Robert Brylewski, mentor i outsider
Mówi się o nim: „legenda polskiej alternatywy muzycznej”. Słusznie.
Robert Brylewski podczas koncertu w Gdańsku w grudniu 2016 r.
Renata Dąbrowska/Agencja Gazeta

Robert Brylewski podczas koncertu w Gdańsku w grudniu 2016 r.

Umarł Robert Brylewski. Mówi się o nim: „legenda polskiej alternatywy muzycznej”. Słusznie, wszak był przy narodzinach tego zjawiska, zakładał pionierskie dla rodzimego punka i reggae kapele: Kryzys, Brygadę Kryzys, Izrael, Armię.

Częściej stał z boku niż na froncie

On sam zdawał się jak najdalszy od wyniosłej autokreacji. O młodym muzyku potrafił powiedzieć: dobry jest, ja bym tak nie dał rady. Rzadko krytykował kolegów ze sceny, a tym, z którymi grał, raczej coś sugerował, niż starał się narzucić. Choć był przecież liderem swoich zespołów, na koncertach (np. Armii czy Izraela) częściej stał z boku niż na froncie.

To chyba jakoś oddawało jego charakter i temperament. Owszem, są zarejestrowane fragmenty wypowiedzi z początku lat 80. Młodzieniec z blond grzywką opowiada buńczucznie o Systemie, Babilonie i artystycznej rewolucji, którą trzeba przeprowadzić w muzyce. Wtedy mógł sprawiać wrażenie radykalnego anarchisty mimo wyglądu ledwie co podrosłego dziecka. Potem ta postawa (poza?) gdzieś się ulotniła. Kiedy w 1983 r. zakładał Izrael, o muzyce, którą chciał grać, wiedział już dużo więcej niż kilka lat wcześniej, kiedy zaczynał.

Każdy, kto słuchał, był pod wrażeniem

Może z tego powodu miejsce niedawnej hardości zastąpił rodzaj wewnętrznego imperatywu, by to, co się gra, było nie tylko prostą manifestacją niechęci do reguł, ale odpowiednio (w sensie muzycznym) podaną ideą.

Z początku ta idea wydawała się nieco przesłaniać walory muzyczne, o czym świadczą niedoskonałości pierwszej płyty Izraela „Biada, biada, biada”, ale z koncertu na koncert zespół grał coraz lepiej, a i teksty pozbywały się dość nieznośnego wcześniej kaznodziejstwa i naiwnego przesłania (vide: „Rastaman nie kłamie”). Kiedy występowali po nagraniu w 1987 r. płyty „Duchowa rewolucja vol. 1”, każdy, kto słuchał, był pod wrażeniem. Natomiast nagrany w Londynie album „1991” (nie tak dawno wznowiony) to już prawdziwe mistrzostwo – do dziś słucha się znakomicie.

Jakieś szanse rynkowe i legenda, która nie umrze

W III RP Robert funkcjonował trochę jak mentor i trochę jak outsider z wyboru. Udzielał się w rozmaitych projektach artystycznych, czasem ryzykownych, ale często, jak w przypadku zespołów The Users czy 52UM, interesujących. Nie miał łatwo, co nawet raz publicznie ujawnił na Facebooku, obwieszczając, że nie ma za co żyć. Prywatnie narzekał jednak rzadko i to nie tyle na swój osobisty los, ile na tzw. sytuację obiektywną.

Kilka lat temu spotkaliśmy się na zapleczu sceny na katowickim Off Festiwalu, gdzie za niedługo miał się odbyć koncert Mitch and Mitch ze Zbigniewem Wodeckim. Siłą rzeczy rozmowa skręciła na wspominki historyczne, muzykę rozrywkową w latach 70., kiedy Wodeckiego było pełno w radiu i telewizji. Pytałem, czy nie dziwi go, że dawne gwiazdy estrady wchodzą w alianse z młodszymi o pokolenia artystami „poszukującymi” i czy ma to jakiś sens w kontekście festiwalu o nazwie „Off”. Robert powtórzył to, o czym wcześniej napomknął Rafałowi Księżykowi w swoim biograficznym wywiadzie rzece „Kryzys w Babilonie”: „Off to znaczy wyłączony. To nazwa z mowy technokratów, a im jest wszystko jedno, kto jest wyłączony albo włączony. Im nie chodzi o kulturę, tylko o kasę”.

Trochę ponarzekał, że trudno zarabia się na graniu, kiedy się przebywa poza komercyjnym mainstreamem, ale konkluzja nie była smutna: „Widzisz, jeśli za wyłączonego robi Wodecki, to może jednak mam jakieś szanse rynkowe”.

Robert umarł, ale jego płyty, jego muzyka, dobre wspomnienia o nim jako o artyście i człowieku będą żyć dalej. Legenda nie umiera.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną