„Dobra zmiana” w kinie i telewizji
Choć początkowo nikt w Polsce nie chciał dać na to ani złotówki, Konrad Szołajski w trzy lata zrobił dwa arcyważne filmy dokumentalne o Polsce po wyborach 2015 r.
Fotos z filmu „Dobra zmiana”
mat. pr.

Fotos z filmu „Dobra zmiana”

Fotos z filmu „Dobra zmiana”
mat. pr.

Fotos z filmu „Dobra zmiana”

Fotos z filmu „Dobra zmiana”
mat. pr.

Fotos z filmu „Dobra zmiana”

Jeden – ponadgodzinna „Dobra zmiana” – jest właśnie wyświetlany w kinach w całym kraju, drugi – niespełna godzinny „Make Poland Great Again” – właśnie oglądają lub za chwilę obejrzą telewidzowie w Szwecji, Szwajcarii, Norwegii, Francji, Danii, Austrii, Holandii i Estonii.

Czytaj też: Napis „konstytucja” na Pałacu Kultury? Będzie się o tym mówić

Z kamerą na ulice

Tuż po wyborach 2015 Konrad Szołajski zrozumiał, że dziać się będzie coś bardzo ważnego. Już swoim poprzednim głośnym filmem dokumentalnym „Walka z szatanem”, o eksplozji egzorcyzmów w polskim Kościele, udowodnił, że ma w głowie radar rasowego dokumentalisty. Miał za sobą ponad 20 dokumentów. Zawodowiec.

Zaczął pracę krótko po powstaniu Komitetu Obrony Demokracji, jeszcze nie wiedząc, co z tego będzie. Poznał jego ówczesnych liderów i po prostu ruszył z kamerą na ulice. Kiedy zaczął oglądać zdjęcia z manifestacji, okazało się, że ma problem. Bo jeśli filmował je bez zbliżeń, trudno było odróżnić, co jest kodowskim marszem, a co pisowską miesięcznicą.

Tu i tam tłum, tu i tam biało-czerwone sztandary. Artystyczny koncept, że w takim razie zawsze jedni będą maszerować z prawej na lewą, a drudzy przeciwnie, spalił na panewce. Przez policję. – Ona – tłumaczy reżyser – nie ma żadnego szacunku dla pracy dokumentalisty i po prostu bardzo często nie pozwalała mi stawiać kamery tam, gdzie potrzebowałem. Nie i już.

Czytaj też: Artystyczny ruch oporu

Dwie strony medalu

Ale że praca dokumentalisty to tylko w połowie kamera, ruszył po pieniądze na długą, żmudną pracę dokumentacyjną. Zaczął oczywiście od Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, bo do tego instytucja została powołana. Starał się dwa razy i za każdym trafił na betonową ścianę. Eksperci i niezmienione jeszcze przez nowe władze kierownictwo uznały, że szkoda pieniędzy na jakiś doraźny reportaż. Nie pomogło przypominanie, że nawet za komuny szefowie Wytwórni Filmów Fabularnych i Dokumentalnych latem 1980 r. wysłali ekipę do Stoczni Gdańskiej, nie wiedząc przecież jeszcze, że zdarzy się tam coś wiekopomnego. Szołajski musiał więc pojechać na Zachód. Tam od razu, po obejrzeniu pierwszych skręconych przez niego kawałków, zrozumiano, że to może być bardzo ciekawe. Ale – usłyszał – chcemy zrozumieć nie tylko tych, którzy się burzą przeciw nowej władzy, ale i tych, którzy ją popierają.

Środowisko ulicznej opozycji już znał i wiedział, że pełne jest barwnych, ciekawych postaci, musiał jednak znaleźć kogoś ze strony przeciwnej. Chciał ambitnie dotrzeć i filmować nawet wierchuszkę pisowską, wychodząc z założenia, że dobrze byłoby ich pokazać jako zwykłych ludzi – tym bardziej, im bardziej postrzegani są jako barbarzyńcy i Hunowie. Choć dotarł do większości liderów Zjednoczonej Prawicy (poza najważniejszym!) i udało mu się czasem całkiem miło z nimi porozmawiać, pomysł filmowania i wścibskiej kamery kategorycznie odrzucili.

Czytaj też: Nowe kino narodowe

Dwa filmy zamiast jednego

Spróbował więc znaleźć jakąś podzieloną polityką rodzinę. Jak bracia Kurscy lub siostry Pawłowicz. Ale i to się nie udało. – Jak trafiałem do kogoś od strony KOD – tłumaczy – to strona pisowska była przekonana, że nie można mi ufać. A jak od drugiej strony, to podejrzewano, że robię jakąś propisowską propagandę. Tymczasem takiego filmu, jaki ja chciałem, nie da się zrobić bez zaufania, bo pokazuję ludzi przede wszystkim z bliska, prywatnie, w domu, a nie składających deklaracje do kamery.

Po kilku miesiącach zrozumiał, że z obu koncepcji nic nie wyjdzie. Ale że udało mu się ponagrywać rozmowy z kilkoma politykami PiS (Ardanowicz, Suski, Zybertowicz), pomyślał, że zamiast jednego filmu nakręci dwa. Ten drugi będzie bardziej generalnie opisywał rozwój wydarzeń i faktycznie pod tytułem „Make Poland Great Again” (w Szwecji 28 października pokazywany był jako „Bóg, Polska, polityka”) zainteresował wiele zachodnich telewizji.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj