Kraj

Deklaracja, tolerancja, afirmacja, czyli mówmy o prawach LGBT

Deklaracja, tolerancja, afirmacja, czyli mówmy o prawach LGBT

Marsz Równości we Wrocławiu, 2018 r. Marsz Równości we Wrocławiu, 2018 r. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
LGBT może nie jest topową kwestią, ale trzeba pamiętać, że środowisko to obejmuje około 5 proc. społeczeństwa, czyli 1,5–2 mln osób, a więc wystarczająco dużo, aby dyskutować na temat ich statusu.

W zeszłym roku w czerwcu spacerowałem po Paryżu w mieszanym towarzystwie polsko-francuskim. Nagle ujrzeliśmy na jednym z publicznych gmachów olbrzymią tęczową flagę – akurat zbliżała się parada równości. Jedna z Polek zapytała: „Nie boicie się, że ktoś to zedrze?”. Na „francuskich” twarzach widać było niepomierne zdumienie, a nawet zakłopotanie. W końcu ktoś (akurat nasza rodaczka na stałe mieszkająca we Francji) odpowiedział: „A niby dlaczego ktoś miałby to zdjąć?”.

Kilka dni temu zadzwonił do mnie znajomy ksiądz, organizujący międzynarodową konferencję filozoficzną. Trapił się, bo jeden z zaproszonych referentów przysłał mu gazetę, z której treści mogło wynikać, że (ów gość) jest gejem. Powodem strapienia duchownego było nie tyle to, że otrzymał wspomnianą przesyłkę, ile – jak stwierdził – „możliwość jakiejś afery”. Te dwa fakty w jakimś stopniu świadczą o atmosferze w Polsce. Ujawniła się ona w związku z wiadomą deklaracją warszawską podpisaną przez p. Trzaskowskiego (skrót: LGBT+). Szczególne poruszenie wzbudził punkt zalecający wprowadzenie „edukacji antydyskryminacyjnej i seksualnej w każdej szkole, uwzględniającej kwestie tożsamości psychoseksualnej i identyfikacji płciowej, zgodnej ze standardami i wytycznymi Światowej Organizacji Zdrowia (WHO)”.

Krucjata przeciw LGBT

Do zdecydowanego kontrataku ruszyły zjednoczone siły moralnego serca Europy skierowane na sanację obyczajów tegoż kontynentu, np. w celu ochrony Europejczyków przed renegackim zdziwieniem, że symbole LGBT mogą być zrywane – w samej rzeczy nie tylko mogą, ale powinny być eliminowane. Oto kilka przykładów zdrowej rodzimej reakcji. Pani Nowak, małopolska kurator oświaty, wsławiona organizacją krucjaty przeciwko szatanowi uosobionemu przez p. Dennetta (filozofa, psychologa i przedstawiciela tzw. nowego ateizmu), stwierdziła: „Standardy WHO dotyczące tzw. edukacji seksualnej są propedofilskie. Znajdują się tam wskazówki, jak od najmłodszych lat rozbudzić dziecko seksualnie, począwszy od okresu niemowlęcego”.

Pan Wildstein, niezłomny rycerz dobrej zmiany, podnosi: „Następuje podstępna zmiana języka, za którą idzie zmiana sposobu myślenia i logiki. Oczywiste jest, że mniejszości wymagają ochrony i nie można ludzi dyskryminować. Niektórzy jednak idą o krok dalej i domagają się przede wszystkim większych przywilejów”. Pan Kukiz, poseł i (prawie) narodowy bard (autor eleganckiego songu o Słońcu Peru z początkiem w Zatoce Świń – jeśli ktoś ogląda serial „Barwy szczęścia”, niechybnie znajdzie podobieństwo rzeczonego artysty z niejakim Ricardo), rzekł: „Są pewne granice, których nie można przekroczyć, bo za chwileczkę będzie masowa nauka masturbacji w przedszkolu. (...) Zamiast leżakowania, zamiast spania dzieci pójdą się masturbować”. Rzecz podsumował pewien Zwykły Poseł zawołaniem: „Wara od naszych dzieci”, wskazującym na jego gruntowne doświadczenie w roli ojca rodziny.

Jan Hartman: Tak, trzeba seksualizować dzieci!

„Zakwestionowanie chrześcijańskiej wizji człowieka”

Szczególnie dogłębnie sprawą zajęła się Konferencja Episkopatu Polski: „Kościół nie używa nazwy LGBT, ponieważ w niej samej zawarte jest zakwestionowanie chrześcijańskiej wizji człowieka. (...) Karta proponuje szereg działań o charakterze promującym środowiska homoseksualne bądź inicjatyw stygmatyzujących w wymiarach społecznych osoby wyznające inny światopogląd lub religię, (...) chociaż zakłada przeciwdziałanie dyskryminacji, to jednak sprzyja dyskryminacji innych. (...) Spośród (...) postulatów (...) najbardziej niepokoją propozycje wprowadzenia zajęć edukacji seksualnej. (...) Projekt ten może łatwo pozbawić rodziców wpływu na wychowanie ich dzieci i stać się programem je deprawującym. (...) Można się obawiać, że (...) wprowadzi do szkół program wychowania seksualnego w duchu ideologii gender, adresowany już do małych dzieci. Wychowanie to ostatecznie będzie prowadziło do brutalnego zapoznawania dziecka z anatomią i fizjologią sfery seksualnej, z technikami osiągnięcia zadowolenia płciowego, a w dalszej kolejności technik współżycia cielesnego, poznania metod zapobiegania chorobom przenoszonym płciowo i »niechcianej« ciąży. Wychowanie to ma też na celu oswojenie dzieci z różnymi formami relacji płciowych, a więc nie tylko rodzicielskim związkiem mężczyzny i kobiety, ale także z zachowaniami samotniczo-ipsacyjnymi, biseksualnymi, homoseksualnymi, dezaprobaty płci w postaci różnych postaci transseksualizmu. (...) Kościół (...) uznaje za słuszne i potrzebne seksualne wychowanie dzieci (...) jako wstępne przygotowanie do życia w małżeństwie obejmujące również odkrycie prawdziwego sensu ludzkiej płciowości”.

Czytaj także: „Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Pomijając na razie kwestie merytoryczne, warto zwrócić uwagę na kwestie semantyczne. Pan Wildstein słusznie zwraca uwagę na kształtowanie się nowego języka powodującego zmianę myślenia i logiki. Oto biskupi myślą, że używanie skrótu LGBT jest zakwestionowaniem chrześcijańskiej wizji człowieka. Tak jest zapewne wedle ich logiki, jeszcze lepiej wyrażonej przez p. Jędraszewskiego, metropolitę krakowskiego: „To sformułowanie [zero tolerancji], często używane w mediach, ma charakter w jakiejś mierze totalitarny. (…) Kiedy nazizm hitlerowski walczył z Żydami, stosował wobec nich »zero tolerancji«, w wyniku czego powstał Holokaust. (...) Kościół musi być nieskazitelnie stanowczy w piętnowaniu zła i w walce ze złem, ale musi także, czego uczy nas Pan Jezus, wzywać do nawrócenia, pokuty i okazywać miłosierdzie sprawcom”. Fakt, w tej sytuacji tuszowanie skandali obyczajowych w instytucji, w której p. Jędraszewski działa, jest nieskazitelnie stanowczym okazywaniem miłosierdzia.

Homofobia, „lęk przed człowiekiem”

Mój ulubiony p. Broda, profesor fizyki, sformułował prawdziwie nowatorską tezę semantyczną: „Coraz szerzej jest stosowane (...) słowo »homofobia«, którym określana jest postawa braku afirmacji dla zachowań demonstrujących skłonności LGBT. Człowieka, który toleruje występowanie takich dewiacji, ale nie akceptuje ich demonstrowania i propagowania, nazywa się już dość powszechnie »homofobem«. Nie trzeba znajomości łaciny, by wiedzieć, że słowo »homo« oznacza człowieka, a »fobia« to ukierunkowany lęk (...) przed czymś konkretnym, (...) czasem nawet wstręt. (...) Oczywiste, że »homofobia« jest określeniem o wiele bardziej pasującym do tych, którzy krzyczą i oskarżają normalnych ludzi, że tolerancja nie wystarczy, trzeba akceptować i wspierać”.

Tak więc p. Broda twierdzi, że homofobia polega na lęku przed człowiekiem. Gdy mu zwrócono uwagę, że w tym kontekście (podobnie jak w wypadku homoseksualizmu) część „homo” ma źródłosłów grecki i wyraża podobieństwo, równość itp., okrutnie zeźlił się i oskarżył swego adwersarza o nieuctwo. Czyżby p. Broda nie wiedział o znaczeniu takich słów jak „homomorfizm”, „homotopia” czy „homologia”?

Leszek Jażdżewski: Polska, Panie Prezesie, potrzebuje edukacji seksualnej i uznania praw LGBT

„Tolerancja tak, wypaczenia – nie”

Protagoniści dobrej zmiany powiadają (por. wynurzenia biskupów i p. Brody), że trzeba odróżnić tolerancję od afirmacji. Są za pierwszą, ale przeciw drugiej. „Tolerancja tak, wypaczenia (afirmacja) nie” – to oficjalne stanowisko PiS ustalone zaraz po LGBT+. Tolerancja w ich wydaniu jest szczególna, zważywszy na język, jakim się posługują. Przykładem sławna fraza p. Oko, z zawodu księdza i profesora: „Seks gejowski to jest tak, jakby tłok silnika zamiast w cylindrze silnika poruszał się w rurze wydechowej. To jest medycznie i technicznie katastrofa. Bo i samochód nie pojedzie, i rura się rozwali”.

Przekaz dnia z Nowogrodzkiej został natychmiast wykorzystany przez p. Derę i p. (nie byle) Jakiego. Ich semantyczni doradcy zapomnieli jednak zajrzeć do „Słownika języka polskiego” i sprawdzić, co znaczy słowo „afirmacja”. Otóż wyraz ten znaczy następujące rzeczy: 1. zgoda na coś, potwierdzenie, uznanie czegoś za dobre; aprobata, akceptacja; 2. w filozofii a) pozytywny stosunek do życia mimo rozczarowań; b) stwierdzenie prawdy, istnienia czegoś.

Otóż LGBT+ nigdzie nie uznaje homoseksualizmu za coś dobrego (lub złego), ale opiera się na założeniu (afirmacji), że coś takiego istnieje, i fakt ten wymaga zgody, akceptacji czy aprobaty z uwagi na preferencje grupy osób oznaczonej skrótem LGBT. A jeśli tak, to należy przedsięwziąć środki zapewniające tej mniejszości godne i bezpieczne życie, np. chronić młodych ludzi przed samobójstwami wywołanymi postawami homofonicznymi (nie w sensie wymyślonym przez p. Brodę). Nie są to żadne przywileje, ale elementarne, godziwe poczynania. Pan Dera chyba jako pierwszy stwierdził (inny ulubiony argument orędowników dobrej zmiany), że LGBT+ narusza konstytucyjne prawo rodziców do wychowania dzieci. Dziwne, że ten dostojnik z kancelarii prezydenta i wykształcony prawnik, nieodmiennie paradujący z narodową flagą w klapie, nie dostrzega, że LGBT+ zakłada dobrowolność edukacji seksualnej. A gdyby jacyś rodzice, powołując się na konstytucję, chcieli wychować dziecko na faszystę, p. Dera też by to afirmował (w swoim rozumieniu)?

Ewa Siedlecka: Deklaracja LGBT+ to realizacja konstytucji

Moralne serce Europy

Sprawa wymaga oczywiście dyskusji, chociażby z uwagi na poziom społeczeństwa polskiego, w którym słowa „pedał” czy „homoś” są ciągle zwyczajnymi epitetami. Być może LGBT+ idzie w niektórych punktach za daleko, ale to mogą wyjaśnić specjaliści, a nie pp. Kaczyński, Broda, Dera, Jaki, Jędraszewski, Kukiz, Nowak, Oko czy Wildstein, czy też amatorzy z drugiej strony sceny politycznej.

Innym powodem jest ciągle niewesoły stan świadomości seksualnej Polaków i Polek. W 1961 r. jako student prawa miałem praktykę w prokuraturze. Znalazłem akta sprawy, w której wujek namówił na seks swoją 13-letnią krewną, tłumacząc, że zrobi jej dużą lalkę, jaką widziała w sklepie. Dziecko uwierzyło i zaszło w ciążę. Po 60 latach współczesna 13-latka dowiedziała się, że jest w ciąży, gdy trafiła do szpitala po wypadku samochodowym. A w międzyczasie seksuolodzy alarmowali o przedziwnych poglądach polskiej młodzieży o zapobieganiu ciąży – a to, że pierwsze 10 razy jest bez konsekwencji, a to, że chłopak powinien wymoczyć „swojego” w occie przed stosunkiem itp. Efektem jest m.in. obszerne podziemie aborcyjne (od lat wiadomo, że właściwa świadomość antykoncepcyjna jest najskuteczniejszym środkiem antyaborcyjnym) czy liczne przypadki dzieciobójstwa albo porzucania niemowlaków w przygodnych miejscach. A wszystko to dzieje się w moralnym sercu Europy, w kraju z problemami demograficznymi, którego budżet jest rujnowany absurdalnymi programami socjalnymi mającymi na celu nie tyle pomoc dla najuboższych, ile kupowanie głosów, niezależnie od poziomu życia przyszłych wyborców.

Czytaj także: Wiedza nastolatków o seksie przypomina średniowieczną mapę świata

O prawach LGBT trzeba w Polsce dyskutować

Reakcja wielu polskich polityków i dziennikarzy (mam teraz na myśli opozycję i osoby jej sprzyjające)? Otóż pojawił się argument, że podpisanie LGBT+ przez p. Trzaskowskiego jest może i słuszne, ale nie na czasie, ponieważ dostarcza amunicji wyborczej p. Kaczyńskiemu i jego obozowi politycznemu. Bardziej zatroskani, np. p. Herman z PSL, podnosili, że jest tyle ważnych spraw do dyskusji, a tu podnosi się sprawę LGBT, odwracając uwagę od naprawdę istotnych problemów.

Te opinie są oczywiście mile widziane przez PiS i przystawki tej partii, ponieważ od razu są kwitowane jako wyraz walki politycznej toczonej z nienawiści do ojczyzny i narodu. Nie twierdzę, że LGBT jest topową kwestią, ale trzeba pamiętać, że środowisko to obejmuje ok. 5 proc. społeczeństwa, czyli 1,5–2 mln osób, a więc wystarczająco dużo, aby dyskutować na temat ich statusu. Zagadnienie jest zresztą szersze, bo rzecz dotyczy także stosunku do tej grupy reszty społeczeństwa czy poziomu edukacji seksualnej. Właśnie dyskutować, a nie rozpatrywać całą kwestię z punktu widzenia jej plusów i minusów dla aktualnej walki politycznej.

Inaczej trzeba będzie przypominać Boya: „To rzecz w Polsce niesłychana, nie chcą wierzyć już w bociana! Kiedyś wpada mała Hanka: Ciociu, jestem rotomanka! Któż cię tak nauczył?! – Józio. (...) Józiu! Zostaw ten rozporek i chodź odmówić paciorek. Niech Józio przy łóżku klęknie. I powtarza głośno, pięknie: Boziu, usłysz głos chłopczyny, odpuść synów naszych winy! Polska cię na pomoc woła! Niech tradycji i Kościoła pozostanie sługą wierną, erotyzmem ni moderną, niech się naród ten nie spodli!”. To i tak wersja soft w porównaniu z tym, co proponuje propaganda dobrej zmiany, prawa i sprawiedliwa, wedle wskazań p. Oko.

PS Coś dla pokrzepienia serc. Pan Morawiecki (junior) ogłosił: „Śląsk może i musi być Doliną Krzemową Polski i Europy”. Też prawda, ale pod warunkiem że zdefiniujemy CO2 (dwutlenek węgla) jako SiO2 (krzemionka). To jednak bułka z masłem dla tych, którzy zmienili sposób myślenia i logikę.

Daniel Passent: Skupienie kampanii wyborczej na problemach światopoglądowych jest na rękę władzy

Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Syn, który nie rozstał się ze swoją matką – częsta przyczyna małżeńskich kryzysów

Prof. Bogdan de Barbaro o relacjach z teściowymi i teściami, babciami i dziadkami.

Agnieszka Krzemińska
17.04.2019
Reklama