Najtrudniej fotografuje się własne podwórko
„Prawie każda róża na barierkach przy Sejmie”
Rafał Milach/mat. pr.

„Prawie każda róża na barierkach przy Sejmie”

Rafał Milach
Leszek Zych/Polityka

Rafał Milach

Jaki Marsz Niepodległości widziałeś? „Pokojowy, uśmiechnięty i biało-czerwony”?
Niestety nie. To jest jakaś okropna perwersja z mojej strony, bo nie chciałem być w tym miejscu. Nie czerpię najmniejszej przyjemności z uczestnictwa w tego typu „imprezach”, które są manifestem agresji, przemocy słownej, ksenofobii, dyskryminacji. W zeszłym roku także dokumentowałem marsz. Nikt mi nie będzie wmawiał, że tam mają miejsce wyłącznie „incydenty”. Co nie znaczy, że pośród 250 tys. tegorocznych uczestników byli sami ekstremiści i radykałowie. Ale marsz został zdominowany przez tego rodzaju środowiska. Z wyłączeniem kolumny prezydenckiej...

Czytaj także: To nie były incydenty, to nie był margines, to nie był radosny marsz

Marsz Niepodległości jest… fotogeniczny?
Oczywiście, sytuacje skrajne są zawsze fotogeniczne. Ekstremalne zachowania są, niestety albo stety, zupełnie fotogeniczne. Mamy sporo zdjęć z tego wydarzenia, które obiegły cały świat. Płonące od rac centrum Warszawy stało się ikoniczne, to „wizytówka” naszego kraju. Do tego stopnia, że hotel Novotel Warszawa Centrum jest oblegany przez fotografów poszukujących najlepszego ujęcia płonącego Ronda Dmowskiego.

A czy sama Polska jest fotogeniczna?
Zawsze mi się wydawało, że nie jest. Przez lata jeździłem na Białoruś, Ukrainę, do Rosji. Po to, żeby złapać dystans i zwolnić. Odsunąłem się od Polski. Sytuacja polityczna w kraju poważnie się jednak zmieniła. Nagle okazało się, że nie muszę nigdzie jeździć. Najtrudniej fotografuje się własne podwórko. Wszystko wydaje się zwyczajne, nieciekawe.

Czytaj także: Rosja w obiektywie Sputnik Photos

W sopockiej PGS można oglądać twoją najnowszą wystawę „Odmowę”. Podejmujesz temat manipulacji i wywierania nacisku na ludzką świadomość. Za punkt wyjścia posłużył film o technikach manipulacji, który w 1971 r. został pokazany w, o dziwo, radzieckiej telewizji. Jak na niego trafiłeś?
Kiedy pracowałem na Białorusi nad cyklem „Zwycięzcy”, znajoma puściła mi program popularno-naukowy Feliksa Soboleva „Ja i inni”. Po raz pierwszy zobaczyłem go w 2013 r. Cztery lata później wróciłem do niego przy okazji cyklu „Odmowa”. Na wystawie pokazuję procesy, które rozgrywają się współcześnie, między 2013 a 2018 r.

Tytuł wystawy jest dość przewrotny w kontekście manipulacji.
Odnosi się do konkretnej sytuacji – spotkania z najlepszym oraczem kołchozu Krejwańcya Białorusi. Mimo wyraźnego polecenia od przełożonych odmówił bycia sfotografowanym. I to było tak naprawdę jedyne pęknięcie systemu, które zaobserwowałem podczas mojej pracy nad cyklem „Zwycięzcy”. W jakimś sensie precedens. Z początku mocno mnie zirytował. Jechałem kilka godzin z Mińska, była zima. Dla potrzeb projektu akredytowałem się jako korespondent przy białoruskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zasadniczo więc reprezentowałem władzę. Coś, co z początku wzbudziło moje oburzenie, okazało się pozytywne, chociaż nie wiem, jakie były konsekwencje tej decyzji. W sytuacji fotograf–fotografowany człowiek z aparatem ma pewnego rodzaju władzę nad osobą fotografowaną. To nie jest symetryczny układ.

W „Odmowie” podejmujesz temat, który najpewniej nigdy się nie zdezaktualizuje.
Na wystawie posługuję się abstrakcyjnym i niszowym językiem, który trafi do ograniczonej liczby odbiorców. „Odmowa” nie ma wymiaru czasowego ani geograficznego. To, że przedstawione na wystawie mechanizmy manipulacji dzieją się akurat w państwach byłego Związku Radzieckiego, nie znaczy, że nie mają również zastosowania w innych miejscach na świecie. Bo owszem, mają. Każdy z nas jest uwikłany w jakiegoś rodzaju propagandę i, czy chcemy się do tego przyznać czy nie, jesteśmy manipulowani. Chciałbym, żeby potraktować tę ekspozycję jako ostrzeżenie przed próbą formatowania myśli. Aktywna reakcja na przejawy manipulacji powinna mieć miejsce na każdym poziomie.

Czasy się zmieniają, a techniki manipulacji?
Zmianie podlegają forma i narzędzia, ale mechanizm pozostaje ten sam.

„Odmowa” jest projektem otwartym?
Tak i cały czas się rozrasta. W zasadzie wszystko zaczęło się w 2010 r., kiedy pracowałem nad cyklem białoruskim, czyli „Zwycięzcami”. Ostatnie prace ukończyłem dosłownie kilka dni przed wernisażem. Wystawa w Sopocie jest kolejną już odsłoną „Odmowy”. Premiera miała miejsce w Atlasie Sztuki w Łodzi w 2017 r. Potem została pokazana w Katowicach, Londynie i we Frankfurcie nad Menem.

Jako pierwszy Polak w historii znalazłeś się w gronie członków Magnum Photos. Wyjaśnijmy, że to jedna z najbardziej prestiżowych agencji fotograficznych na świecie. Jej założycielami byli m.in. Robert Capa i Henri Cartier-Bresson.
To jest dla mnie... specyficzna sytuacja. Rozmawialiśmy o fotografii konceptualnej i rzeczach, które w pierwszym odruchu nie kojarzą się z agencją Magnum – mekką reporterskiej, dokumentalnej fotografii. Moje ostatnie działania, wyłączając zdjęcia z krajowych protestów, w taki oczywisty sposób wcale się nie wpisują w profil agencji. Magnum jest potężną platformą dystrybucji obrazów, miejscem znanym i kojarzonym. Nie tylko w świecie fotograficznym. Jest marką. Bardzo dobre miejsce, żeby komunikować o problemach, o których chcę komunikować światu. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że współpraca będzie się rozwijać.

Czytaj także: Islandia okiem Rafała Milacha

Nie jesteś jeszcze pełnoprawnym członkiem agencji. Jak wygląda cały proces?
Z technicznego punktu widzenia jestem członkiem nominowanym. Proces zacieśniania relacji z Magnum jest rozbity na kilka etapów. Ten pierwszy jest relatywnie najluźniejszy. Po dwóch latach mam szansę zostać członkiem stowarzyszonym. I po kolejnych dwóch zapadnie decyzja o pełnoprawnym członkostwie. Lub wręcz przeciwnie. Więc ta przygoda może się dla mnie zakończyć za półtora roku, za trzy i pół roku, a może trwać bezterminowo.

Członkostwo w Magnum – solidny prezent na czterdziestkę, którą niedawno obchodziłeś.
Przyznaję, że jest coraz intensywniej (śmiech). Żałuję, że niektórych procesów nie rozpocząłem 10 lat wcześniej. Miałbym dziś więcej mocy przerobowych. Mam nadzieję, że mimo podejmowania dosyć przygnębiających tematów fotografowanie będzie mi nadal sprawiało radość. I jak najdłużej będzie mi się chciało.

ROZMAWIAŁ ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj