Duch jazzu w imponującej biografii Krzysztofa Komedy
Krzysztof Komeda w imponującej nowej książce Magdaleny Grzebałkowskiej jest jak duch przenikający wszystko, co dzieje się na polskiej scenie jazzowej po wojnie.
Krzysztof Komeda z muzykami
Sergiusz Pęczek/Agencja Gazeta

Krzysztof Komeda z muzykami

Okładka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”
mat. pr.

Okładka książki „Komeda. Osobiste życie jazzu”

Był małomówny. Za to uważnie i chętnie słuchał. Był charyzmatyczny, choć delikatny zarazem. Miły, ale zdystansowany. Umiał narzucić innym swoją wolę – choć zarazem przez lata pozostawał pod kontrolą żony i był od niej uzależniony w zwykłych, życiowych sprawach. „Rozsiewał pewną powagę” – mówi o nim Andrzej Wróblewski, brat słynnego „Ptaszyna”. Roman Polański uważa go za chłodnego – ale zostają przyjaciółmi na wiele lat. Jakiś obraz bohatera książki „Komeda. Osobiste życie jazzu” żyje w pamięci ludzi, ale wydaje się zamglony i tajemniczy. Jak duch.

Krzysztof Komeda się wymyka

Przy pracy nad „Beksińskimi” Magdalena Grzebałkowska miała do dyspozycji wręcz nadmiar materiałów z domowych archiwów, tutaj dotarcie do faktów wymaga niezliczonych rozmów – od kolegów Komedy ze szkoły w Ostrowie Wielkopolskim po kumpli z Ameryki. Trzeba prześledzić drogę pianisty i kompozytora przez różne miejsca w Polsce i za granicą, a mimo to Komeda ciągle się wymyka i można go wytłumaczyć raczej poprzez wpływ wywierany na innych, przeskakując na szerszy plan. Może dlatego „Osobiste życie jazzu” to właściwie dwie książki w jednej – niespełna 38-letnie, tragicznie zakończone życie bohatera i rozwój zjawiska polskiego jazzu lat 50. i 60., na który ów bohater ma tak wielki wpływ.

Amerykański jazz awangardowy ma swoją świętą trójcę. Samozwańczo wpisywał się w nią saksofonista Albert Ayler, guru free jazzu: „John Coltrane był ojcem, Pharoah Sanders synem, ja jestem duchem świętym”. I z czymś podobnym mamy do czynienia tutaj. W marcu tego roku, po śmierci wibrafonisty Jerzego Miliana, oryginalny skład Sekstetu Krzysztofa Komedy reprezentuje już tylko Jan „Ptaszyn” Wróblewski. „Kończy się epoka Komedy” – komentował to w radiowej Dwójce Paweł Brodowski, naczelny „Jazz Forum”. Czyli epoka, kiedy to zbieranina pasjonatów, w większości amatorów z przeróżnymi fakultetami – co z kolei od pierwszych stron naświetla Grzebałkowska – chwyci za instrumenty i będzie się starała gonić Amerykę. Komeda w symbolicznym geście ją dogoni, zdobędzie, tyle że poprzez Hollywood i w dodatku tuż przed śmiercią.

Ale oglądany z perspektywy tej książki jest takim właśnie duchem, siłą sprawczą. Pokazuje saksofon Zbigniewowi Namysłowskiemu, podsuwa wibrafon Milianowi, zatrudnia młodziutkiego Michała Urbaniaka, docenia talent Tomasza Stańki, przesłuchuje zdolną licealistkę Urszulę Dudziak, przyjmuje do zespołu jej brata Leszka, perkusistę. Jego sekstet jest jedną z dwóch – obok Melomanów, w pewnym momencie mieszających się z nim składami – fundamentalnych dla polskiego jazzu grup.

Czytaj także: Jak sprzedać ambitny polski jazz?

Atmosfera czasów Komedy

Grzebałkowska ze swoim przygotowaniem historycznym jest jak zwykle świetna w kreśleniu atmosfery czasów. Wykonała zresztą nie tylko olbrzymią pracę związaną ze znalezieniem żyjących świadków, ale i przetrząśnięciem archiwów.

Cały ten zbiorowy portret „katakumbowych bojowników” (jak ich nazywa Leopold Tyrmand) polskiego środowiska jazzowego to piękny obraz sztucznej – bo hodowanej pod kloszem PRL – przewagi popytu nad podażą. Wzmaganej dodatkowo naturalnie buntowniczym wizerunkiem jazzmanów. Autorka przypomina młodzieńczą deklarację Komedy, który chce zakładać „klub nicponi”. A gdzieś dalej – celne spostrzeżenie Jacka Ostaszewskiego: „My próbowaliśmy kreować inną rzeczywistość na terenie PRL. Alkohol w tym pomagał”. Stopniowo tylko bunt wyparuje, alkohol pozostanie.

Polski paradoks polega na tym, że moment wielkiego otwierania na eksplodujący w Ameryce i zmieniający Europę jazz następuje w chwili naszego zamykania się na kulturę zachodnią. Grzebałkowska cytuje wystąpienie Jerzego Putramenta na posiedzeniu KC o tym, że trzeba wypracować „ochronną szczepionkę przeciwko zgniłym wpływom wstecznictwa kapitalizmu europejskiego”. Szczepionka ma charakter czynnych działań – gdy w 1949 roku łódzki oddział YMCA przejmuje Związek Młodzieży Polskiej, jeden z jego członków młotkiem roztrzaskuje zbiory płytowe. Opowiada o tym Andrzej Wojciechowski z Melomanów. „Zwariowana melodia bez melodii, której żaden wariat nie pojmie” – definiuje jazz odnaleziony przez Grzebałkowską tekst z „Gazety Robotniczej”, w sumie nawet z niezłą intuicją.

Słynny Ludwik Erhardt o serii objazdowych imprez jazzowych w roku 1955 pisze, że „swoje powodzenie osiąga przede wszystkim przez żerowanie na snobizmie pewnej grupy społeczeństwa, a nie dzięki dobrej muzyce, bo jej nie daje”. Włodzimierz Sokorski mówi o „snobistycznym kultywowaniu dysharmonicznego jazzu”, choć od początku pojawiają się aberracje systemu. Chłopi zwoływani do świetlic słuchają na przykład muzyki Glenna Millera granej przez Cariocę, wczesny zespół Komedy, dla niepoznaki wpisanej do programu jako „murzyńska pieśń ludowa”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj