Kraj

Koronawirusowy łańcuszek. Jak SARS-CoV-2 zaatakował wrocławski szpital

Wrocław, miasto w czasie epidemii koronawirusa. 25 marca 2020 r. Wrocław, miasto w czasie epidemii koronawirusa. 25 marca 2020 r. Krzysztof Ćwik / Agencja Gazeta
Dr Marcin Murmyło, pulmonolog, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Chorób Płuc, przewodniczący Konsorcjum Wrocławskich Szpitali, opowiada, jak wirus zaatakował jego szpital i paraliżuje kolejne oddziały. I jak z tym walczy.

AGNIESZKA SOWA: – Stan na dziś to 39 wyników dodatnich wśród personelu DCCHP i 11 pacjentów. Dużo.
MARCIN MURMYŁO: – Dużo, bo zrobiliśmy testy 550 pacjentom i pracownikom. Kiedy tylko pojawiało się podejrzenie, zamykaliśmy oddział i po siedmiu dniach – wszyscy do badania. Jak przychodziły wyniki, to dodatni na kwarantannę, zdrowi do pracy i oddział pracuje normalnie.

Jak się panu udało zrobić tak dużo testów?
Wyprzedziłem wszystkich. Jak tylko zobaczyłem, co się dzieje, podjąłem decyzję i zaczęliśmy robić badania. Jeszcze czekamy na kilkadziesiąt wyników.

Jak to się zaczęło?
Niedziela, 18:30, informacja od naszej pielęgniarki, że w jednoimiennym szpitalu im. Gronkowskiego leży pacjent wypisany od nas tydzień wcześniej. Koleżanka do niej zadzwoniła. Więc wezwałem cały personel z tego oddziału. Zrobiliśmy testy wszystkim pacjentom i pracownikom. Myślałem, że będą ujemni i za dwa dni wrócą do pracy. A okazało się, że 16 pielęgniarek, trzech pacjentów i dwie salowe mają wynik dodatni. Od tego się zaczęło.

Czytaj też: Cisza przed wirusem. Opowieść anestezjolog z niemieckiego szpitala

Ten pacjent zakaził się u was?
Tego nie wiemy. Albo u nas, albo po wyjściu do domu. To był pacjent przewieziony z naszego Izolatorium w Obornikach Śląskich do Centrum.

Więc mógł przywieźć wirusa z Obornik?
Prawie na pewno nie. Ewakuowaliśmy Izolatorium w Obornikach, żeby zrobić miejsce dla pacjentów dodatnich jednoimiennego szpitala i tego pacjenta sam wiozłem samochodem do Wrocławia. Ani ja, ani drugi pasażer nie zakaziliśmy się. Ten pacjent był w Izolatorium z powodu bakteryjnego zapalenia płuc, po kilku dniach leczenia we Wrocławiu wyszedł w dobrym stanie. A po kolejnych kilku dostał wysokiej gorączki, miał zrobiony wymaz i okazało się, że jest dodatni. Trafił do szpitala zakaźnego.

U was leżał na pulmonologii, pierwszym oddziale, gdzie było ognisko?
Tak, pierwsza była pulmonologia, potem anestezjologiczny, blok operacyjny, oddział operacyjny, chirurgia. Sytuacja zaczęła się robić bardzo trudna. Mieliśmy kilka ognisk koronawirusa, a mamy przecież oddział torakochirurgii, chemioterapii, pacjentów z obniżoną odpornością. Więc podjąłem decyzję, że trzeba przetestować wszystkich, żeby mieć jasność, kto jest zakażony, zrobić wsteczne dochodzenie epidemiologiczne i wysłać na kwarantannę wszystkich, którzy mieli z zakażonymi kontakt. A potem powoli przywracać do pracy.

W międzyczasie pojawiały się nowe ogniska – kolejna pacjentka na oddziale pulmonologicznym. Przyszła w dobrej formie na diagnostykę guzków, w międzyczasie rozwinęły się objawy Covid-19. Cały personel był ujemny, więc przyniosła z zewnątrz.

Pielęgniarka pogotowia: Karetki stoją, zaczyna być groźnie

Jeszcze kuchnia podobno?
Trzy panie są dodatnie. Pierwsza była dwa tygodnie na kwarantannie po kontakcie z osobą z wynikiem dodatnim. Ale nie miała zrobionego wymazu. Zakończyła ją, upewniła się w sanepidzie, że może wracać do pracy, a po dwóch dniach robiliśmy w szpitalu wymazy i okazało się, że jest zakażona.

To jak walka z wiatrakami?
Człowiek jest bezbronny, ciężko zachować zdrowy rozsądek, emocje są bardzo duże. Jest też niewiedza i strach. Bardzo dużo osób bierze zwolnienia. Są pracownicy, na których można polegać, są i tacy, którzy wykorzystują sytuację albo zwyczajnie się boją. Jednego dnia zachorowały wszystkie cztery panie z sekretariatu. Albo pielęgniarki z innego oddziału, które miały zastąpić te na kwarantannie: trzy wzięły zwolnienia, jedna urlop na żądanie.

Potem nagle się okazuje, że cztery osoby w laboratorium są na kwarantannie. Nie miały kontaktów w szpitalu, chyba że obiad jadły z kimś, kto był zakażony. Więc laboratorium, które jest firmą zewnętrzną, zostało sparaliżowane. Wysyłamy do innego szpitala, a dziś uruchomiliśmy analizator parametrów krytycznych, żeby podstawowe badania móc robić na miejscu. I czekamy. W przypadku personelu po siedmiu dniach można wykonać test, ale na wynik czeka się coraz dłużej. Skończyła się szybsza ścieżka dla pracowników medycznych, zbyt wiele jest pilnych badań.

Czytaj też: Koronawirus w pytaniach i odpowiedziach

Testy robi sanepid, szpital na Borowskiej w tej chwili zawiesił badania, bo nie ma odczynników, trochę robi Dolnośląskie Centrum Onkologii – te dwa szpitale przestawiły urządzenia z innych badań na diagnostykę Covid-19. Są też w dwóch innych placówkach kupione nowe urządzenia, ale jest problem ze sprowadzeniem testów. A tylko testując, możemy wykryć osoby, które są nosicielami bezobjawowymi i mogą zakazić osoby, które będą ciężko chorować.

Trzeba nosicieli izolować. Tylko to daje szansę na spowolnienie epidemii. Niestety, jeżeli mamy takie wąskie gardło, to testować dużo się nie da.

Nie można wykluczyć, że w waszym szpitalu pojawią się następne ogniska.
Niestety, to jest raczej pewne. Szpitale wielospecjalistyczne są w znacznie trudniejszej sytuacji niż jednoimienne, bo tam wszyscy pacjenci są dodatni. Tak naprawdę powinniśmy każdego pacjenta traktować jak zakażonego, bo taka jest specyfika tego wirusa. Są zakażeni bezobjawowi, którzy nigdy nie rozwiną objawów, i chorzy, którzy będą je mieć dopiero za kilka dni. Wirus przychodzi do szpitali z zewnątrz: przynoszą go pacjenci bezobjawowi z domów, personel z domów i personel z innych szpitali.

Więc to się będzie powtarzać. Próbujemy inaczej zorganizować pracę. Mamy już wideoodprawy przez skype’a, żeby kontakt minimalizować, stykać się ze sobą tylko w ramach jednego oddziału. Jest osobne wejście dla pacjentów, osobne dla personelu, teraz organizuję osobne wejście dla chemioterapii i torakochirurgii – jest takie z boku, które nigdy wcześniej nie było wykorzystywane.

Czytaj też: Bogowie się boją. Polscy lekarze na wojnie z pandemią

Brakuje testów, jednorazowych środków ochrony, maseczki wciąż są nie do kupienia, więc nie ma nakazu ich noszenia. A jak z lekami?
Chlorochina jest zarejestrowana do leczenia infekcji koronawirusowej, ale jest kompletnie niedostępna. Mimo że produkowana w Polsce przez polskiego producenta Adamed. Jak tylko dowiedziałem się o tym, próbowałem kupić dla szpitala, ale to niewykonalne. Były doniesienia o lekach retrowirusowych, ale ostatnia publikacja w „Lancecie” mówi, że stosowanie tych preparatów nie ma wpływu na przeżywalność pacjentów z Covid-19.

Jedynie chlorochina wydaje się działać, takie są też doświadczenia Chińczyków. Zorganizowali konferencję dla dolnośląskich szpitali, po naszej stronie było ze 30 medyków, od nich kilkunastu profesorów. Byli naprawdę dobrze przygotowani, wysłaliśmy im wcześniej pytania i to było bardzo cenne dla nas, na wiele wątpliwości dostaliśmy odpowiedzi. Mówili o chlorochinie. We Wrocławiu prof. Ponikowski rozpoczął program badawczy nad skutecznością chlorochiny w leczeniu zakażeń koronawirusowych. Mam nadzieję, że potwierdzi się jej skuteczność i będziemy mogli ją kupić i stosować.

Czytaj też: Miałem kontakt z zakażonym. Czy ktoś mi zrobi test?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną