Kultura

Jestem szczęściarzem. Zagrałem w „Klerze”

Jan Hartman w „Klerze” Jan Hartman w „Klerze” Jan Hartman / Facebook
Przed kilkoma laty producent filmu zwrócił się do mnie o skomentowanie scenariusza, co uczyniłem z radością. A jako że czynność ta była honorowa, pomyślałem, że mógłbym w zamian coś zagrać.

Jestem szczęściarzem – moja facjata przez dwie sekundy wypełnia cały ekran „Kleru”! O, nie sądźcie, że „stałem za tym”, albo że sam Mistrz Smarzowski zaproponował mi udział w filmie w uznaniu zasług itp.

Nie ja tam byłem od przynoszenia zaszczytu, lecz odwrotnie. Sam się prosiłem. Było to tak, że przed kilkoma laty producent filmu i współautor scenariusza zwrócił się do mnie o przeczytanie i skomentowanie scenariusza, co uczyniłem z radością. A jako że czynność ta była honorowa, pomyślałem, że mógłbym w zamian może coś zagrać… Albo choć postatystować…

Smarzowski nie chciał mnożyć wątków

Wyszło w końcu na to drugie, bo „moja” scena, w której jako polityk, wraz z panią premier i innym kolegą odbieramy nieznoszące sprzeciwu instrukcje od biskupa, została bardzo skrócona. Zniknęła też moja „kwestia”, która brzmiała: „Dziękujemy, ekscelencjo”. Żałuję bardzo, ale nie dlatego, że jest mnie przez to mniej w filmie (zresztą fani mogą mnie jeszcze zobaczyć, jak siedząc w pierwszym rzędzie komórką nagrywam przemówienie biskupa na otwarciu Centrum Myśli), lecz bardziej z powodu niemal całkowitego usunięcia z filmu (razem z tą sceną) wątku nie mniej ważnego od pedofilii, gdy chodzi o funkcjonowanie Kościoła katolickiego w Polsce, a mianowicie kwestii wasalizacji państwa polskiego w jego relacjach z Kościołem i Rzymem.

Mam wrażenie, że Smarzowski postanowił nie mnożyć tematów, bo film jest i tak dostatecznie publicystyczny w swej formie i przekazie. Zresztą mój udział w filmie jest jednym z elementów kształtujących ten przekaz właśnie w taki sposób. Jedni uważają, że publicystyka „z kluczem” to formuła najbardziej nośna, inni, że odbiera filmowi wartość dzieła, jak to się górnie powiada, ponadczasowego. Sądzę, że jedno drugiego nie wyklucza – znaczenie społeczne „Kleru” jest niepodważalne, a skoro zostanie zapamiętany jako film, który przyśpieszył społeczne procesy sekularyzacji, prawne rozliczenia z przestępczością seksualną w Kościele oraz polityczną normalizację stosunków między Warszawą a Watykanem, Kościołem i państwem polskim, to tym bardziej będzie on jeszcze pamiętany i oglądany po latach. A z biegiem czasu walory artystyczne filmu staną się też bardziej uchwytne dla widzów.

Czytaj także: Czy to ważne, kto pisał scenariusz do „Kleru”?

Plan Smarzowskiego był arcysympatyczny

Na planie „Kleru” spędziłem dwa dni – jeden na Pradze, drugi w pałacyku na wschód od Krakowa. Nie było to zresztą dla mnie całkiem nowe doświadczenie, bo 26 lat temu siedziałem bite trzy miesiące na planie „Listy Schindlera” Spielberga, w roli „stacza” dla Bena Kingsleya (tzn. pracownika, który zastępuje aktora podczas ustawiania świateł i rekwizytów do ujęcia). Staczy było wtedy czworo, w tym Bartek Szydłowski – od wielu lat szef krakowskiego teatru Łaźnia Nowa. I muszę powiedzieć, że w porównaniu z wojskową atmosferą planu hollywoodzkiego, plan Smarzowskiego był arcysympatyczny. Do nagrywanej na przedmieściu Warszawy scenie zbiorowej z mszy na otwarcie Centrum Myśli (końcowe sceny filmu) zaangażowano mnóstwo statystów. Wszyscy byli bardzo uradowani, że mogą uczestniczyć w tym szlachetnym antyklerykalnym przedsięwzięciu. Wśród statystów-przebierańców panowała serdeczna, piknikowa atmosfera, uchwycona zresztą w kilku krótkich ujęciach otwierających kulminacyjną scenę filmu. Sadzę, że większość statystów zgłosiła się do filmu nieprzypadkowo i nie tylko dla zapłaty. Byłem jednym z nich.

Mam przyjemność znać kilku współtwórców filmu „Kler” i muszę powiedzieć, że traktowali swą pracę jeśli nie jak misję społeczną, to w każdym razie ze świadomością, że biorą udział w czymś społecznie ważnym. Ponadto w jakiejś mierze liczyli się z nieprzyjemnościami, jakie mogą ich spotkać i godzili się z tym ryzykiem. Niewątpliwa charyzma Wojtka Smarzowskiego była w tym wielce pomocna.

Całe to moje kręcenie się przy „Klerze” nie daje mi podstaw, żeby za wiele o kulisach filmu mówić, a już zwłaszcza, żeby uderzać w patetyczne tony, niemniej jednak zawsze mogę powiedzieć całkiem prywatnie i po ludzku, że czuję się dumy, że miałem z tą produkcją coś wspólnego i cieszę się jej wielkim sukcesem, jak gdyby był to również i mój sukces. A kto nie był jeszcze na „Klerze”, niechaj nie zwleka!

Czytaj także: „Kler” nie jest filmem kontrowersyjnym. A mimo to szokuje

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Doktorat prezesa Jarosława Kaczyńskiego

Po ponad 30 latach od publicznej obrony znów dostępna jest praca doktorska Jarosława Kaczyńskiego. Poszukiwano jej od lat, spekulując nawet, czy aby taka na pewno powstała, bądź czy nie zawiera treści mało dziś politycznie poprawnych.

Marek Henzler
25.06.2007
Reklama