Prawo do wolności sumienia i wyboru

Suma sumień
Tuż przed świętem, które w naturalny sposób skłania ludzi do refleksji nad życiem i śmiercią, politycy odegrali nie wiedzieć już który akt rytualnego spektaklu wokół in vitro i aborcji.

Teraz parlamentarzyści PO, którzy w trakcie sejmowej zawieruchy zmienili zdanie na bardziej liberalne, są adresatami piętnujących pikiet, aranżowanych przez organizacje antyaborcyjne przed biurami poselskimi. Więc może należałoby chwilowo dać sprawie spokój, nie prowokować, nie zaogniać, bo przecież na razie wszystko skończyło się ogłoszonym przez Donalda Tuska programem wspierania zapłodnienia pozaustrojowego jako standardowej procedury medycznej, a projekt zaostrzenia ustawy aborcyjnej przepadł.

A jednak problem pozostał, i to fundamentalny. Bo nie ma nic bardziej fundamentalnego od spraw życia, śmierci, ludzkiej godności, sumienia. W odnawianym raz po raz – najczęściej dla celów całkowicie instrumentalnych – sporze używa się tych pojęć jak cepów. Na wszelkie przekonania inne niż własne, na racjonalizm, na moralne rozterki. Osobliwego znaczenia nabrało zwłaszcza pojęcie sumienia. Prawa strona sceny politycznej powiada: albo masz sumienie i nie pozwalasz mordować dzieci, zwłaszcza tych nienarodzonych i upośledzonych, albo sumienia nie masz. Po prostu. Czyli jesteś etycznym zerem. Wieloletnia pojęciowa młócka jakoś odłożyła się w świadomości społecznej – wedle badań opinii społecznej poglądy przesunęły się ku rygoryzmowi i w sprawie aborcji, i in vitro. To naturalne, wygodniej jest nie mieć etycznych dylematów, zwłaszcza w sprawie innych. Ludzie wolą być po stronie życia niż śmierci, mieć sumienie, niż go nie mieć, i należeć do tych czystych moralnie.

W archiwum POLITYKI znajdują się dziesiątki reportaży z ostatnich lat o ludziach, którym urodziły się dotknięte strasznymi chorobami dzieci; czasem sparaliżowane, głuche, niewidome, trwające w smudze bez czasu, bez przeszłości, bez przyszłości. Publikujemy te artykuły z upartej potrzeby sumienia, nakazującej dostrzegać życie ich matek i ojców. Większość też trwa w smudze – niepojętej wprost miłości, poświęcenia, heroizmu. Ale wiele matek mówi szczerze, że życie staje się klęską. Ceną za istnienie dziecka jest zniszczenie własnego życia. Że już zawsze nosi się żałobę po utraconej bezpowrotnie dumie. Że dziecko cierpi i jest się tylko świadkiem cierpienia, ale ten drugi ciężar jest jeszcze dotkliwszy niż pierwszy. I kto czuje się na siłach go nieść, niech się podejmuje. Ale nie wolno skazywać nikogo na to, by – jak mówiły same matki – „nienawidził własnego losu, chorował z rozpaczy i przemęczenia”. Nie wolno sprawiać, by pozostawiał swoje dziecko na tragiczne dogorywanie w łóżku albo porzucił je na straszny szpitalny los.

Trudno uwierzyć, by komukolwiek na te opowieści nie odzywało się sumienie. By nie czuł moralnej rozterki, by nie przyszła mu do głowy refleksja, co nam wolno jako społeczeństwu. Czy w takich sytuacjach wolno nam ludzi karać, piętnować, zabraniać im i nakazywać? Czy raczej jedyne, co za pomocą prawa powinniśmy, to dać im wolność. Wolność sumienia i wyboru. Wedle obowiązującej (uratowanej?), a i tak straszliwie restrykcyjnej, ustawy po prostu nie nakazujemy czegoś, co może okazać się ponad ludzkie siły. Tyle.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj