Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Kraj

Zapomniany kryzys na granicy. „Nadal jesteśmy traktowani jak zdrajcy i przestępcy”

Granica polsko-białoruska to wciąż miejsce, gdzie uchodźcy potrzebują pomocy zwykłych ludzi, mieszkańców okolicznych miejscowości. Zdjęcie z maja 2022 r. Granica polsko-białoruska to wciąż miejsce, gdzie uchodźcy potrzebują pomocy zwykłych ludzi, mieszkańców okolicznych miejscowości. Zdjęcie z maja 2022 r. Michał Kość / Forum
Dla dużej części ludzi w Polsce sytuacja na granicy stała się akceptowalna i właściwie obojętna. A przecież uchodźcy nadal tu są. Podejście służb się nie zmieniło, nadal jesteśmy traktowani jak zdrajcy i przestępcy, a uchodźcy jak terroryści – mówi Marianna, mieszkanka Podlasia, która od ponad roku anonimowo pomaga na polsko-białoruskiej granicy.

MARTA MAZUŚ: Kiedy ostatni raz byłaś w lesie?
MARIANNA PODLASKA: Kilka dni temu. Wszystkim wydaje się, że kryzys na granicy polsko-białoruskiej się skończył, ale wezwania od osób potrzebujących pomocy wciąż do nas przychodzą. I to nawet po kilka razy dziennie.

Od kogo najczęściej dostajecie teraz wezwania?
Najwięcej spotykamy osób z Afryki: Demokratycznej Republiki Konga, Sudanu, Nigerii, Egiptu, Algierii. Co ciekawe, natykamy się też na ludzi, którzy – jak mówią – uciekają z Rosji przed poborem. To są cudzoziemcy, którzy trafili do Rosji jakiś czas temu, ale ponieważ nie chcą z nikim walczyć, postanowili wyjechać. Nadal spotykamy też Syryjczyków, Jemeńczyków.

W lasach na pewno jest mniej ludzi niż rok temu o tej samej porze, ale jest też zdecydowanie mniej osób pomagających, w związku z czym nasze działania są równie intensywne co wcześniej. Dla nas nic się tak naprawdę na polsko-białoruskiej granicy nie zmieniło. Bywa, że kilka interwencji musimy wykonywać jednocześnie albo jedna po drugiej, co trwa wiele godzin. Do tego akurat w naszej okolicy pojawia się teraz znacznie więcej grup niż wcześniej. W ostatnich tygodniach zmienił się szlak, który wybierają uchodźcy, aby przekraczać granicę – przeprawiają się przez jedną z granicznych rzek, więc później są cali mokrzy i potrzebują przede wszystkim suchych i ciepłych ubrań.

Czy ten nowy szlak ma związek z ukończonym już ostatecznie we wrześniu tego roku murem granicznym? Jest wysoki na 5,5 m, długi na 186 km, wyposażony w kamery i czujniki ruchu.
Mur stanowi przeszkodę, wdrapanie się na niego jest wyzwaniem przede wszystkim dla kobiet, dzieci, osób starszych. Ale absolutnie nie powstrzymał przejść przez granicę. Uchodźcy radzą sobie z nim na rozmaite sposoby – wspinają się, podkopują, wchodzą na niego np. po własnoręcznie wykonanych drabinach z gałęzi czy desek.

Albo z niego zwisają, jak widać na filmie opublikowanym niedawno w internecie – mężczyzna zaczepił się nogą o koncertinę, wisi głową w dół, a mundurowi się z niego śmieją.
Ten film bardzo dobrze obrazuje, co się teraz u nas dzieje. Paradoks polega na tym, że pomimo wszystkich zagrożeń i przemocy po stronie białoruskiej oraz wielu bezprawnych działań polskich służb, wypychających wycieńczonych i przemoczonych ludzi z powrotem na Białoruś, nasza granica i tak pozostaje dla uchodźców jednym z najbezpieczniejszych szlaków migracyjnych. Rozmawiałam ostatnio z mężczyzną, którego ratowaliśmy w listopadzie zeszłego roku. Opowiadał mi, że dosłownie kilka tygodni temu jego przyjaciele zginęli przy próbie przedostania się do Europy przez Morze Śródziemne. Ryzyko przeprawy morskiej jest o wiele większe. Nie ma co liczyć, że ruch na naszej granicy nagle się zakończy tylko dlatego, że postawiono mur. Ludzie cały czas będą próbować. Uchodźcy często mówią nam, że wiedzieli, że droga będzie niebezpieczna, ale i tak wolą to, niż zostać w swoim kraju.

Czytaj też: Strach i obojętność. Mundurowi wyglądają, jakby szykowali się do wojny

Do granicy z Białorusią można od lipca zbliżać się na odległość 200 m. Taką szerokość ma teraz strefa objęta zakazem wstępu. Wcześniej to były 3 km, w niektórych miejscach więcej. Czy to zmieniło jakoś wasze działania? Jest wam teraz łatwiej dostać się do grup w lasach?
200 m to nie jest duża odległość, więcej osób przedostaje się przez tę strefę zakazu. My, niosąc pomoc, nie musimy się wcale do niej zbliżać. Część dróg prowadzi jednak przez tę strefę. Pewnego dnia jechaliśmy samochodem drogą, która prowadzi 50 m od granicy – niby jest to obszar zamknięty, ale nie ma innego sposobu, żeby tamtędy przejechać – zatrzymaliśmy się na chwilę i z tego powodu dostaliśmy 500-złotowe mandaty za przebywanie w strefie. Odmówiliśmy przyjęcia. Właśnie dzisiaj przyszedł do mnie wyrok nakazowy w tej sprawie, muszę zapłacić 200 zł. Będziemy dalej się sprzeciwiać.

Poruszacie się po terenie opanowanym przez wojsko.
Niestety tak. Z dróg zniknęły checkpointy – to jedyny plus. Ale patroli w naszych okolicach nadal jest bardzo dużo, tyle że nie są rozmieszczone tak regularnie jak wcześniej. Jadąc z pomocą, wciąż spotykamy ciężarówki wojskowe albo jesteśmy zatrzymywani przez Straż Graniczną. Podejście służb do uchodźców i do nas, aktywistów, również się nie zmieniło – nadal jesteśmy traktowani jak zdrajcy i przestępcy, a uchodźcy jak terroryści.

Coś w waszej sytuacji i waszych sposobach działania na granicy jednak jest inne. Niedawno założyliście Fundację Bezkres zrzeszającą mieszkańców działających na polsko-białoruskiej granicy. Skąd taka decyzja?
Wiele osób na stałe zaangażowanych teraz w pomoc na polsko-białoruskiej granicy to mieszkańcy okolicznych terenów. Od roku nasza grupa działa praktycznie w niezmienionym składzie, wszyscy mieszkamy w okolicy. Poznaliśmy się przy okazji działań na granicy, teraz już znamy się dobrze, możemy na siebie liczyć, mamy do siebie zaufanie. Ale jako pojedynczy, niezrzeszeni ludzie czuliśmy się czasem niesłyszani.

Latem nasi znajomi byli na festiwalu literackim. Rozmawiali tam z wieloma osobami na temat naszej granicy i tego, co się tutaj dzieje. Zaczęły się pojawiać różne pomysły na współpracę. Duża część z nas działa anonimowo, więc jako fundacja jesteśmy teraz podmiotem, partnerem do rozmowy, ludzie się do nas odzywają, pytają o możliwości wsparcia nas.

Ostatnio razem z przedstawicielkami Stowarzyszenia Egala byłyśmy na Kongresie Kobiet we Wrocławiu. Mówiłyśmy tam o swoich doświadczeniach i zorganizowałyśmy wystawę złożoną z rzeczy pozostawionych przez uchodźców w lesie: zabawek, butów, dokumentów, banknotów. Pokazywałyśmy także fragmenty drutu żyletkowego, plecaki, z którymi chodzimy do lasu, wyposażenie apteczki. To są wszystko przedmioty, które opisują naszą codzienność na pograniczu polsko-białoruskim.

Dzięki fundacji możemy teraz w wielu sprawach wypowiadać się we własnym imieniu – nasza perspektywa jest jednak nieco inna niż np. osób reprezentujących organizacje pozarządowe działające w ramach Grupy Granica. Choć trzeba podkreślić, że nie wyobrażamy sobie działania poza Grupą Granica, jesteśmy jej częścią.

Oprócz waszej fundacji zaczęło działać na Podlasiu kilka innych, również założonych niedawno.
Po roku działań na granicy wyodrębniły się wśród nas, pomagających, różne grupy. Niektórzy ludzie chcą działać na własną rękę, pomagać po swojemu. W naszej grupie mamy np. zasadę, że nie wzywamy do uchodźców Straży Granicznej. Bo właśnie po takich wezwaniach uchodźcy najczęściej trafiają na Białoruś bądź do ośrodków zamkniętych w Polsce. Te ośrodki wyglądają jak więzienia, nie ma więc zgody na to, by niewinni ludzie do nich trafiali.

Obecne podziały wśród pomagających mają niestety pewien minus – powstało wiele nowych numerów alarmowych, na które można wysyłać wezwania o pomoc. Uchodźcy wysyłają więc teraz zgłoszenia na wszystkie jednocześnie i często dzieje się tak, że wyrusza do nich wiele ekip, co jest niebezpieczne zarówno dla uchodźców, jak i dla pomagających. Dlatego akurat naszej grupie zależy na ścisłej współpracy z Grupą Granica – działamy pod jednym numerem alarmowym, współpracujemy z prawnikami, tłumaczami.

Wspomniałaś, że zostaliście jako mieszkańcy na granicy sami. Wielu wolontariuszy spoza waszych terenów się wykruszyło?
Przez ostatni rok bardzo dużo osób zrezygnowało z pomagania na naszej granicy. Niektórzy po prostu się wypalili – ich zaangażowanie było tak duże, że traciło na tym ich życie zawodowe, rodzinne. Nie mieli już możliwości brać więcej urlopów, ich dzieci źle to znosiły. Poza tym wiele osób nie wytrzymało tej sytuacji psychicznie – niełatwo na co dzień obcować z cierpieniem, patrzeć na zmarznięte dzieci, kobiety w ciąży śpiące na ziemi, podłączać w lesie kroplówki, dawać zastrzyki.

Sytuacja jest bardzo zmienna – są tygodnie, że mamy po kilka czy nawet kilkanaście interwencji dzienne, a są takie, że na danym odcinku granicy są tylko pojedyncze wezwania lub nie ma ich wcale. To też zniechęciło wielu wolontariuszy do przyjeżdżania w nasze okolice, bo nigdy nie wiadomo, na jaki okres się trafi.

Jest jeszcze kwestia wojny w Ukrainie. Wiele osób przestało pomagać u nas, kiedy wybuchła. Ja to po części rozumiem – po prostu łatwiej pomagać uchodźcom z Ukrainy. My jesteśmy cały czas narażeni na szykany, mandaty, prześladowanie przez służby.

Czytaj też: Stan wyjątkowej obłudy. Co się dzieje z uchodźcami na granicy

A ty jak sobie z tym radzisz? Działasz na granicy nieprzerwanie od ponad roku.
Jest trudno. Dla mojej rodziny pomoc na granicy to obecnie główne zajęcie. Nasze dzieci siłą rzeczy też wiedzą, co się tu dzieje. Ja sama mam teraz jeszcze jedno zajęcie, dodatkowo rozpoczęłam studia zaoczne związane właśnie z pracą na granicy. A trzymam się w pionie głównie dzięki temu, że od osób, z którymi działam, dostaję mnóstwo wsparcia – dużo rozmawiamy, dajemy upust tym emocjom, które się w nas gromadzą. Razem się śmiejemy, czasem razem płaczemy. A druga rzecz to ciągły kontakt z uchodźcami, którym pomogliśmy. Do dzisiaj mam relacje z osobami, które spotkaliśmy w lesie – wysyłamy sobie zdjęcia, rozmawiamy o zwierzętach, o polityce, o tym, co się u nich dzieje.

A co się u nich teraz dzieje?
Są już w innych krajach – w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Holandii. W większości nadal mieszkają w ośrodkach dla uchodźców, czekają na status uchodźcy, na prawo do pracy. Bardzo źle znoszą bezczynność – wbrew krążącym często w Polsce opiniom, że uchodźcom głównie zależy na tym, aby żyć z socjalu. Niektórzy na uregulowanie swojej sytuacji czekają już rok. Ale są też tacy, którym udało się połączyć z rodziną – i oni są zadowoleni. Ta świadomość, że im się udało, daje mi siłę.

Pomimo ponurych okoliczności poznania nawiązały się między wami przyjaźnie?
Bardzo się staram, żeby moje relacje z uchodźcami nie były relacją bohaterki, wybawicielki i osoby potrzebującej, ofiary. Nie mam potrzeby, żeby mi dziękowano do końca życia – chociaż często tę wdzięczność czuję. Nasze zdjęcia są wysyłane matkom, dostajemy zapewnienia, że będą się za nas modlić. Bardziej mi jednak zależy na tym, żeby to były relacje przyjacielskie, oparte na wzajemnej sympatii, a nie na wdzięczności.

Z częścią osób, które poznałam w lesie, wymieniamy się wiadomościami, wysyłamy sobie zdjęcia, czasem nawet się kłócimy, czasem na siebie obrażamy, jak w każdej innej znajomości. Mam takiego znajomego z lasu, który jakiś czas temu prosił mnie, abym poszła w miejsce, w którym go znalazłam dziesięć miesięcy wcześniej, i znalazła coś, co tam zgubił. Dopiero za drugim razem mi się to udało – chodziło o dokumenty. Gdy wreszcie wszystko odnalazłam i zadzwoniłam, okazało się, że akurat leży nad jeziorem, bo lekarz zalecił mu uzupełnianie witaminy D, aby wzmocnić organizm. Ja byłam cała w błocie, pokąsana przez komary. Jest w tym jakaś sprawiedliwość, jakaś równowaga losu.

Cały czas rozmawiamy o tym, co wy, mieszkańcy, robicie w lasach, jak odpowiadacie na wezwania o pomoc – tak jakby to było coś normalnego. A tak nie jest. Wasza pomoc nie powinna w ogóle być potrzebna – to są działania, które powinny wykonywać polskie służby.
Oczywiście. I trudno jest mi się pogodzić z tym, że dla dużej części ludzi w Polsce ta sytuacja na naszej granicy stała się akceptowalna i właściwie obojętna. To jest frustrujące i przytłaczające.

Macie poczucie, że o was zapomniano?
Na pewno odczuwamy to, że o granicy polsko-białoruskiej mówi się dużo mniej niż rok temu. Media właściwie porzuciły ten temat. To się przekłada bezpośrednio np. na fundusze, jakimi dysponujemy. Rok temu pieniądze nie były problemem – problemem był know-how, niepewność co do działań służb. Teraz te rzeczy mamy już opanowane, ale brakuje nam pieniędzy na zakupy, np. jedzenia czy śpiworów. A idzie zima i będzie potrzeba coraz więcej rzeczy.

O problemach na naszej granicy mówi się już właściwie w czasie przeszłym. Całkiem niedawno rozmawiałam ze znajomą. Zaczęłam jej pokazywać zdjęcia, które zrobiłam podczas interwencji w ciągu poprzednich kilku dni, opowiadałam, gdzie to się działo, pokazywałam, że ta grupa była w tamtym lesie, a tamta 5 km dalej. A ona zaczęła płakać. Nie miała pojęcia, że to się nadal dzieje. To osoba, która mieszka w okolicy. Nawet ludzie z Podlasia nie mają świadomości, że uchodźcy wciąż tu są. Zwłaszcza że Straż Graniczna o sytuacji informuje teraz, już wyłącznie podając, ile osób powstrzymała od przejścia albo że zatrzymała kuriera, który miał przewozić migrantów.

O uchodźcach już się na Podlasiu nie rozmawia? Ktoś jeszcze wspomina strefę stanu wyjątkowego, związane z nią straty?
Szczerze mówiąc, nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie. Z osobami niezwiązanymi z pomocą nie rozmawiam o uchodźcach. A ludzie, którzy zorientowali się, czym się zajmuję, nie rozmawiają na ten temat ze mną. Podziały, podejrzliwość, strach – to wszystko zrobiła z ludźmi na Podlasiu strefa.

To dlaczego wciąż nie ujawniasz, kim naprawdę jesteś? Marianna Podlaska to nie jest twoje prawdziwe imię i nazwisko.
Widzę różne znajome osoby, które opowiadają publicznie, co się tu dzieje, mówią o pomocy pod nazwiskiem. Dla niektórych stało się to bardzo trudne, płacą za to wysoką cenę. Tą ceną jest nienawiść ze strony tych, którzy uważają pomaganie za niewłaściwe. Ceną może być jednak także poczucie wielkości, które taka sława ze sobą niesie, i zdecydowany przerost ego. Ja czuję się tylko jedną z wielu pomagających osób, trybikiem. I nie chcę udawać, że jestem kimś więcej. Nie chcę ujawniać swojej tożsamości również ze względów bezpieczeństwa.

Masz powody do obaw?
Mamy założone kamery wokół domu – w ciągu ostatniego roku wotowcy i strażnicy wielokrotnie zatrzymywali się przed naszym domem, świecili nam latarkami w okna, robili zdjęcia samochodom, które stały przed naszą bramą. Służby kojarzą moją twarz, rejestrację mojego samochodu, wiedzą, gdzie mieszkam.

Po tym roku działania na polsko-białoruskiej granicy – co czujesz?
Nie spodziewałam się, że coś takiego może się tu wydarzyć, że państwowe służby będą wypychały zimą dzieci przez rzekę na Białoruś albo że żołnierz będzie rechotał na widok mężczyzny zwisającego głową w dół z płotu na granicy. Dwa lata temu nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że tak się będzie działo w Polsce. Teraz już nie mam żadnych złudzeń. Czuję jedynie, że robię to, co powinnam.

Posłuchaj audioreportażu „Zona. Historie ze strefy zamkniętej” już teraz w Storytel. Marta Mazuś i Marcin Kołodziejczyk przedstawiają historię mieszkańców Strefy Zamkniętej. Obszar przy granicy polsko-białoruskiej objęty w pewnym momencie stanem wyjątkowym i zakazem przebywania był (i nadal jest) centrum kryzysu humanitarnego. Ludzie żyjący tam od lat zostali postawieni przed wyborem: reagować mimo zakazów czy zastosować się do odgórnych zarządzeń? Opowiadamy o tych, którzy zdecydowali się nieść pomoc.

.mat. pr..

Czytaj też: Antyhumanitarny szantaż PiS

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama