kaczyńskiego, że „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”, i po kłopotach Ryszarda Krauzego najbogatsi jakby zapadli się pod ziemię. Zanikły także kontakty z władzą. – Po co? – pyta znany biznesmen. – To, co było atrakcyjne, już dawno zostało sprzedane, teraz spotkanie z politykiem może przynieść tylko kłopoty.

W społecznym odbiorze wielki biznes dzieli się na oligarchów, czyli tych, których przed kilku laty oglądaliśmy na salonach Polskiej Rady Biznesu (Kulczyk, Krauze, Gudzowaty, Jakubas, Niemczycki), i pozostałych, których mało znamy, bo unikali mediów. Przywykło się uważać, nie bez racji, że ci pierwsi swoje fortuny zrobili dzięki intratnym interesom z państwem. Dziś tamci oligarchowie powoli, ale nieuchronnie, odchodzą w cień, coraz mniej znaczą w naszej gospodarce.

Ich miejsce zajęli inni, mający dziś o wiele większe pieniądze. Wzbogacili się bez udziału państwa, konsekwentnie trzymając się od niego z daleka. W przenośni i dosłownie – są to ludzie spoza Warszawy. Tacy jak Dariusz Miłek (Polkowice), Ryszard Florek (Fakro Nowy Sącz), Krzysztof Pawiński (Maspex Wadowice), Tadeusz Chmiel (Black Red White) i wielu innych. Konsekwentnie budowali nie tylko swoje gospodarcze imperia, ale także – siermiężny wizerunek, o wiele lepiej przyjmowany przez egalitarne społeczeństwo. Nie pokazywali się na pałacowych salonach. Dzięki takim jak oni w badaniach Gfk Polonia „aż” 47 proc. ankietowanych uważa, że do bogactwa można dojść uczciwą pracą.

Jest jeszcze trzecia grupa – to ci, którzy nie pokazywali się nigdzie, z tego, jak rosną ich biznesowe fortuny, nie zdawali sobie sprawy nawet sąsiedzi. Do tej pory mało kto ich zna. Jarosławowi Pawlukowi, który za 1,4 mld zł przed kryzysem sprzedał CTL Logistics, zachowanie prywatności ułatwiał niemiecki paszport, w Polsce tylko pracował i starannie unikał popularności. Podobnie jak Przemysław Sztuczkowski (pierwotnie to on chciał kupować stocznie gdyńską i szczecińską), który mieszka w Poraju koło Częstochowy i nie ma mowy, żeby wpuścił do środka jakiegoś dziennikarza. Na unikaniu rozgłosu biznes wychodzi najlepiej. – Nie mogę tego robić w kraju, nie chcę mieć kłopotów – szczerze mówi jeden z nich. On także weekendy spędza w rezydencji na południu Francji, na narty jeździ do Courchevel, ale trzyma to w głębokiej tajemnicy. W polskim domu na prowincji nie zatrudnia nawet ochrony, a sąsiedzi nie mają pojęcia o jego fortunie. Poznański biznesmen, który dorobił się na puchu, uznał, że dwa pałace w kraju to jeszcze nie to. Kupił trzeci, przebijając wszystkich – w Wenecji. Bo Polska to nie jest kraj dla bogatych.

Wielki biznes w kraju tylko zarabia swoje pieniądze, wydaje je natomiast za granicą. Znikają stąd w każdy wolny weekend, żeby nie drażnić rodaków swoim stylem życia. Józef Wojciechowski (J.W. Construction) samolotem Global Express za 50 mln dol. (według „Forbesa”) na swój luksusowy jacht „Westport” za 15 mln dol., który cumuje u wybrzeży Turcji. Inni przeważnie na południe Francji.

Kupić to, czego nie da się mieć za pieniądze

Niechęć bogatych do spędzania wolnego czasu w kraju spowodowała, że uruchomiona już w czasach kryzysu H2H, firma Nastazji Mokrzyckiej, okazała się strzałem w dziesiątkę. W kraju jest jedyna, ale na świecie podobnych firm jest dużo, nazywają się… consierge. Spełniają kaprysy bogatych.

 

Ludzie z bardzo dużymi pieniędzmi zaczynają pragnąć tego, czego nie można kupić za pieniądze. W każdym razie tak im się wydaje. Do Mokrzyckiej dzwonią więc wtedy, gdy na przykład przyjdzie im do głowy, żeby zjeść kolację w Barcelonie, ale koniecznie w Cervecia Catalana. Słynie z tego, że nie można zarezerwować tu miejsca. Bez względu więc na to, czy pod drzwiami pojawi się Krauze czy Sarkozy, nie wejdzie, jeśli nie będzie miejsc. To posunięcie naśladują inni wielcy restauratorzy, okazało się lepsze niż najdroższa reklama, bo bogaci chcą pokazać, że oni jednak wejdą. Firmy takie jak H2H dzwonią więc do podobnej consierge w Barcelonie, a ta wysyła ekipę, która od rana okupuje stolik w Cervecia Catalana. Za wszystko, co zjedzą i wypiją, zapłaci klient. Wieczorem, kiedy przyleci ze swojego kraju, usiądzie przy tym właśnie stoliku. Zapłaci Mokrzyckiej wielokrotnie więcej, niż wyniesie rachunek za kolację. Podobnie jak inny biznesmen za bilety na finał rozgrywek Ligi Mistrzów. W tym przypadku nie chodziło jednak o mecz, ale o miejsce w sektorze VIP, nie dalej jednak jak dziesięć miejsc od Berlusconiego.

Niedawno jeden z oligarchów zapragnął zjeść kolację w towarzystwie gwiazdy Bollywood Salmana Khan, najlepiej na luksusowym jachcie płynącym po Gangesie. – Kłopot w tym, że po tej rzece pływają tylko wstrętne parowce turystyczne – narzeka Mokrzycka. Zaprzyjaźniona consierge z Mediolanu miała więc wynająć jacht od maharadży, który zażyczył sobie 50 tys. euro za godzinę. Bogaci jednak nie lubią przepłacać i w rezultacie wieczór z gwiazdą odbył się w restauracji. Kahn za jedną godzinę bierze 20 tys. euro, to drogi produkt. Ale często prowizja Mokrzyckiej przekracza cenę produktu.

Mokrzycka przypuszcza, że teraz, w kryzysie, stała się dla klientów szczególnie cenna. Do tej pory niektóre z usług, jakie świadczy jej firma, wykonywały asystentki najbogatszych zatrudnione w ich firmach. Potrafią niemal wszystko, od zorganizowania zakupów w Mediolanie czy Nowym Jorku po urządzenie wczasów na barce ze sztuczną plażą i palmami. Niektóre wydatki bogaci usiłują teraz jednak przed nimi ukryć, choć asystentki dawno już przywykły do ich finansowych ekscesów. Jak na przykład kupno krzeseł najmodniejszych światowych projektantów na aukcji. Ich ceny nawet jej wydają się absurdalnie wysokie. Asystentce głupio się też przyznać, że tak bardzo zabiega się o zaproszenie na bal u princessy Collona Destigliano tylko dlatego, że mówi się, iż zaprasza ona głównie arystokratów.

Giełdowy rekin Roman Karkosik chwali się tym, że do pielęgnacji 12-hektarowego ogrodu zatrudnił ogrodnika, który pracował u królowej brytyjskiej. Chociaż lista stałych klientów H2H szybko rośnie, firma nie może się rozwijać tak szybko, jak by chciała właścicielka. Najbogatsi życzą sobie bowiem kontaktować się tylko z nią. Z obawy, aby ich nazwiska i ceny zamawianych przez nich fanaberii nie wyciekły do publicznej wiadomości.

Co mamy z bogatych?

Gmina Konstancin – niedużo. Mimo że do kasy samorządów lokalnych wpływa prawie 40 proc. podatku PIT, enklawa najbogatszych ma z tego tytułu zaledwie 2–1 tys. zł rocznie na jednego mieszkańca. Według Ministerstwa Finansów, osoby płacące najwyższe podatki od dochodów osobistych zapłaciły za ubiegły rok średnio 32 tys. zł. Najwyraźniej jednak ci, którzy państwu oddają najwięcej, mieszkają gdzie indziej.

Rezydencje krezusów otaczają wysokie płoty, a to, co się za nimi dzieje, dla oczu ich sąsiadów jest niedostępne. Bogaci wjeżdżają do nich luksusowymi samochodami, a jeśli któryś – co zdarza się rzadko – pokaże się w miasteczku piechotą, budzi lokalną sensację. Coś takiego jak więzi międzysąsiedzkie w Konstancinie nie istnieje. Lokatorzy Villi Monaco czy apartamentowca Opera także niewiele chcą wiedzieć o swoich sąsiadach.

Biedni nie wiedzą, jak żyją bogaci, a bogaci o biednych także niewiele. Co o kraju, w którym ich ojcowie zarabiają tak ogromne pieniądze, wiedzą dzieci Mariusza Świtalskiego, dowożone z pałacu Maybachem do szkoły, czy dzieci Józefa Wojciechowskiego transportowane Bentleyem?

To, że nie lubimy bogatych, a często nawet jesteśmy zawistni, nie jest chyba tylko naszą winą. Pamiętamy, jak najbogatsi, uzasadniając swoją obecność przy intratnych prywatyzacjach, mówili o konieczności wspierania polskiego kapitału. Co z tego mamy, skoro zarobione tutaj pieniądze wydają gdzie indziej? Oczywiście ich największą zasługą jest stworzenie wielu miejsc pracy, to jedno wystarczy, abyśmy mieli do nich pozytywny stosunek. Tylko że bez tych miejsc pracy nie byłoby ich dzisiejszych fortun.

Polscy bogacze nie tylko wielkością fortun różnią się od swych zachodnich kolegów. Nie pojawił się jeszcze wśród nich ktoś taki jak Andrew Carnegie, który zostawił po sobie nie tylko słynną halę koncertową Carnegie Hall w Nowym Jorku, ale także 2,8 tys. publicznych bibliotek. Nie mówiąc o Warrenie Buffetcie, drugim po Gatesie najbogatszym człowieku świata, który 85 proc. fortuny zapisał na cele społeczne, m.in. na prace naukowe mające na celu znalezienie szczepionek na najgroźniejsze choroby, w tym AIDS.

Nasi, jak tylko zarobili wielkie pieniądze, szybko wytransferowali je do fundacji w rajach podatkowych, żeby rodziny nie musiały płacić podatku spadkowego. Pomysły podzielenia się nikłą częścią fortuny pojawiały się razem z szansą uniknięcia dzięki temu kłopotów. Jak wtedy, gdy po wybuchu afery Rywina Jan Kulczyk ogłosił, że zamierza założyć polski Harvard, po czym wyjechał do Londynu i o uniwersytecie zapomniał. Inna sprawa, że gdyby go nawet założył, to i tak wielu by skomentowało, że to za „sprywatyzowane” pieniądze.

Na razie więc nasi najbogatsi najwięcej pieniędzy wydają w kraju na ochronę. Bo Polska to nie jest kraj dla bogatych.

 

W najnowszym numerze POLITYKI

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij