Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Sąd odroczył decyzję o areszcie dla Ziobry. Ale jego kariera polityczna i tak dobiega już końca

Zbigniew Ziobro na konferencji prasowej Zbigniew Ziobro na konferencji prasowej Jakub Porzycki / Agencja Wyborcza.pl
Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa odroczył decyzję o areszcie dla Zbigniewa Ziobry. Jednak do zatrzymania byłego ministra i tak szybko by nie doszło, bo dostał azyl na Węgrzech. Ucieczka do Budapesztu to symboliczny koniec kariery potężnego kiedyś polityka, który sam zredukował się do roli politycznego turysty.

Prokuratura, uzasadniając wniosek o tymczasowe aresztowanie Ziobry, wskazała na realne ryzyko ucieczki, ukrywania się oraz matactwa procesowego. Śledczy zarzucają politykowi PiS, że kierował zorganizowaną grupą przestępczą oraz wykorzystywał swoje stanowisko do działań o charakterze przestępczym. Były minister miał m.in. wydawać polecenia łamania prawa, by zapewnić wybranym podmiotom dotacje z Funduszu Sprawiedliwości. Sąd na posiedzeniu 15 stycznia odroczył decyzję do 5 lutego ze względu na wniosek obrony o wyłączenie sędziego.

Nawet jeśli sąd postanowi ostatecznie o areszcie dla polityka, decyzja będzie trudna do wyegzekwowania. W poniedziałek dowiedzieliśmy się bowiem, że były minister sprawiedliwości wraz ze swoją żoną Patrycją Kotecką otrzymali azyl na Węgrzech od rządu Victora Orbána.

Jednak niezależnie od skutecznego pociągnięcia Ziobry do odpowiedzialności karnej, co dziś pozostaje niewiadomą, jedno jest pewne bez wątpienia: kariera polityczna człowieka, który jeszcze niedawno fantazjował o władzy nad Polską, właśnie dobiega końca.

Ziobro będzie walczył na YouTube

We wtorek polityk PiS połączył się z Budapesztu z Tomaszem Terlikowskim, by na antenie radia RMF FM opowiedzieć, jak widzi swoją przyszłość w nowej roli. Świeżo upieczony azylant wyjaśnił, że nie spocznie, dopóki nie doprowadzi do upadku reżimu „psychopatycznego Donalda Tuska”. Zapewnił również, że wcale nie uciekł z Polski, tylko po prostu przypadkowo znalazł się na Węgrzech w chwili, kiedy uruchomiono wobec niego bezprecedensową machinę represji. Jednym słowem, nie stchórzył, lecz wycofał się na z góry upatrzone pozycje w tzw. zorganizowanym pośpiechu: „Działanie kryminalne wymierzone zostało we mnie, jak już byłem za granicą. Więc ja nie wróciłem, tak jak wielu nie wróciło w czasie stanu wojennego” – tłumaczył Ziobro. Jego analogia ze stanem wojennym wprowadzonym 13 grudnia 1981 r. przez Wojciecha Jaruzelskiego była jednak dość mętna – jednocześnie argumentował, że ucieka przed dyktaturą, by chwilę później dowodzić, że gdyby rzeczywiście obowiązywał w Polsce stan wojenny, jako osoba podejrzana miałby więcej praw.

„Uruchomię swój kanał na YouTube, będę robił wszystko, aby doprowadzić do upadku tego rządu” – zadeklarował. Tak więc już wkrótce polityk PiS zapewne poprosi nas z Budapesztu o łapkę w górę, subskrypcję i kliknięcie w dzwoneczek. Rzeczywiście, rząd Tuska może tego nie przetrwać. Ironia jest tu o tyle uzasadniona, że pozycja Ziobry w polskiej polityce od momentu jego wyjazdu na Węgry ulegała stopniowej degradacji, a po informacji o tym, że uzyskał azyl od Orbána, została de facto sprowadzona do roli pośledniego politycznego influencera, który od tej pory będzie skupiał się wyłącznie na wygłaszaniu w sieci podniosłych antyrządowych odezw.

Może również zaskakiwać, że zawsze bardzo retorycznie sprawny Ziobro tym razem jest zupełnie narracyjnie pogubiony i nie potrafi wyjaśnić wyboru węgierskiego azylu. W środowej rozmowie z TVN24 desperacko powoływał się nawet na opinie dotyczące praworządności w Polsce formułowane przez... ChatGPT, który jego zdaniem jest wiarygodny, ponieważ jest lewicowy (a więc w domyśle wrogo nastawiony do Ziobry) w odróżnieniu od zarządzanego przez Elona Muska prawicowego Groka.

Ziobro nie chciał być męczennikiem

Chociaż podczas rozmowy z TVN Ziobro zapewniał, że nadal będzie efektywnie pełnił funkcję wiceprezesa PiS, „ponieważ jest telefon, który umożliwia także kontakt z kierownictwem partii”, jest jasne, że jego stanowisko będzie wyłącznie honorowe, a rzeczywistym przywódcą frakcji wywodzącej się z Suwerennej Polski jest europoseł Patryk Jaki. Były minister sprawiedliwości co prawda dziękował za wsparcie partyjnym kolegom („Jestem im za to bardzo zobowiązany i wdzięczny. Wiedzą, że jestem człowiekiem niewinnym. Wiedzą, że ta władza ma powody, by mścić się na mnie”), szkopuł w tym, że owo wsparcie jest bardzo rytualne i oszczędne.

Ziobro zresztą nie ma prawa być tym zaskoczony. Nawet on zdaje sobie zapewne sprawę, że aspiracja do pełnienia roli przywódcy politycznego wymaga poświęceń, zwłaszcza wtedy, jeśli bajania polityka PiS o dybiącym na niego bezprawnie reżimie Tuska byłyby prawdziwe: nie może być bowiem tak, że lider zostawia swoich towarzyszy na pastwę siepaczy dyktatury, a sam jak pączek w maśle żyje sobie w dalekim Budapeszcie. Najlepiej podsumował to w środę prezydent Karol Nawrocki: „Czy ja bym opuścił Rzeczpospolitą nawet w obliczu łamania systemu praworządności przez obecnie rządzących? Nie opuściłbym, bo jestem historykiem i wiem, że polski system był łamany także przez komunistów po roku 1945. Ale są tacy, którzy nie mogąc liczyć na sprawiedliwy proces, Polskę opuszczają”. Ziobro stracił więc te przymioty, którymi tak często lubił się chełpić: determinację i odwagę.

Po ewentualnej decyzji sądu o areszcie dla Zbigniewa Ziobry te wszystkie elementy jeszcze nabiorą wagi – polityk PiS, uciekając na Węgry, odebrał bowiem swoim partyjnym towarzyszom argumenty. Gdyby został w Polsce, dał się aresztować i przyjął pozę męczennika, mógłby liczyć na konferencje prasowe, akty strzeliste i demonstracje pod aresztem w swojej obronie. Zamiast tego dziś jego koleżanki i koledzy modlą się raczej nie za niego, a o to, żeby opinia publiczna jak najprędzej zapomniała o tym, że istnieje ktoś taki jak Zbigniew Ziobro. Kiedyś trzęsący wymiarem sprawiedliwości i budzący postrach szeryf, dziś pozbawiony władzy, wpływów i powagi polityczny turysta z azylem od Orbána w kieszeni.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Już jedna trzecia Polaków to single. Związki wydają się dziś ciężką harówką, dane są zatrważające

Prof. Tomasz Szlendak o tym, że miłość i związki coraz częściej traktuje się jako ciężką pracę, a romantyczne uniesienia ciągle pozostają pożądane, ale nie są doświadczane.

Joanna Podgórska
06.01.2026
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną