Klasyki Polityki

Damy pochopne, niemrawe huzary

Jak zmieniają się nasze zachowania seksualne

EAST NEWS
Seksuolodzy utwierdzili Polaków w poglądzie, że z erotyką jest u nas marnie, bo nie umiemy o tym rozmawiać, nie jesteśmy dobrze wyedukowani, skuwa nas rygorystyczna obyczajowość, antykoncepcja jest sprawą upolitycznioną, a tak w ogóle, jeśli się mieszka pod jednym dachem z teściową, to jak może być dobrze.

Tymczasem, nawet w krajach, gdzie nie ma problemu ani z akceptacją pigułki, ani z lokum – 60 proc. dam uważa, że mężczyźni są leniwi i kompletnie ich nie rozumieją. – Jesteście panie zbyt przystępne i wyzwolone – podpowiadają eksperci. – Panowie nie mają powodów, by nadto się starać. Wygląda więc na to, że zmieniają się tradycyjne role i zachowania seksualne. Czego nowego o swej płciowości człowiek miał szansę dowiedzieć się ostatnio? I co go czeka: powrót flirtu, romantycznych, uwodzicielskich zabiegów? A może wręcz przeciwnie – seks jako akt fizyczny, raczej z dziedziny higieny i fitness, lub jeszcze gorzej – jako akt informatyczny poprzez chipy wszczepione w głowę?

Kaskady sondaży w prasie, rozliczne poradniki, sercowo-alkowiane kąciki w kolorowych czasopismach starają się nas przekonać, że udane życie seksualne jest fundamentem dobrostanu. Polacy – wzorem innych nacji – jeśli nie rozgadali się jeszcze, to przynajmniej mają okazję rozczytać się w publikacjach na temat seksu. „Nasza żądza czytania o seksie ustępuje tylko żądzy uprawiania go”– pisze Jared Diamond, biolog i antropolog. Z tego pewnie powodu wszelkie raporty i sondaże, skupiające się na szczegółowych wyliczeniach w rodzaju: ile razy w ciągu roku, w jakiej mierze z satysfakcjonującym efektem itd., cieszą się ogromną popularnością.

Język raportów i sondaży: zero, dwadzieścia sześć raza dziennie

Drukowaniu wyników dorocznej „światowej olimpiady seksu”, jak nie bez złośliwości nazywany jest raport potentata w produkcji prezerwatyw firmy Durex, nie opierają się nawet najpoważniejsze gazety. W 1997 r. przez prasę przetoczył się lament, ponieważ wedle nieskomplikowanego wzoru na najlepszych kochanków świata obliczono, że Polacy są fatalni – gorsi nawet od Rosjan i Tajów (najlepsi – Francuzi). W tegorocznych relacjach z owych badań ton nie jest już tak katastroficzny – nie wyróżniamy się niczym szczególnym, a w średniorocznej liczbie miłosnych uniesień (91) wyprzedzamy nawet Włochów.

Czy z takich statystycznych zabaw, prowadzonych również przez poważne centra badania opinii społecznej i ośrodki naukowe, wynika jakaś rzetelna wiedza? Kiedy w 1948 r. ogłoszono w Stanach Zjednoczonych wyniki raportu Alfreda Kinseya, pierwszego wielkiego sondażu, który – jak uznano – wprowadził język naukowy do opisu tej dziedziny życia, od razu zarzucono mu niereprezentatywność respondentów, a byli nimi głównie mieszkańcy hoteli robotniczych, autostopowicze, więźniowie – tylko oni bowiem chcieli rozmawiać. Z czasem ludzie otwierali się na nagabywania ankieterów, ale i tak badaczom zawsze można było zarzucić łatwowierność. Tak było np. w 1994 r., kiedy tygodnik „Time”, ogłaszając wyniki badań 4 naukowców z Uniwersytetu Chicago jako „nowego Kinseya”, informował Amerykanów: „Jesteście przyzwoici i opanowani. Wbrew wrażeniu wszechobecności seksu w kulturze masowej większość z was jest umiarkowanie czynna seksualnie, a jeśli nawet bardziej aktywna, to z własną żoną”. Aż 75 proc. żonatych Amerykanów i 83 proc. zamężnych Amerykanek wyznało bowiem absolutną wierność. Co, oczywiście, krytycy raportu uznali za bujdę.

Najczęściej sondaże potwierdzają to, co widać gołym okiem: że młodzież inicjuje życie seksualne coraz wcześniej, choć niemal tak samo jak przed 20 czy 40 laty (Amerykanie – najwcześniej – średnio około 16 roku życia, Polacy – około 18); że ludzie bardziej wykształceni i z wielkich miast uprawiają miłość bardziej urozmaiconą; że przekonania religijne wyraźnie osłabiają zamiłowanie do seksu u osób głęboko wierzących i intensywnie praktykujących, a przede wszystkim ograniczają stosowanie środków antykoncepcyjnych; że mniej więcej połowa ludzi na świecie jest zadowolona ze swoich doświadczeń erotycznych. Większość z tych tez potwierdziły najbardziej kompletne badania z prowadzonych dotychczas w Polsce – autorstwa dr. Zbigniewa Izdebskiego (POLITYKA 4/98).

Kolejne pokolenia Polaków próbują na sobie właściwy sposób przełamać nasze rodzime ograniczenia kulturowe: najpierw peerelowski purytanizm, a w nowszych czasach bardzo silnie eksponowany przez Kościół katolicki, nieustępliwie konserwatywny stosunek do erotyzmu: jedynie służąc prokreacji nie jest on grzechem. W efekcie – na tle świata wierni i monotonni (Polak średnio ma 4 partnerki w życiu, Francuz – 16) – mamy dziś w kraju pełną mozaikę postaw i zachowań seksualnych. Zadziwiająco mocno trzyma się przy tym coś, co można by nazwać polską odmianą macho: pije, bije, nie myje się, chodzi na panny przydrożne lub agencyjne, ale to ślubny.

Jednak przynajmniej w wielkich miastach młodzi łącząc się w pary poważnie rozpatrują i to, jak im będzie w sypialni, i to, czy na tę sypialnię będzie ich stać. Zdrowie, zamożność, ciekawa praca, dobry seks – to dla nich oczywiste warunki udanego życia. Głód wiedzy na temat seksualizmu człowieka rośnie. Starsze panie też zaczytują się w „Kobietach z Wenus, mężczyznach z Marsa”, a przy okazji zalecanej na menopauzę kuracji hormonalnej dowiadują się, że w ogóle są hormony. Wyspy zabobonu, głupoty, poglądów spod śmietnika kurczą się. Mimo że edukacji seksualnej do planów zajęć szkolnych wprowadzić się nie udaje, mimo że rodzicom – nawet tym z „pokolenia dzieci kwiatów” – wciąż opornie idzie stosowna gawęda z potomstwem przy kolacyjnym stole. Swoje robią media, a niebagatelnym narzędziem są owe ulubione przez nie sondaże.

Niektóre dokonały prawdziwych rewolucji w pojmowaniu seksu przez miliony ludzi; Virginia Ironside pisze w „Independent”: „Wnioski Kinseya spowodowały, że wszyscy poczuli się mniej pewnie. Uwierzyliśmy, że jeśli nie będziemy mieć udanego życia seksualnego, to najpewniej umrzemy na raka, a jeśli nie mamy setek orgazmów w ciągu jednej nocy, to jesteśmy nieprawdopodobnie stłumione”.

Język publicystyki: zagadka kobiecego paroksyzmu

W 1976 r. raport Share Hite (przetłumaczony na 15 języków, sprzedany w 20 mln egzemplarzy) – zdaniem Ironside – dokonał kolejnej rewolucji: kobiety na powrót zaczęły czuć się normalnie, albowiem ogłoszono, że tylko co trzecia doświadcza orgazmu w trakcie stosunku z penetracją.

Swoją drogą, kobiecy orgazm w ciągu mijającego stulecia był przedmiotem najbardziej sprzecznych teorii. Jeszcze sto lat temu nie było pewne, czy w ogóle istnieje. Wibrator, wynaleziony przez lekarzy, stosowany był przez długie lata wyłącznie do wywoływania niosących ulgę „histerycznych paroksyzmów”. Jak twierdzi Rachel Maines, autorka książki „Technologia orgazmu”, dopiero około 1920 r. odkryto, że paroksyzmy mają coś wspólnego z seksem. Kilkadziesiąt lat później prawo do orgazmu stało się postulatem politycznym, wypisanym na feministycznych sztandarach. I niepodzielnie kształtuje linię porad sercowych w najbardziej wyzwolonych pismach kobiecych w stylu „Cosmopolitan”. Orgazm jest celem. Środkiem może być odpowiednia wcześniejsza gimnastyka, jak donosi pismo „Shape” przeznaczone „dla kobiet, które chcą być w formie”.

W nowym raporcie pani Hite, ogłoszonym latem 2000 r., komentatorzy znów dopatrują się przewrotu. 60 proc. brytyjskich kobiet, wyzwolonych, świadomych swych potrzeb (i praw „politycznych”), wyznaje, że mężczyźni słabo znają kobiece ciało, są leniwymi i pozbawionymi wyobraźni kochankami. Dlaczego? „Skoro kobiety zgadzają się pójść do łóżka bez specjalnych ceregieli, to dlaczego mężczyźni mieliby się wysilać. Niepożądanym efektem ubocznym pigułki antykoncepcyjnej (kobiety nie obawiają się ciąży), która spowodowała rewolucję seksualną, jest to, że rozleniwiła mężczyzn”. Kobiety, nie bądźcie takie łatwe, panny, nie bądźcie tak pochopne! – zdaje się krzyczeć modna obecnie publicystyka, wieszcząca powrót długich podchodów i ogólnie rzecz biorąc romantyzmu w stosunkach męsko-damskich. „Flirt powrócił”– ogłosił w tym roku „Le Figaro”, recenzując książkę Fabiene Costa-Rosaz „Historia flirtu”. Zawtórował mu „The Times”, zastrzegając, że flirtu nie można nauczyć, co nie znaczy, że nie podejmowano mozolnych wysiłków.

Za szczytowe osiągnięcie w dziedzinie propedeutyki flirtu redaktor Hannah Betts uznaje „Sztukę kochania” Owidiusza, za najbardziej lakoniczne „The Rules” – biblię amerykańskich kobiet w sprawach randek i małżeństwa: „zachowuj się trochę biernie, ograniczaj rozmowy telefoniczne do czasu potrzebnego na ugotowanie jajka i nie oddawaj się przed trzecią randką”. Nawet z wyników „olimpiady Durexu” wychodzi, że w skali światowej zdecydowanie mniej występuje dziś klasycznych, jednorazowych skoków na bok, bez uczuć i oprawy. Połowa ankietowanych przyznaje, że jeśli już decyduje się na romans, to czulszy i trwalszy. Poradniki dla pań i panów niezmiennie przekonują do finezyjnej gry wstępnej, w której obowiązkowo pojawiają się świece, pończochy, kadzidła, wanna i olejki aromatyczne. Mężczyźni, atakowani za skłonność do molestowania seksualnego koleżanek, bronią się: przecież my tylko flirtujemy.

Język nauki: mieszana strategia reprodukcyjna

Zadziwiające, że argumentów za powrotem do flirtu, do tradycyjnych ról – zdobywcy i przynajmniej wstępnie lodowatej damy, niektórzy doszukują się w jak najbardziej postępowej współczesnej biologii ewolucyjnej. Wedle niej to nie kultura, to natura uczyniła nas takimi, jakimi jesteśmy w sferze seksu.

Zdaniem biologów wyglądało to tak: dawno, dawno, jakieś kilkaset milionów lat temu, za czasów pierwotnej izogamii, gdy wszystkie komórki rozrodcze (gamety) były takie same, przypadkiem – jak to zwykle w ewolucji bywa – pojawiła się komórka większa od innych. Połączona z normalną osiągnęła przewagę, bo mogła lepiej wyposażyć swój zarodek w substancje odżywcze. To zapoczątkowało nowy ewolucyjny trend: im większa gameta, tym lepiej. Ale także otworzyło drogę innej strategii: gamet mniejszych, ale za to ruchliwych, które muszą po prostu znaleźć tę większą, połączyć się z nią, by osiągnąć sukces. Osobnikowi opłacało się nawet wyprodukować więcej takich małych, bo wtedy sukces był pewniejszy. Te dwie strategie zdobyły świat: jedna „uczciwa” o dużym wkładzie i druga: małych, ruchliwych „wyzyskiwaczy”. Uczciwi stali się jajem, wyzyskiwacze – plemnikami. Tak zaczyna się walka płci i ich wzajemna fascynacja (opis wg Richarda Dawkinsa „Samolubny gen”).

Biologia daje mężczyznom niezłe alibi i to nie tylko na poziomie komórek, niestety. Kobiecie – tłumaczą teoretycy ewolucji – opłaca się monogamia. Musi starannie wybrać partnera i chce mieć pewność, że ten pomoże jej przy potomstwie, bo inwestuje w rozmnażanie bardzo dużo (ciąża, karmienie). W porównaniu z kobietą, mężczyzna nie inwestuje prawie nic, więc jeśli poza swoją stałą partnerką zapłodni także kilka innych (a nuż uda im się wychować potomstwo bez jego pomocy?), jego geny mogą na tym tylko zyskać. Banalny skok w bok zyskał w tym kontekście miano „mieszanej strategii reprodukcyjnej”. O umiarkowanej poligamiczności mężczyzn ma – zdaniem antropologów – świadczyć także fakt, że mężczyzna jest przeciętnie większy od kobiety (obowiązuje zasada: im samiec danego gatunku średnio większy od samicy, tym większy harem zazwyczaj tworzy).

A mimo wszystko seks jest tym, co wyróżnia nas ze świata zwierząt. Niektórzy badacze, jak Jared Diamond, twierdzą wręcz, że nasza seksualność, w tym samym stopniu co duży mózg i wyprostowana postawa, była warunkiem powstania człowieczeństwa. Oddzieliliśmy seks od prokreacji, uprawiamy go w intymnych warunkach, a samice naszego gatunku jako jedyne przechodzą menopauzę. Formułując te reguły biolodzy natychmiast znaleźli dla nich wyjątki. Bywa, że para szympansów w czasie rui znika na kilka tygodni w lesie. Małpy bonobo zaś, uprawiając seks, rozładowują konflikty społeczne.

Ale wracając do ludzi: dlaczego kobieta nie sygnalizuje płodności za pomocą np. zaczerwienionych pośladków, jak czyni to szympansica? Dlaczego uprawiamy seks dla przyjemności? Odpowiedź, że tylko dla przyjemności, nie usatysfakcjonowała antropologów. Sformułowali na ten temat kilka teorii, które Diamond zrelacjonował w swej słynnej książce „Trzeci szympans”. Według jednej stało się tak, aby zredukować agresję między mężczyznami – łowcami, którzy zamiast walczyć o będące w rui kobiety, mogli zająć się bardziej pożytecznymi rzeczami, a w dodatku zgodnie współpracować przy ich realizacji. Według drugiej, chodziło o to, by scementować związek między partnerami – kobieta, która może zawsze, a nie tylko okresowo zaspokoić partnera, odpłaca seksem za pomoc przy wychowaniu potomstwa. Teoria trzecia bierze pod uwagę samczą manię prześladowczą dotyczącą ojcostwa (nie ma większej biologicznej klęski, niż zaangażować siły w wychowanie cudzego potomstwa i tym samym wspierać nie swoje geny). Ponieważ mężczyzna nigdy nie wie, czy udało mu się zapłodnić partnerkę, chcąc mieć pewność, że urodzi jego dziecko, woli jej pilnować, niż uganiać się za innymi, co skutkuje, jak w teorii drugiej, scementowaniem związku. Teorii jest więcej i być może wszystkie są po trosze prawdziwe. Jedno – jak podkreśla Diamond – jest pewne: seks to spoiwo społeczne.

Menopauzę wykryto także u samic pewnego gatunku delfinów. Nie wiadomo dokładnie, do czego im służy. Już z kobietami mieli ewolucjoniści spore problemy, bo skoro chodzi o to, by jak najskuteczniej rozsiać po świecie swoje geny, to jaki sens (naturalnie biologiczny) ma życie osobnika, który już tego robić nie może? Odpowiedź brzmi mniej więcej tak: kobieta ma menopauzę, by wychować swoje ostatnie dziecko (co w przypadku ludzi wymaga sporo czasu) i by pomóc córkom wychować wnuki, które przecież także są nosicielami jej genów. Ryzyko śmierci przy porodzie rośnie wraz z wiekiem, zatem 55-latka nie tylko mogłaby nie wydać na świat kolejnego dziecka, ale też osierocić pozostałe, zmniejszając ich szanse na przeżycie. I tak dobór naturalny wypromował menopauzę.

Już Darwin zauważył jednak, że dobór naturalny nie tłumaczy wszystkiego. Po co pawiom długie, jaskrawe ogony, utrudniające ucieczkę przed drapieżnikami? Po co jeleniom ciężkie, niewygodne poroża? Okazuje się, że mają być one rodzajem komunikatu: skoro mimo ogona albo wręcz rogów przeżyłem i świetnie sobie radzę, to muszę mieć świetne geny. Pytaniem z tej samej półki jest problem: po co mężczyźnie taki długi członek? Potężny goryl ma penis długości 3,2 cm w stanie wzwodu, orangutan – 3,8 cm. Czy nie byłoby korzystniej, gdyby ta dodatkowa ilość materiału tkankowego została zużyta na budowę kory mózgowej? – zastanawia się Diamond w wydanej ostatnio książce „Dlaczego lubimy seks?”. I odpowiada: „Wielki penis jest rodzajem ewolucyjnej przechwałki: jestem już taki mądry i wspaniały, że nie muszę dalej inwestować w mój mózg; mogę za to sobie pozwolić na zupełnie zbyteczne wydłużenie mojego członka”.

Mechanizm, który wyprodukował pawie ogony, ciężkie poroża i – prawdopodobnie – także nadmiernej długości penis męski, a także – trzeba sprawiedliwie powiedzieć – nadmiernie efektowny kobiecy biust (patrz ilustracja s. 9), to dobór płciowy. Zgodnie z jego zasadami szansę na rozród i przekazanie swoich genów mają te osobniki, które podobają się partnerom. Dziś doborowi płciowemu przypisuje się coraz większą rolę. Geoffrey Miller w wydanej niedawno książce „The Mating Mind” twierdzi wręcz, że tak ludzkie cechy jak tworzenie sztuki, język czy poczucie humoru zostały wyłonione przez ewolucję, ponieważ pomagały prehistorycznym mężczyznom w uwodzeniu partnerek. Duży mózg – twierdzi Miller – nie służył jedynie przetrwaniu, ale także skutecznym zalotom.

Teoria ewolucji biorąc pod lupę ludzki seksualizm tłumaczy niemal wszystko. Ewolucjoniści pomijają raczej ludzką skłonność do popadania w nieracjonalny stan emocjonalny – miłość, niekiedy płomienną, dozgonną i – zdarza się – wzajemną. Poza tym pozostaje pytanie, jak to się stało, że nastawieni na sukces reprodukcyjny i rozsiewanie genów wymyśliliśmy pigułkę antykoncepcyjną? Choć i tu biologia wskazuje wyjątek od ludzkiej reguły. Bez ryzyka ciąży (a więc bez biologicznego sensu) kocha się nie tylko człowiek. Jeszcze bardziej rozognione od człowieka bonobo, wedle Richarda Wranghama i Dale’a Petersona („Demoniczne samce”) wyróżniają się wśród naczelnych powszechnie uprawianym homoseksualizmem (Afrykanie samicze praktyki homoseksualne nazywają wdzięcznie hoka-hoka). W ten między innymi sposób małpy rozładowują potencjalne napięcia w swoich stosunkowo licznych stadach. Charakteryzują się wyjątkową niechęcią do ostrej rywalizacji, krwawych pojedynków między samcami, nie mówiąc już o takich ekscesach, powszechnych na przykład wśród szympansów, jak mordowanie cudzych dzieci, by natychmiast zapłodnić ich matkę.

Społecznościom bonobo obca jest w zasadzie przemoc wobec samic, choć nieobca jest walka o władzę. Tyle że samice w jej sprawowaniu są całkowicie równorzędne z samcami, do czego upoważniają je dodatkowo zupełnie podobne do samczych rozmiary ciała. Słowem: bonobo nie znają patriarchatu. Z jakiego powodu? Z powodu dobrobytu – odpowiadają badacze. Los zdarzył, że ewoluowały na niewielkich obszarach, fizycznie oddzielone od goryli – potencjalnych konkurentów w dostępie do garnka. Drobiazg – obfitość przekąsek z leśnego runa – wyeliminował zmory, z jakimi zmaga się wiele gatunków, a świadomie – przynajmniej nasz.

Język futurologii: preparat na erotyczną tożsamość

Pewnie nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków z doniesień, że kobiety są coraz roślejsze i coraz mniej odstają w tym względzie od mężczyzn. Oraz z tego, że 15 proc. Brytyjek wyznało pani Hite, iż miało romans z innymi kobietami, a 71 proc. jest tym zainteresowanych. Być może jednak i biologia, i kultura zaczynają zmierzać w podobnym kierunku – kobiety i mężczyźni stają się coraz bardziej podobni i równouprawnieni.

„Tradycyjnie kobiety wraz z zamążpójściem podwyższały swój status społeczny, mężczyźni zaś żeniąc się obniżali go, ponieważ kobiety potrzebowały środków na utrzymanie ich długo niesamodzielnego potomstwa – pisze Helena Cronin, dyrektor Ośrodka Filozofii w Londyńskiej Szkole Ekonomicznej. – Gdy warunki ekonomiczne się zmieniają, mogą zmienić się kryteria dotyczące wyboru partnera”. Samodzielne ekonomicznie kobiety nie będą już musiały preferować partnerów solidnych, dobrze sytuowanych i odpowiedzialnych. Będą mogły szukać chłopców po prostu ładnych lub wyłącznie superinteligentnych, zależnie od oczekiwań względem przyszłego potomka. Wówczas patriarchat i kultura macho skończą się ostatecznie i definitywnie.

Wiek XXI ma przynieść całkowite oddzielenie seksu od prokreacji. „Przed upływem półwiecza znajdziemy się w świecie, w którym będziemy poddawać się sterylizacji jako nastolatki, przechowując w bankach komórki jajowe i spermę” – twierdzi Robin Baker w książce „Seks w przyszłości”.

Komputery i Internet staną się głównym medium kojarzenia par. Oto jak Michio Kaku, autor książki „Wizje, czyli jak nauka zmieni świat w XXI wieku”, opisuje sceny z życia kobiety w 2020 r. (zwracając się bezpośrednio do niej), nad którą stale czuwa osobisty komputer o imieniu Molly: „Czwartek, noc. Nie masz żadnych planów na ten weekend. Prosisz Molly, żeby podała ci nazwiska mieszkających w pobliżu samotnych chłopaków (...). Na ekranie pojawiają się twarze i krótkie charakterystyki paru kandydatów. No Molly, jak myślisz, z którym mogłabym się spotkać? (...) Molly wybrała facetów wyglądających na skromnych i konserwatywnych. Ona zaczyna się zachowywać, jak rodzona matka. Sobota, wieczór: Jeden z chłopaków przyjął zaproszenie. (...) Po kolacji postanawiacie pójść do twojego mieszkania i obejrzeć jakiś stary film. – Molly, chciałbym obejrzeć »Casablancę«. Czy mogłabyś wstawić nasze twarze zamiast Ingrid Bergman i Humphreya Bogarta?”.

„The Times” na podstawie prognoz futurologów relacjonuje, co będzie działo się dalej, po 2020 r. Zatrą się różnice między orientacjami seksualnymi, a preparaty hormonalne pozwolą na wielokrotne zmiany tożsamości seksualnej. Pary homoseksualne dzięki klonowaniu doczekają się potomstwa. Zniknie tradycyjnie pojęty monogamiczny (nawet umiarkowanie) związek.

Seks wirtualny stanie się potężną gałęzią biznesu. Coraz większe uznanie zyskiwał będzie cyberseks. Ciało ludzkie metodą piercingu (kolczykowania) wyposażone będzie w specjalne czujniki, umożliwiające seks na odległość. Chip orgazmu, wprowadzony bezpośrednio do mózgu, odkryje przed człowiekiem niedostępne wcześniej doznania, zaspokoi wszelkie możliwe fantazje. Seks wejdzie całkowicie w sferę komercji.

I wtedy, mniej więcej w połowie wieku, przyjdzie bunt młodych. Pojawią się ruchy na rzecz purytanizmu i prostoty, analogiczne do współczesnej mody na naturalną żywność. Prof. Judith Mackey, ekspert Światowej Organizacji Zdrowia, na 2050 r. przewiduje powstanie Światowego Instytutu na rzecz Seksu z Ludzkim Obliczem.

Czy damy są pochopne?

Odpowiada Krystyna Kofta, pisarka:

Damy pochopne, łatwe kobiety... W moim otoczeniu od lat nikt nie używa określenia łatwa kobieta, dlatego sądziłam, że zupełnie wyszło z użycia. Czasami mówią tak przedwojenni inteligenci, którym nie przechodzi przez gardło słowo „dziwka” lub „kurwa”. Wolą już mówić nimfomanka.

Kobieta łatwa nie jest ani prostytutką, ani dziwką (w rozumieniu: zabawowa panienka, uprawiająca seks z wieloma partnerami), ani też nimfomanką (bo to rodzaj patologii). Nie wiadomo, czy lubi seks, czy nie. Jest łatwym łupem. Mężczyzna nie musi się napracować ani wykosztować, aby namówić ją na pójście do łóżka. W zachowaniu dziwek mamy do czynienia z prowokacją, a nawet z agresją seksualną. Kobieta łatwa sama nie wykazuje inicjatywy, czeka biernie na oferty i prawie każdą przyjmuje. Jest wielce prawdopodobne, że w obecnych czasach łatwość wynika z samotności zajętych pracą zawodową kobiet, których potrzeby seksualne nie zostały dostatecznie wytłumione. Woli być z byle kim niż sama. Nie potrafi szukać w sposób twórczy i nie ma na to czasu. W tym sensie upodabnia się do mężczyzny.

Warto zwrócić uwagę na różnice w traktowaniu mężczyzn i kobiet. Mówi się: męska dziwka, męska kurwa, lecz nie ma nimfomana ani też łatwego mężczyzny. Wynika to z przekonania, że mężczyzna mało wybredny jest zjawiskiem naturalnym, co potwierdzają badacze z dziedziny psychologii ewolucjonistycznej. Kobieta powinna być trudna, ponieważ musi dbać o potomstwo. Teraz, gdy tyle kobiet jest materialnie niezależnych, te argumenty trącą myszką.

Kobieta agresywna budzi lęk mężczyzny. Mężczyźni kochają łatwe kobiety, poddające się ich woli. To one sprawiają, że czują się samcami, a więc prawdziwymi mężczyznami. Dzięki nim mogą bić rekordy i stawiać słynne kreski nad łóżkiem. Ilość zaś przechodzi często w bylejakość. Niestety sympatia dla kobiety łatwiej jest krótkotrwała, mężczyźni traktują ją jak jętkę-jednonockę. Kobieta jednorazowego użytku – to właśnie kobieta łatwa.

To poszukiwaczka miłości, nigdy nie znajdująca tego, kogo szuka, w tym sensie to rodzaj psychicznej nimfomanii.

Czasem ukrywa się pod tą łatwością chęć bycia z inną kobietą, a ponieważ otoczenie takich związków nie akceptuje, bierze się więc ciągle nowych partnerów. Kulturowe naciski na kobietę są wciąż na tyle silne, że prowokują ową łatwość.

Młode pokolenie jest jednak od tego już uwolnione, dlatego nie używa określenia łatwa kobieta.

Czy umiemy mówić o erotyce?

Odpowiada Jerzy Pilch, literat:

Podobno polskim pisarzom nie wychodzą opisy scen erotycznych z powodu braku w polszczyźnie odpowiednich rzeczowników oraz czasowników. Podobno język polski jest językiem erotycznie niewydolnym (płciowo nieskorym). Podobno mówienie czy pisanie o seksie mieści się na jakimś dramatycznym obszarze wyrażeniowo-nazewniczym, którego biegunami są terminologia medyczna, słownictwo rynsztokowe oraz poetyzmy nie do zniesienia. W rzeczy samej, „Słownik seksualizmów polskich” Jacka Lewinsona odnotowuje jako synonim na przykład słowa „orgazm” fachową „ejakulację”, kilkadziesiąt wyrażeń plugawych typu: „pakowanie”, „potok”, „wypłata”, „meta”, „rozbryzg”, jeden neologizm: „spermostrzał” oraz jedno wyrażenie poetyckie: „rozpłakać się czułymi łzami”. W większości innych haseł proporcje leksykalnych zasobów erotycznych są podobne albo jeszcze dramatyczniejsze.

Oczywiście: w każdym stereotypie jest część nieprawdy. Komu opisy scen erotycznych nie wychodzą, temu nie wychodzą, większości nie wychodzą, bo większość jest mało zdolna, w końcu nie tylko w literaturze zdolna do wyrazistej erotyki jest zdecydowana mniejszość. Tyrmand to nie jest pisarz nadmiernie przeze mnie ceniony, ale miał on znaczny narracyjny i opisowy talent, słynna scena erotyczna z panią Nuną w „Dzienniku 1954”, scena – że tak powiem – zarazem dokumentna i taktowna przeczy tezie o impotencji języka polskiego.

Powiedzieć wszakże, że wszystko zależy od tego, kto polszczyzny używa, to jest rozwiązanie w swym subiektywizmie nieco zbyt jałowe. Chyba istotnie język polski nie ma swego erotycznego kanonu, a erotycznego kanonu współczesnego nie ma z całą pewnością, nawet Miłosz pragnąc nazwać istotę rzeczy ryzykownie pisze, że układa „pieśń nad pieśniami o puszystym zwierzątku nie do oswojenia”. Lewinson w swoim słowniku przykłady literackie czerpie prawie bez wyjątku z literatury staropolskiej, owszem, seksualny kanon rubaszno-sarmacki istnieje i dosyć jest zgubny, bezpośrednio toruje on drogę do sprośności językowej. Plugastwo językowe ma gołym okiem widoczną przewagę, faktycznie części mowy, które by w miarę neutralnie nazywały wstydliwe części ciała albo stany cielesnej ekscytacji raczej jest niewiele. Zawsze i pod każdym (tym także) względem twórcza tradycja biblijnego wzorca językowego zawsze była u nas kiepska.

W każdym razie odnoszę nie poparte niczym poza intuicją i własnym słuchem wrażenie, że Polak potoczny, gdy potocznie mówi o seksie, mówi językiem menela zatwardziałego, a kiedy z jakichś powodów chce sprawę uwznioślić albo zaszyfrować, mówi (a bywa i pisze) idiomem jakiego rozcieńczonego Tetmajera. Albo „jesteś piękna jak wiosenna róża”, albo „kotku masz dupę jak kancelaria trzeciej rzeszy”.

Czy huzary są niemrawe?

Odpowiada prof. Zbigniew Lew-Starowicz, seksuolog:

Mam dwie hipotezy na wyjaśnienie zachowań mężczyzn. Pierwsza to nadopiekuńczość matek i osoba ojca nie będąca optymalnym dla syna modelem identyfikacji w roli męskiej. Synowie przyzwyczajeni do wyręczania ich przez matki i ich nadopiekuńczości traktują osobę partnerki jako substytut matki i oczekują od niej aktywności m.in. w sferze seksualnej. Ma zatem miejsce odwrócenie tradycyjnych ról. Z kolei kobiety, nawet niezależne i wyemancypowane, oczekują od partnera w zakresie seksualności raczej tradycyjnych zachowań i nie odpowiada im „matkowanie”, przyjmowanie roli aktywnej i „uczenia” w zakresie własnych potrzeb i oczekiwań seksualnych.

Druga hipoteza: im większa otwartość, wymagania seksualne, uświadomienie kobiety, tym większe poczucie zagrożenia i niepewność w roli męskiej. Przestaje być „zdobywcą” i „nauczycielem” w sztuce miłosnej. Nic zatem dziwnego, że wielu mężczyzn ujawnia opór i podświadomy bunt w relacjach seksualnych. Obserwuję w swojej praktyce terapeutycznej narastające u młodych mężczyzn poczucie lęku przed wymaganiami i oczekiwaniami seksualnymi kobiet, poczucie niepewności i zagubienia w roli męskiej.

Polityka 50.2000 (2275) z dnia 09.12.2000; Raport; s. 3
Oryginalny tytuł tekstu: "Damy pochopne, niemrawe huzary"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pijane ciąże

Niełatwo żyć z poczuciem takiej winy. Że własnemu dziecku zniszczyło się przyszłość, wydając je po alkoholu na świat.

Paweł Walewski
19.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną