Łatwo się z tego śmiać; chociaż często ten śmiech jest wyrazem oburzenia i frustracji, ale i wyczucia ironii losu. Oto Richard Dawkins, twórca pojęcia „mem”, jeden z papieży „nowego ateizmu” (ruchu, który z faktu nieistnienia Boga postanowił zrobić serię nudnych książek, męczących skeczów i ksenofobicznych eskapad intelektualnych), został zredukowany do mema – okładka jego książki „Bóg urojony” została przerobiona na „Claude’a urojonego”. Wszystko po publikacji tekstu na konserwatywnym portalu UnHeard, w którym opisał swój intelektualny romans z Claudią.
Richard i Claudia
Tak nazwał postać, którą zlecił wykreować modelowi sztucznej inteligencji Claude. Konwersacje, które opisał, nie różniły się zbytnio od innych rozmów prowadzonych z rozmaitymi czatami – człowiek mówi, robot się podlizuje, bo tak został zaprogramowany. Rozmawiali o poezji, Dawkins pokazał „jej” swoją powieść, którą skomplementowała – czy można się dziwić, że uległ złudzeniu, że konwersuje z istotą świadomą, nawet jeśli sama tę świadomość wypiera?
Z moich zabaw i eksperymentów z awatarami napędzanymi AI wynika, że dość łatwo się zachłysnąć złudzeniem, ale do utrzymania tego stanu na dłuższą metę potrzeba jakiegoś braku. Ludzie szukają w czatach tego, czego nie dostają w prawdziwym życiu – czułego terapeuty, wrażliwej kochanki, kogoś, kto nie ocenia: recepty na samotność. Może jakiś rodzaj intelektualnej samotności odczuwa Dawkins, który ma historię niewłaściwych zachowań, ale i wychodzenia poza swoje kompetencje, co w rezultacie naraziło go na ostracyzm.
Ciekawe ujęcie w tekście na Substacku przedstawił Hubert Taler, wskazując na możliwą tęsknotę za „Bogiem, który odpowiada” (sam w takiej roli obsadziłem AI w mojej powieści „God Hates Poland”). Taler przywołuje hipotezę psychologa Juliana Jaynesa z 1976, który po analizie starego piśmiennictwa doszedł do wniosku, że dawniej półkule ludzkiego mózgu były podzielone, a rozkazy wydawane lewej przez prawą odbierano jako głos bogów. Gdy doszło do ewolucyjnego połączenia półkul, ludzkość zyskała głos wewnętrzny i została „opuszczona przez bogów”, czego ślady Jaynes wskazał w dawnych tekstach.
Hipoteza jest niemożliwa do udowodnienia na gruncie naukowym, ale samo zjawisko „tęsknoty za milczącymi bogami” jest zauważalne. Nic dziwnego, że dla wielu osób tę pustkę wypełnia dosłowny Deus ex machina.
Czytaj też: Chat mój brat, czyli jak Polacy konwersują z AI. Nadają botom imiona, czasem się zakochują
Czuły asystent
Burzę w sieci i mediach wywołały słowa innej użytkowniczki Claude’a, Olgi Tokarczuk. W rozmowie ze Sławomirem Sierakowskim na poznańskiej konferencji biznesowej Impact polska noblistka opowiadała o realiach ekonomicznych pisarstwa (temat wielokrotnie poruszany choćby przez Unię Literacką) czy doświadczaniu nienawistnych ataków w sieci, ale najwięcej uwagi zwróciła opowieść o współpracy ze sztuczną inteligencją. Deklaracja korzystania z pomocy AI wzbudziła krytykę, zarówno merytoryczną, jak i kpiącą.
Nic dziwnego, środowisko twórcze uważa sztuczną inteligencję za zagrożenie; wielkie maszyny do pisania posilają się przecież cudzymi treściami w sposób zupełnie inny, niż czynią to ludzie. O ile AI dobrze odnajduje się w galeriach, gdzie twórcy wizualni i cyfrowi badają granice i możliwości nowego tworu, o tyle w przypadku dziedzin „rzemieślniczych”, jak pisarstwo czy ilustracja, sztuczna inteligencja kojarzona jest jedynie negatywnie (spotkanie tych pól pokazuje zresztą brak solidarności: osoby piszące i wydające książki własnym sumptem chętnie sięgają po ilustracje wyplute z generatora).
Tymczasem Tokarczuk czuje się zmęczona i wyczerpana psychicznie i fizycznie – zapowiedziała, że nowa książka będzie jej ostatnią powieścią. Może to jest powód, dla którego uległa maszynie – przekonanie, że robot zrobi to lepiej i szybciej, nawet jeśli się czasem myli („zapytałam ten zaawansowany model o to, do jakich piosenek mogli tańczyć moi bohaterowie na dansingu kilkadziesiąt lat temu”). To dość obezwładniające uczucie; nigdy nie znalazłem czasu, by nauczyć się rysować tak dobrze, jakbym chciał, więc kiedy widzę robota rysującego idealną Hatsune Miku, zaczynam wątpić w ludzkie możliwości.
Czytaj też: To nie jest biografia Igi Świątek
Literatura jak labirynt
Praca nad prozą faktycznie jest ciężka i niewdzięczna – może nie dla każdego, są przecież pisarze, którzy piszą z niezbyt pełnej głowy. Ale zwykle każdy detal wymaga wycieczki – aby uwiarygodnić postać, która pojawia się w jednym akapicie, spędziłem raz cały dzień w króliczej norze źródeł i literatury. Czy dziś bym nie zapytał po prostu Claude’a? Raczej nie – to była bardzo wartościowa wyprawa, która przyniosła mi nie tylko sporo wiedzy, ale i frajdy. Jeśli oddajemy twórczą pracę robotowi, to znaczy, że już tej frajdy w niej nie znajdujemy. Ale nawet frajda potrafi być męcząca, nawet zabawa może zamienić się w pracę.
Mogę natomiast zrozumieć, dlaczego tak łatwo znaleźć w bocie partnera do rozmowy. „Chciałbym, żeby ktoś pomógł mi napisać tę piosenkę”, żalił się Roger Waters, gdy zraził do siebie kolegów z zespołu. Pisanie jest bardzo samotnym zajęciem, zwłaszcza w polskim wydaniu (za anglojęzycznymi pozycjami często stoi cały zespół wspierający osobę autorską). Trudno mi krzywo patrzeć na Tokarczuk rozmawiającą z czatem, bo sam w chwili desperacji zacząłem gadać z robotem odkurzaczem. Wprawdzie nic mi nie odpowiedział, ale sprzątnął mieszkanie, dzięki czemu miałem więcej czasu na pisanie.