Kościół kończy z firmowaniem kompromisu aborcyjnego. PiS ma problem
PiS wie, że powinien za wszelką cenę ratować projekt zaostrzenia zakazu aborcji, gdyż jest to przyczółek jedności ruchu.
Kardynał Kazimierz Nycz
Senat RP/Flickr CC by 2.0

Kardynał Kazimierz Nycz

Dzisiejsza publiczna deklaracja kardynała Kazimierza Nycza, że „Kościół zdecydowanie nie poprze” zachowania tzw. kompromisu aborcyjnego z 1993 r., gdyż „Kościół, biskupi nie są od stanowienia kompromisów, są od głoszenia prawdy o życiu świętym, nienaruszalnym od początku aż do naturalnej śmierci”, odebrała dech chyba wszystkim słuchaczom radia RMF FM. Hierarcha zadeklarował, że Kościół w Polsce odstąpi od popierania tzw. kompromisu aborcyjnego z 1993 roku, który sam wykuwał z politykami.

Hierarcha zauważył również, że „po jednej i drugiej stronie” dodaje się cele polityczne: „dodane cele, które ewidentnie te kobiety i tych ludzi, którzy wychodzą na ulicę, w jakimś sensie czynią instrumentem polityki bieżącej, która jest uprawiana”. Po jednej stronie postawił protestujące kobiety. A po drugiej? „Jeżeli chodzi o same marsze w obronie życia, czy wszystkie inne marsze, to oczywiście ludzie do tego mają prawo” – zapewniał.

Powiedział też, że politycy mają szukać takich rozwiązań, które będą rozwiązaniami optymalnymi i w pewnym momencie osiągnąć to, co się da osiągnąć. Ale to „nie jest zadanie biskupów, zadanie Kościoła nauczającego”.

To wypowiedź całkowicie w duchu najstarszej zasady rozdziału Kościoła od państwa, wyrażonej przez samego Jezusa w Ewangelii, kiedy mówi On: „Oddajcie, co cesarskie, cesarzowi, a co boskie – Bogu”. Polityka jest bowiem dziedziną zmiany, której nie może ulegać doktryna wiary. Wiara też nie może rozmieniać się na drobne.

PiS, Kościół i aborcja

A tymczasem PiS, powołując się na „katolicki” charakter całkowitego zakazu aborcji, ale i na „upoważnienie” episkopatu, by odstąpić od budzącego gniew kobiet projektu, posłużył się Kościołem, próbując ratować wizerunek.

Trzeba przyznać, że Kościół sam się prosił o kłopoty, przyzwalając na wprowadzanie religijnej obrzędowości w życiu świeckim w niespotykanej skali, w tym na organizowanie mszy dla pracowników spółek państwowych czy święcenie nowych elementów infrastruktury miejskiej. Internetowy sukces memów z uroczystości poświęcenia studzienek kanalizacyjnych był sygnałem wczesnego ostrzegania. Ale mało kto się spodziewał huraganu, w jaki przerodzi się debata aborcyjna.

Według zespołu badawczego pod kierunkiem prof. Birgit Sauer z Uniwersytetu Wiedeńskiego ograniczanie praw reprodukcyjnych, „powrót” do państwa opiekuńczego wspierającego model rodziny, jak z amerykańskiego przedmieścia z lat 50., czy islamofobia – okazują się nawracać w każdym kraju, jako spoiwo nowego konserwatyzmu. Różne prawicowe nurty przyjmują je jako pole wspólnego działania, mimo że we wszystkich innych kwestiach mogą być skrajnie różne, jak na przykład podejście do kwestii wolnościowych. W Polsce ta niemożność dogadania się ma nawet swoją historyczną nazwę: Konwent św. Katarzyny…

PiS więc z jednej strony wie, że powinien za wszelką cenę ratować projekt zaostrzenia zakazu aborcji, gdyż jest to przyczółek jedności ruchu. Z drugiej strony zdaje sobie sprawę z tego, że kolejna próba wprowadzenia zakazu wywoła falę społecznego niezadowolenia, nad którą trudno mu będzie zapanować. Na chwilę udało się zażegnać niezadowolenie, kiedy głosem Krystyny Pawłowicz powołało się na „upoważnienie episkopatu”, by odstąpić od prac nad zaostrzeniem.

Jednak przerzucenie gorącego kartofla w ręce Kościoła nie było dobrym pomysłem. Dla zwykłych obywateli i obywatelek, członków Kościoła, ten rodzaj politycznej interwencji okazał się nie do przełknięcia. Dlatego hierarchowie wracają dziś do zasady „cesarzowi, co cesarskie, a Bogu – co boskie”. A PiS zostaje samo z piwem, które samo nawarzyło, przekonując innych konserwatystów do poparcia go mimo różnic – w imię wdrożenia całkowitego zakazu aborcji.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj