Po co komu czarni superbohaterowie? Albo superbohaterki?
Z perspektywy białej jak jogurt naturalny Polski popkultura nie powinna przejmować się mniejszościami. Z perspektywy białego mężczyzny w ogóle niczego zmieniać nie trzeba. A wystarczy przyjrzeć się fanom, by zrozumieć, że różnorodność to konieczność.
Kadr z filmu „Wonder Woman”
Clay Enos/Warner Bros. Entertainment

Kadr z filmu „Wonder Woman”

Plansza z komiksu „Thor. Gromowładna”
mat. pr.

Plansza z komiksu „Thor. Gromowładna”

Ostatnie lata to w kulturze popularnej wielka dyskusja o reprezentacji, czyli o zmniejszeniu dominacji białych, heteroseksualnych, chrześcijańskich mężczyzn na rzecz kobiet, homoseksualistów i homoseksualistek, czarnoskórych, Azjatów, muzułmanów... generalnie na rzecz różnorodności. Rzecz jasna takie dążenia wywołują oburzenie internetu, a przynajmniej jego białej, heteroseksualnej, chrześcijańskiej, męskiej części, dla której obecny stan rzeczy jest po prostu stanem naturalnym, a wszelkie próby wprowadzania zmian są objawami herezji i niedozwoloną ingerencją w ich ukochane historie i wielbionych bohaterów.

Słowiański „Wiedźmin”

Dochodzi więc do dyskusji, a raczej burz kuriozalnych, jak choćby spór o to, czy „Wiedźmin” powinien być prawdziwie słowiański (czyt. biały) – przecież to dzieło Polaka i czerpie z mitologii słowiańskiej. I w sporze tym jakoś przegapia się fakt, że Andrzej Sapkowski w kreacji swojego świata fantasy czerpał garściami z najróżniejszych porządków mitologicznych i legend wielu rejonów świata: od mitów arturiańskich, które uwielbia, po arabskie, skąd wziął choćby ghule. I niby to oczywistość – ale niech Netflix spróbuje ogłosić, że na przykład w Vesemira wcieli się Idris Elba (który, swoją drogą, by pasował), a można być pewnym, że nad Wisłą wzniesie się potężny ryk oburzenia.

Czytaj także: Zapomniani twórcy komiksowych bohaterów

Różnorodni bohaterowie komiksów

Od jakiegoś czasu w centrum tych zmian są zwłaszcza bohaterowie komiksów. Między innymi Thor w wersji kobiecej, czarnoskóry Kapitan Ameryka czy muzułmanka Kamala Khan, Ms. Marvel. W kinie objawami zmian były niesamowite sukcesy „Wonder Woman” i „Czarnej Pantery”, czyli herosów przemawiających do tych grup, których reprezentanci są zazwyczaj spychani na drugi lub trzeci plan.

I wystarczy fanów komiksów lepiej poznać, by przekonać się, że różnorodność to coś koniecznego. Jeśli spojrzymy poza Polskę, na Comic Cony w Londynie, Dubaju czy Nowym Jorku, zauważymy, że miłośnicy popkultury bardzo chcą się identyfikować – że czarnoskórzy chcą mieć swojego bohatera w postaci Czarnej Pantery, że kobiety i młode dziewczyny będą przebierać się za Wonder Woman, że młoda muzułmanka w Dubaju chętniej przywdzieje strój Kamali Khan niż Supergirl. Tak samo jak sfory kościstych nastoletnich chłopców będą paradować po tego typu imprezach nie jako Batmani czy Supermani, ale jako Spider-Mani, czyli bohaterowie przypominający ich fizycznie. A rudowłose prędzej przywdzieją strój Bat-Girl czy Poison Ivy niż Kobiety-Kot.

W tak zwanym cosplayu, czyli przebieraniu się za ulubione postaci, najlepiej widać tę potrzebę odnajdywania w ulubionych historiach nas samych. I choć Batman, Superman i Spider-Man to od lat czołówka najpopularniejszych herosów, to wcale na konwentach nie dominują, bo fani chcą podkreślać swoje podobieństwo do postaci popkultury.

Czytaj także: Zwiastuny „Avengers” kłamią. Dla dobra widza?

W bohaterach szukamy samych siebie

Bo popkultura to lustro, w którym się przeglądamy i w którym chcemy widzieć samych siebie. Dotychczas było tak, że niezależnie od tego, kto przed takim lustrem stanął, widok był zazwyczaj identyczny. Teraz odbić jest na tyle dużo, że każdy znajdzie coś dla siebie.

Tu jednak dochodzi koronny argument przeciwników zmian: jeśli chcecie czarnoskórego herosa, zróbcie sobie swojego, a od naszych superbohaterów łapy precz.

Sęk w tym, że to nie takie łatwe, bo te „klasyczne” postaci, jak Superman, Batman, Spider-Man, Wonder Woman czy Kapitan Ameryka, powstały przed dekadami i stały się archetypami. Nieważne więc, ilu herosów się naprodukuje, fundament pozostanie taki sam. Oczywiście, można rozumieć argument niegrzebania w oryginalnych kreacjach, z drugiej strony mowa o postaciach, które od dekad przechodzą przez ręce całych rzesz scenarzystów i rysowników, i niekiedy niesamowicie ewoluowały, dlaczego więc nie mogłyby wykonać jeszcze jednego kroku?

Czytaj także: Superbohaterowie mrocznej przyszłości

Po staremu, czyli gorzej

Głos w tym temacie powinni mieć twórcy. Bo postaci powinny żyć w ramach historii, i jeśli ktoś ma dobry pomysł na fabułę z muzułmańską superbohaterką, to dlaczego nie miałby stworzyć takiego komiksu? G. Willow Willson zrobiła tak ze świetną serią „Ms. Marvel”, która jest jednym z lepszych komiksów Marvela od lat. Podobnie zresztą Jason Aaron w „Thorze. Gromowładnej” młot tytułowego herosa włożył w ręce kobiety; nie skasował przy tym oryginalnego Thora, ale napisał dla niego inną, niezwykle ciekawą opowieść o odkupieniu. Przypomnijmy: przed laty Marvel zdecydował, że w szefa organizacji SHIELD najlepiej wcieli się Samuel L. Jackson, i mimo że komiksowy Nick Fury jest biały, ten filmowy jest czarnoskóry. Czy był to zły wybór?

Z pozycji białego, heteroseksualnego mężczyzny (do tej grupy zalicza się autor tego tekstu) popkultura mogłaby się nie zmieniać. Pytanie, ile świetnych historii by nie powstało, gdyby wszystko pozostawało po staremu?

Małe dziewczynki chcą widzieć siebie w bohaterkach ulubionych historii tak samo, jak mali chłopcy. Ci drudzy mają znacznie większy wybór, więc na bale przebierańców w przedszkolach i wczesnej podstawówce przychodzi nieco zbyt wiele Els z „Krainy lodu”. Chyba już czas, by wszystkie grupy miały w czym przebierać.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj