Policja PiS wymyśla kolejne szykany, żeby zastraszyć obywateli
Nie trzeba przypominać, że równocześnie policja jakoś nie broniła kobiet, które stanęły wprost na trasie marszu „narodowego” i były słownie oraz fizycznie atakowane.
Coraz powszechniejsze staje się obserwowanie działaczy obywatelskich przez agentów w cywilu.
Dawid Zuchowicz/Agencja Gazeta

Coraz powszechniejsze staje się obserwowanie działaczy obywatelskich przez agentów w cywilu.

W połowie sierpnia spisałem tu listę chwytów stosowanych przez policję państwa PiS do utrudniania obywatelskich protestów. Metody te nie tylko naruszały prawo, ale też nawiązywały do metod milicji czasów PRL. Komentarz kończyło post scriptum: „Twórczo rozwinięty ciąg dalszy zapewne nastąpi”. Okazało się to, niestety, prorocze. Oto bowiem kolejne miesiące przyniosły kolejne protesty i kolejne nadużycia policji.

Do wspomnianej listy można dziś bowiem dodać chociażby szczególny sposób legitymowania uczestników spontanicznych zgromadzeń. Oto za rozchodzącymi się już do domów demonstrantami udają się grupy umundurowanych funkcjonariuszy, by z żądaniem okazania dokumentów wystąpić dopiero w znacznej odległości od miejsca zakończonej manifestacji – gdzie jest mniejsza szansa, by uwieczniły to media, bądź by znaleźli się jacyś świadkowie. Nie mówiąc o tym, że sama czynność dokonywana w odosobnieniu gdzieś w ciemnej, wąskiej uliczce ma zapewne wywrzeć wrażenie na legitymowanym.

Nowe metody policji

Procedurę taką policja ćwiczyła podczas ostatniej demonstracji (dotyczącej poczynań policji właśnie) pod siedzibą MSWiA na Rakowieckiej w Warszawie.

Wcześniej, 11 listopada, sięgnięto po inną nową taktykę: oto do radiowozów zgarnięto wszystkich, co do jednego, uczestników pikiety Obywateli RP przeciwko przemarszowi ulicami stolicy wielotysięcznej grupy współczesnych faszystów. Ponad 40 osób przewieziono następnie do odległej komendy i dopiero tam wylegitymowano, by zwolnić po paru godzinach (oczywiście w tradycyjnym już stylu informując, że nie były one, broń Boże, zatrzymane). W tym czasie naziolski marsz zdążył się już zakończyć.

Nie trzeba przy tym przypominać, że równocześnie policja RP jakoś nie broniła grupki dzielnych kobiet, które stanęły wprost na trasie marszu „narodowego” i były tam słownie oraz fizycznie atakowane.

I wreszcie coraz powszechniejsze staje się obserwowanie działaczy obywatelskich przez agentów w cywilu. Ma to formę klasycznej inwigilacji, kiedy funkcjonariusze próbują to ukryć (czasem nieskutecznie, czego przykładem nagranie upublicznione przez Wojciecha Kinasiewicza z ruchu Obywateli RP, pokazujące, jak śledzono całą jego rodzinę). Czasem zaś przeciwnie: nieumundurowani funkcjonariusze podejmują obserwację z ostentacją – zdradzając swoje twarze, nieoznakowane samochody itp. Tak zdarza się choćby na demonstracjach – także tych kameralnych (kilka tygodni temu pod urzędem wojewódzkim w Opolu, gdzie grupka obywateli – wbrew groźbom wojewody – powiesiła usuniętą wcześniej flagę Unii Europejskiej). Dochodzi do tego, że agenci w cywilu pojawiają się nawet na uroczystościach pogrzebowych – tak nadzorowany był niedawno pogrzeb Piotra Szczęsnego na krakowskim Salwatorze. Butna ostentacja też ma zapewne na celu wywołanie strachu.

A że wszystko to, a zwłaszcza wysyłanie tajniaków nawet na pogrzeby, znowu nieodparcie przypomina praktyki z czasów PRL – to już przestaje robić wrażenie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj