Artystyczne eksperymenty Zdzisława Beksińskiego

Malarz wyklęty
Film „Ostatnia Rodzina” pokazuje powikłane losy Beksińskich. Ale sama droga artystyczna Zdzisława Beksińskiego godna jest osobnego filmu – o twórcy, który sukces osiągnął właściwie wbrew sobie.
Beksiński na tle swej grafiki komputerowej, 2002 r.
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Beksiński na tle swej grafiki komputerowej, 2002 r.

Apokaliptyczny obraz „AB80” z 1980 r.
Muzeum Historyczne w Sanoku

Apokaliptyczny obraz „AB80” z 1980 r.

Awangardowa fotografia „Strefa” z 1957 r.
Muzeum Historyczne w Sanoku

Awangardowa fotografia „Strefa” z 1957 r.

„IN”, 2002 r.
Muzeum Historyczne w Sanoku

„IN”, 2002 r.

„AE76”, 1976 r.
Muzeum Historyczne w Sanoku

„AE76”, 1976 r.

Namiętnie rysował już w szkole. Przy czym oficjalne uznanie nauczycieli przynosiły mu wówczas rysunki martyrologiczne w stylu Grottgera, a nieoficjalne (wśród kolegów) – rysunki o posmaku erotycznym. O początku poważniejszej przygody ze sztuką można jednak mówić około 1953 r., gdy już po studiach (architektura) Beksiński zajął się, z zaskakującym powodzeniem, fotografią artystyczną. Miał kilka wystaw, w tym dość ważną w Gliwickim Towarzystwie Fotograficznym (1959 r.). Był też autorem artykułu „Kryzys w fotografice i perspektywy jego przezwyciężenia”, uważanego za jeden z najważniejszych dla polskiej sztuki progresywnej owych lat.

Zombie i nutka liryzmu

Czarno-białe prace oscylowały stylistycznie gdzieś między ekspresjonizmem, symbolizmem i surrealizmem, widać w nich prekursorskie eksperymenty body-artu. Mimo przychylnych, a niekiedy entuzjastycznych recenzji, około 1960 r. porzucił awangardową fotografię na rzecz równie awangardowej formy będącej ni to rzeźbą, ni to fakturalnym malarstwem. Te abstrakcyjne reliefy tworzył z blachy i drutów łączonych masą gipsowo-klejową. Tu wytrwałości starczyło mu na jeszcze krócej, czyli mniej więcej dwa lata.

Kolejnym etapem na jego długiej i pełnej zakrętów artystycznej drodze były rysunki. Poświęcił im niemal całą dekadę lat 60. Nastąpił w nich odwrót od awangardy w stronę wizerunków postaci, często o wyraźnym podtekście erotycznym, a nawet sadomasochistycznym. Początkowo dość realistyczne, z czasem coraz bardziej skręcały ku deformacji i duchowi makabry. Czarno-białe, powoli nabierały kolorów.

Wreszcie, gdzieś na przełomie lat 60. i 70., z siłą huraganu wybucha malarstwo Beksińskiego, które do dziś najbardziej kojarzy się z jego nazwiskiem: przesiąknięte apokaliptyczną wizją jak z sennych koszmarów. Pełne piszczeli, kościotrupów, postaci-mutantów, jakichś onirycznych pejzaży. „Fotografie snów” – mówił sam autor. To te obrazy-majaki stanowiły później punkt odniesienia dla wszystkich. I dla tych, co „za”, i tych, co „przeciw”. Były jakby stworzone do ulubionej zabawy widzów w odkrywanie symboli i przesłań. Sam Beksiński wielokrotnie i zdecydowanie odcinał się od takiego postrzegania jego sztuki. W jednej z rozmów zapewniał: „Znaczenie jest tutaj bez znaczenia. Liczy się tylko wizja, jej siła, ekspresja, atmosfera”.

Najbardziej charakterystyczny okres w jego malarstwie trwał zaledwie dwie z pięciu dekad zawodowej aktywności artysty. Na początku lat 90. (choć pewne zapowiedzi pojawiały się już od połowy lat 80.) apokalipsa z wersji „hard” przechodzi w „soft”. Groza opada, strachy łagodnieją. Twórca wyraźnie redukuje liczbę rekwizytów, ucieka od narracji, ogranicza paletę barw. Tła stają się niemal jednokolorowe – jak zasłona, na tle której pojawiają się pojedyncze głowy, postaci, niekiedy kilka figur.

Widać, że Beksińskiego ponad opowiadanie historii dużo bardziej zaczynają zajmować środki malarskie. Bawi się w tworzenie wizerunków z cieniutkich, splątanych linii, eksperymentuje z kompozycją. Wprawdzie postaci nadal bardziej przypominają zombie niż mieszkańców Warszawy czy Paryża, ale nie ma w nich już takiego nagromadzenia okropności, a nawet pojawia się lekka nutka liryzmu. Krytyczny wobec ojca Tomek Beksiński błyskotliwie komentuje, że przypominają mu „portret pamięciowy złodzieja narysowany przez przekupkę z bazaru Różyckiego”.

Ale i to nie koniec wolt. Pod koniec lat 90. 70-letni już Beksiński bez pamięci oddaje się nowej pasji: tworzeniu komputerowych grafik. Wykorzystuje w nich często wizerunki własnej twarzy, którą przekształca i deformuje. Kolaże i przetworzona fotografia interesowały go już w latach 50. XX w., ale dopiero teraz może prawdziwie poszaleć. Dokonuje syntezy fantastycznego malarstwa z fotografią, wyraźnie cieszą go nowe, dane mu przez graficzne oprogramowanie, możliwości.

Swobodnie i bez zahamowań meandrujący po sztuce Beksiński dla obserwatorów zawsze stanowił problem. Zaczęło się chyba w 1973 r., gdy został zaproszony do warszawskiej Galerii Współczesnej, prowadzonej przez Janusza Boguckiego. Teoretycznie spory krok do awangardowego raju. Ale twórca był już po drugiej stronie estetycznego lustra i na wystawę wysłał swoje metafizyczno-apokaliptyczne pejzaże. „To się chyba Boguckiemu nie bardzo spodobało – wspominał później w rozmowie z POLITYKĄ – bo pamiętał mnie jako twórcę awangardowego. Potraktował to jednak jako rodzaj happeningu, malarskiego żartu”. Ale artystyczny mainstream szybko się przekonał, że o żarcie nie ma mowy, więc dość solidarnie odwrócił się od artysty.

Szczególnie rozczarowani poczuli się krytycy, tak gorliwie kibicujący wcześniej jego awangardowym manifestacjom artystycznym. Nie mogli pojąć przejścia ku estetyce mającej swe umocowanie bardziej w XIX i wcześniejszych wiekach aniżeli we współczesności. Trudno było im zrozumieć, że twórca, który tak świetnie wpisał się w sztukę progresywną, tak lekko ją porzucił. Z kolei dwie dekady później Beksiński, obojętny na piski zachwytu swoich fanów, pokazał im figę, zarzucając tak uwielbiane przez nich malarstwo grozy, rozkładu i śmierci. Te dezynwoltury chyba najlepiej wytłumaczył krytyk Tadeusz Nyczek, który w jednym z wywiadów powiedział: „Beksiński nie uwzględniał widza. Żadnego. Odbiór jego sztuki nie był wpisany w jego pracę. Wpisana tam była tylko jego własna wizja. Nie miał potrzeby, by ktoś to oglądał i komentował”.

Fani impregnowani

Na recepcji jego dorobku bardzo zaważyło owo pęknięcie. Można powiedzieć, że do dziś mamy do czynienia z dwoma, silnie okopanymi po przeciwnych stronach głębokiego rowu, frakcjach. Z jednej więc strony osiadła frakcja krytyków i historyków sztuki, szefów dużych galerii i muzeów sztuki współczesnej. Ich głos jest wyjątkowo zgodny, a język dosadny. Papieżyca polskiej krytyki Anda Rottenberg w książce „Sztuka w Polsce 1945–2005” pisała: „Malarstwo Beksińskiego stało się zapisem maniakalnych wizji, często balansujących na granicy kiczu”. Inni też się nie oszczędzali. Łukasz Gorczyca i Michał Kaczyński na łamach „Rastra” zapewniali, że „mozolnie, z dbałością o iluzję maluje infantylne wizje zjawisk nadprzyrodzonych” i zaliczyli go do gatunku arte-polo. Minęły kolejne lata i kolejny krytyk Jakub Banasiak, tym razem na łamach „Szumu”, ogłosił: „Beksiński był malarzem fatalnym. Dosłownym, patetycznym, przewidywalnym, wtórnym, infantylnym”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną