Kraj

Dwa miliardy za dywizję. Polska oferta dla USA jest sensacją w NATO

Światowe media napisały, że Polacy chcą sfinansować stały pobyt u siebie wojsk USA. Światowe media napisały, że Polacy chcą sfinansować stały pobyt u siebie wojsk USA. Navy Petty Officer 1st Class Dominique A. Pineiro/Released / Flickr CC BY SA
Chcieliśmy, to mamy. Upublicznienie oferty stacjonowania na stałe dywizji wojsk USA za 2 mld dol. jest żywo dyskutowane na świecie. U części sojuszników budzi szok.

Światowe agencje (AP, Reuters, AFP), telewizja Fox News, nawet oficjalny serwis sił zbrojnych USA Stars and Stripes – wszyscy piszą o tym, że Polacy chcą sfinansować stały pobyt u siebie wojsk USA. Zaczęło się oczywiście od Politico Europe, powiązanego z krajowym Onetem, który ofertę wyciągnął na światło dzienne. Ale jej echa słychać nawet w Kazachstanie i Indiach, w zasadzie na całym świecie, dzięki niezliczonym cytatom w mediach społecznościowych. Polacy chcą zapłacić za stałą bazę USA – taki głównie komunikat przebił się na zewnątrz, niezależnie od intencji twórców „Propozycji stałej obecności USA w Polsce”, jak zatytułowany jest oficjalny ministerialny dokument. I niby wszystko jest świetnie: Warszawa pokazuje, na czym jej najbardziej zależy, a w dodatku dba o wzmocnienie całej wschodniej flanki NATO. Tyle że nasze dobre chęci bywają odwrotnie postrzegane.

Polska chce zapłacić za stacjonowanie wojsk USA

Od dyplomatów z zachodnioeuropejskich krajów Sojuszu można usłyszeć wyłącznie głosy zdziwienia, jeśli nie irytacji. Oto na nieco ponad miesiąc przed szczytem NATO okazuje się, że kluczowy kraj wschodniej flanki – nie informując, przynajmniej formalnie, innych sojuszników – próbuje się dogadywać z najpotężniejszym z nich, by uzyskać specjalny status. Dodatkowo otwarcie przyznaje, że po prostu chce za to zapłacić. Takie oceny rzecz jasna nie oddają całokształtu polskiej oferty i pomijają jej uzasadnienie, ale są faktem.

Ceniona komentatorka spraw natowskich Judy Dempsey pisze z kolei, że najwyraźniej Sojusz nie zapewnia Warszawie wystarczającego poziomu bezpieczeństwa, skoro ta stara się o dwustronny układ z Amerykanami. Wszystko dzieje się, kiedy w Warszawie trwa posiedzenie zgromadzenia parlamentarnego NATO, a sekretarz generalny Jens Stoltenberg spotyka się z najwyższymi rangą polskimi politykami. Zgrzyt? Na pewno jakaś niezręczność.

Bomba pod szczyt NATO?

Jednak ta sama Judy Dempsey broni Polski, pisząc, że chodzi o realizację postulatu zgłaszanego od samego początku członkostwa w NATO – wypełnienia luki w systemie bezpieczeństwa tej części Europy. Przypomina Radka Sikorskiego, który w końcu pierwszy mówił o swoim marzeniu – dwóch ciężkich brygad w Polsce – i konkluduje, że polska prośba jest w istocie przyznaniem tego, iż Europa nie jest w stanie zapewnić sobie samej bezpieczeństwa.

Niby oczywista oczywistość dla wszystkich znających się na rzeczy, ale budzi oburzenie np. niemieckich komentatorów i ekspertów. Ulrich Kühn z Carnegie pisze, że Polska wykonała ruch jednostronny i najwyraźniej nieskonsultowany w NATO. Jeszcze ostrzej ocenia sprawę Oliver Meier z niemieckiej fundacji studiów międzynarodowych. Dla niego to bomba podłożona pod szczyt NATO. A wpływowy organizator monachijskiej konferencji bezpieczeństwa Wolfgang Ischinger pisze, że to zły pomysł i powinien zostać odrzucony.

Całą trójkę najbardziej oburza zawarta w polskiej propozycji argumentacja, że stała baza dla sił wielkości dywizji nie złamie Aktu Stanowiącego NATO-Rosja z 1997 r., bo on wskutek działań samej Rosji przestał być aktualny. Przypomnijmy, że dokument z 1997 r. stwierdzał, że NATO i Rosja nie są przeciwnikami, wprowadzał „potrójne nie” odnośnie do przyszłego rozmieszczania na obszarze nowych krajów członkowskich broni nuklearnej (braku takiej intencji, planu i powodu) oraz deklarował, że NATO w przewidywalnej przyszłości nie będzie rozmieszczać na stałe znaczących sił. Miejmy też świadomość, że Wolfgang Ischinger postrzegany jest jako zwolennik dialogu z Rosją mimo jej agresywnej polityki, a dla Rosji deklaracja z 1997 r. była zawsze punktem odniesienia w relacjach z powiększającym się NATO.

Niemcy zaniepokojeni

Ale dostrzegając krytykę z Niemiec, nie wolno też zapominać, że to na ich terytorium Stany Zjednoczone nadal mają najwięcej wojsk rozmieszczonych w Europie i berlińscy eksperci mogą czuć zagrożenie, że na wschodzie wyrasta im nowy wojskowy partner nr 1 USA w Europie. Musieli dostrzec, że w ostatnich latach z Wiesbaden, Stuttgartu i Vilseck to do Polski ruch był największy w regionie – a oddziały amerykańskie na ćwiczenia przybywały na niemieckie poligony coraz częściej ze wschodu, bo najpierw lokowały się w Polsce.

Niemcy słyszeli, jak amerykańscy generałowie mówili o Polsce jako o punkcie ciężkości i węźle dla wojsk USA w Europie Wschodniej. A patrząc na mapę, porównując odległości i widząc, skąd może nadejść zagrożenie, mogli czuć niepokój, że Amerykanie mogą porzucić bawarskie i heskie garnizony na rzecz polskich, by być bliżej ewentualnego pola walki.

Czytaj także: Brytyjski generał Nick Carter alarmuje, że wojna z Rosją może być nieuchronna

Czy USA zdecydują się na umieszczenie baz w Polsce?

Bądźmy jednak realistami. 2 mld dol., które w polskich warunkach mogą się wydawać sumą szokująco wysoką, raczej nie pokryją kosztów zbudowania bazy i ulokowania w Polsce sił wielkości dywizji – czyli dwóch brygad pancernych, jednej zmechanizowanej lub zmotoryzowanej, brygady lotnictwa bojowego (śmigłowcowej), brygady logistycznej. Te koszty są bowiem przynajmniej pięć razy wyższe. Tym bardziej zaś suma ta nie skłoni USA do podjęcia decyzji o strategicznym charakterze, o ile o tej decyzji przesądzać będą racjonalne względy wojskowe.

Oznacza ona bowiem zbliżenie stałych baz o 1000 km na wschód Europy, przy pełnej świadomości zasięgu rosyjskich rakiet i szybkości manewru rosyjskich wojsk lądowych. Proponowane przez Polskę lokalizacje, czyli Bydgoszcz lub Toruń, znajdują się w bezpośrednim polu rażenia pocisków balistycznych Iskander wystrzeliwanych z Obwodu Kaliningradzkiego, Białorusi czy nawet zachodniej części Rosji. Są też narażone, podobnie jak bazy w Niemczech, na uderzenie pocisków samosterujących typu Kalibr, wystrzeliwanych z morza lub tych samych wyrzutni Iskanderów.

Wreszcie, biorąc pod uwagę pełnoskalową wojnę, bazy na linii Wisły mogłyby znaleźć się na drugiej – bo może nie pierwszej – linii starcia z nacierającymi Rosjanami, gdyby Putin zdecydował się na frontalny atak. Bez odpowiedniej obrony powietrznej, bez bliskich baz lotnictwa wsparcia, bez wystarczającego czasu na reakcję – tego Amerykanie nie lubią i na to się raczej nie zdecydują.

Chyba że polskie natarcie trafi na podatny grunt polityczny w Waszyngtonie. Polska poszła na całość, akurat kiedy prezydentem USA jest nastawiony na „deal” biznesmen. Donald Trump nie raz wytykał sojusznikom, że nie płacą ani za ochronę pod parasolem NATO, ani za obecność wojsk USA. Wobec tego Warszawa zdecydowała się pokazać Trumpowi pieniądze. Nie tylko chwali się formalnym spełnieniem wymogu wydawania 2 proc. PKB na własną obronę, ale gotowa jest zapłacić ekstra za pobyt wojsk z USA!

Nawet trudno obecny rząd ganić za taką próbę, bo przecież jej spełnienie byłoby ugruntowaniem odwiecznego postulatu bezpieczeństwa Polski: posiadania na stałe baz sojuszniczych. Gdyby Donald Trump „kupił” ofertę 2 mld, Polska byłaby ewidentnie wygrana, i to – przyznajmy – tanim kosztem. Gdyby się udało, należałoby się pokłonić Antoniemu Macierewiczowi, bo to za jego rządów w MON powstała polska oferta, nawet jeśli to Mariusz Błaszczak po raz pierwszy przedstawił ją formalnie Amerykanom. I nawet publicznie się tym chwalił, wyjeżdżając do Waszyngtonu. Niestety, reakcja sekretarza obrony Jamesa Mattisa w kwietniu była chłodna: USA wysyłają wojska zgodnie z interesem bezpieczeństwa NATO – orzekł. Ani słowa więcej, mimo polskich oczekiwań. To mogło być dyplomatyczne „nie”. Zwłaszcza że nie wiemy, co powiedział Błaszczakowi za zamkniętymi drzwiami.

Brygada za dobrą monetę

I może to doprowadziło do upublicznienia polskiego stanowiska. Skoro Amerykanie są niechętni, to pokażmy przynajmniej Polakom, jak bardzo się staramy – wszak idą wybory, a w obliczu niemal zatrzymania modernizacji sił zbrojnych rząd musi się czymś wykazać w dziedzinie bezpieczeństwa. Dlatego MON w ostatnich tygodniach wychwytywał każdy sygnał płynący z USA o rozpatrywaniu stałej obecności w Europie. Był zresztą powód, bo w ramach prac budżetowych Izba Reprezentantów wskazywała na potrzebę wzmocnienia Europy, a Senat sugerował zlecenie Pentagonowi raportu oceniającego możliwości i zasadność stacjonowania w Polsce na stałe... brygady. Ale nie dywizji, ku zgrozie Polaków. Chcieliśmy dywizję, dają brygadę, ale i tak jesteśmy do przodu – tak mogła wyglądać linia rozumowania władz, niestety odtwarzana tylko przeze mnie, niezbyt zorientowanego w trybie myśli MON.

To powiedziawszy, nie sposób potępić zabiegów o większą i stałą obecność Amerykanów w Polsce. Styl tym razem jest może i pokraczny, ale cel ze wszech miar słuszny. I nie mam tu na myśli wyłącznie naszych partykularnych korzyści strategicznych. Im bliżej państw bałtyckich będzie ulokowany strategiczny odwód NATO – USA, tym bardziej Rosja będzie się wahać, czy wykorzystać słabość Estonii, Łotwy czy Litwy, które nawet wzmocnione przez bataliony NATO nie będą w stanie się obronić.

Zresztą za chwilę – w czerwcu – w czasie ćwiczeń Saber Strike to właśnie przejście wsparcia sojuszniczego przez Polskę na Litwę okaże się najważniejszym zadaniem trenowanym przez amerykańskie wojska. Żeby nie drażnić za bardzo Rosji, zadanie to wykona lekka, zmotoryzowana piechota z US Army Europe. Ale w razie rzeczywistej potrzeby nie ma wątpliwości, że przez przesmyk suwalski będą musiały przejść kolumny czołgów z rotacyjnej albo na stałe stacjonującej w Polsce brygady US Army.

O ileż bezpieczniejsi byśmy się czuli, gdyby w Polsce na stałe bazowała dywizja wojsk USA? Marzenie Radka Sikorskiego w pełni pokryłoby się z celami Antoniego Macierewicza i Mariusza Błaszczaka. Raj bezpieczeństwa po prostu.

Tyle że w przewidywalnej przyszłości ta idylla nie ma szans spełnienia. Nawet w przypadku pozytywnej decyzji politycznej, na którą nie możemy w stu procentach liczyć, proces inwestycyjny po polskiej stronie potrwa latami. Tyle samo zajmie proces generacji sił po stronie amerykańskiej, a na to nałożą się niesnaski w Europie. Bo poza Niemcami niezadowolone będą też Włochy, gdzie obecnie mieści się kluczowa brygada powietrznodesantowa wojsk USA.

Gdyby miało się okazać, że w imię spełnienia polskich żądań któraś z jednostek w Niemczech czy Włoszech ma być do Polski przeniesiona, czeka nas istne piekło w Sojuszu i eksplozja niechęci, zagrażająca jedności na większą skalę. Jesteśmy gotowi zaryzykować? Nawet jeśli obecny prezydent USA przyzwyczaił świat do jednostronnych decyzji i nawet jeśli jest silna pokusa, by tę słabość wykorzystać w polskim interesie, pytanie, czy się nam to na dłuższą metę opłaca.

Czytaj także: NATO w kryzysie zaufania. Ratuj się, kto może?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama