Kraj

Fala obelg i gróźb pod adresem Aleksandry Dulkiewicz

Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz EPP Group in the CoR/European Union/Fred Guerdin / Flickr CC by 2.0
Słowa nie są niewinne, bywają groźne. Zwłaszcza jeśli agresja jest niemal wprost i bezpardonowo podkręcana przez władzę, a niektórym daje profity.

Okazuje się, że ostatnimi czasy na Aleksandrę Dulkiewicz wylewa się niespotykana fala obelg i gróźb, o czym informuje „Gazeta Wyborcza”. Według otoczenia pani prezydent nasilają się one po każdym z licznych ataków sympatyzujących z pisowską władzą mediów. W niektórych listach z pogróżkami wprost cytowane są tezy z programów TVP czy prorządowej prasy, zwłaszcza te o „gloryfikowaniu nazistowskiej karty w historii miasta” czy „przypisywaniu Polakom współodpowiedzialności za wybuch II wojny światowej”.

Czytaj także: Dziennikarz pobity we Wrocławiu. Bo skrytykował homofobiczne graffiti

Niszcząca moc słów

Korespondencja często jest anonimowa, zdarzają się też klasyczne „wyklejanki” z gazet. Ale bywa, że obelgi i groźby są podpisane, i to prawdziwym nazwiskiem. Skojarzenia są oczywiste, chociażby z racji miejsca – podobnie nękany był poprzedni prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. A w końcu doszło do najgorszego. Na dodatek można wskazać wiele innych przykładów niszczącej mocy agresywnej retoryki.

Choćby skierowaną przeciw uchodźcom kampanię PiS, której symbolem stały się słowa samego Jarosława Kaczyńskiego o „bardzo niebezpiecznych chorobach” i „różnego rodzaju pasożytach” roznoszonych przez przybyszy spoza Europy. W efekcie rodacy radykalnie zmienili stosunek do przyjmowania uchodźców – o ile w połowie 2015 r. przeciwko pomocy dla nich opowiadało się niewiele ponad 20 proc. badanych, o tyle pod koniec 2017 już 63 proc. ankietowanych nie chciało, by do Polski trafiły osoby, które uciekły z krajów objętych konfliktami zbrojnymi.

Zmienił się także stosunek do cudzoziemców, którzy już tu trafili. Dowodem uliczne ataki – zarówno słowne, jak i fizyczne – na różniących się odcieniem skóry. Wrogie nastawienie dotyka m.in. Ukraińców. Widać też skutki propagandy antyniemieckiej – przykładem napaść w stołecznym tramwaju na pasażera, którego winą było to, że rozmawiał po niemiecku, ale też antyniemieckie w duchu graffiti np. na Opolszczyźnie.

To samo dotyczy agresji wobec mniejszości seksualnych, nasilającej się i zataczającej coraz szersze kręgi: od rodzimych nazioli i kiboli, przez niektórych tzw. zwykłych mieszkańców Białegostoku, innych polskich miast i wsi, po pisowskich urzędników, dziennikarzy, posłów oraz wielu katolickich hierarchów i duchownych. W tym przypadku obelgi i pobicia nie są pierwszyzną. Skala ujawnionej nienawiści nie ma precedensu.

Jan Hartman: TVP kontra LGBT, czyli najwyższa forma propagandy

PiS szczuje na przeciwników politycznych

A że agresja jest niemal wprost i bezpardonowo podkręcana przez władze (m.in. policja i prokuratura często zdają się inaczej takie sprawy traktować), biorący w niej udział czują się bezkarnie. Ba, niektórzy liczą pewnie na profity. W państwie PiS podobnie kreowane były nagonki na sędziów, lekarzy i nauczycieli, o opozycji ulicznej i innych przeciwnikach politycznych nie wspominając. Widać taki jest styl tej ekipy i takie jej metody. Sprawdzone już wielekroć przez rozmaite autorytaryzmy.

Obelgi oczywiście najczęściej ranią, ale nienawistne, złe słowa potrafią przynieść jeszcze gorsze skutki. Dowiodła tego historia – a symbolem niech będzie Judenfrei, nazistowski termin oznaczający w czasie II wojny światowej terytoria, na których wymordowano niemal wszystkich Żydów, przedstawianych wcześniej w kampanii nienawiści jako podludzi roznoszących tyfus. Zresztą przecież całkiem niedawno w Polsce – w tymże Gdańsku – mieliśmy rodzimą tragedię. Skądinąd postępowanie w tej sprawie wciąż się nie zakończyło. I co? Okazuje się, że nic. Po prostu „nienawiść jest łatwa” – jak mawiał Marek Edelman, człowiek, który w życiu sporo się na nią napatrzył. Rozbudzić ją można choćby przez słowa. A profity ktoś zgarnia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Nie każdy archeolog to Indiana Jones

Popkulturowy obraz archeologa awanturnika umacnia przekonanie, że ich głównym zadaniem jest odkrywanie skarbów. Ten fałsz fatalnie odbija się na wiedzy o przeszłości.

Agnieszka Krzemińska
27.02.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną