Recenzja gry: „Life is Strange: True Colors”
Rzadkiej urody gra obyczajowa o szukaniu swego miejsca w świecie.
Rzadkiej urody gra obyczajowa o szukaniu swego miejsca w świecie.
Miłośnicy takich wyzwań będą zachwyceni.
Bohater, wkraczając w portal, przenosi się dwa tysiące lat wstecz, pół roku po spaleniu przez Nerona Rzymu.
Koloryt całej grze nadaje właściwy lokalnej kulturze liryzm złamany nostalgią.
Potyczki z wszelkim złem tego świata z czasem zaczynają nużyć.
Zawężone pole widzenia i silne poczucie uczestnictwa podbijają puls.
Kosmosie, drżyj!
Jest dynamicznie, efektownie i zabawnie, choć niezbyt oryginalnie.
Miłośnicy gatunku będą zachwyceni.
Zrealizowany na nowo, znów opowiada tę samą historię.
Świat po wojnie atomowej jest groźny.
Tylko dla koneserów turówek.
Sugestywna i przerażająca wizja świata niczym z tytułowych sennych koszmarów to znów najmocniejsza strona kreacji Szwedów z Tarsier Studios.
Oryginalne, przemyślane wyzwanie Marcina Borkowskiego, autora jednej z pierwszych polskich gier komputerowych „Puszka Pandory” (1986 r.), wieloletniego szefa magazynu „Top Secret”.
Wyzwanie w sam raz na czasy pandemicznej izolacji.
Pod względem formy to dziś prawdopodobnie najbardziej filmowe doświadczenie w świecie gier wideo.
Wybitna gra, wybitny remake – tak się otwiera wrota wyobraźni.
Idealna dla rodziców chcących zbliżyć się do dzieci przy wspólnej zabawie.
Autorskie podsumowanie 2020 roku na rynku gier.
Warto wkroczyć w ten świat – i po raz pierwszy, i przez sentyment.