Kultura

Najtrudniej fotografuje się własne podwórko

„Prawie każda róża na barierkach przy Sejmie” „Prawie każda róża na barierkach przy Sejmie” Rafał Milach / mat. pr.
Przez lata jeździłem na Białoruś, Ukrainę, do Rosji. Sytuacja polityczna w kraju poważnie się jednak zmieniła. Nagle okazało się, że nie muszę nigdzie jeździć – opowiada Rafał Milach, członek prestiżowej agencji Magnum, nominowany w tym roku do Paszportów POLITYKI.
Rafał MilachLeszek Zych/Polityka Rafał Milach

ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI: – Czy aparat fotograficzny to skuteczna broń?
RAFAŁ MILACH: – Zależy, z czym chcemy walczyć. Aparat jest jednym z wielu narzędzi. A walczyć można na bardzo różne sposoby. Niektórzy stoją na barykadach, inni wypowiadają się właśnie za pomocą aparatu. Każde narzędzie wykorzystane w słusznej sprawie jest uzasadnione. Mam teraz na myśli dekonstrukcję systemu.

Czytaj także: Rafał Milach nominowany do Paszportów POLITYKI 2018

Czy aparat władzy bardziej niż dziennikarzy powinien obawiać się fotografów?
Chciałbym, żeby władza obawiała się obrazów. Sztuki wizualne są jednak dosyć niszowym obszarem. Być może właśnie dlatego, że często poruszamy się w sferze niedopowiedzenia, zakamuflowanych komunikatów. Zadaniem sztuk wizualnych w konfrontacji z władzą jest dopełnianie innych form wypowiedzi.

O konfrontacji władzy ze społeczeństwem opowiada twój najnowszy projekt wydany w formie książki: „Prawie każda róża na barierkach przy Sejmie”.
Stworzyłem dosłowną dokumentację barierek przed Sejmem i zatkniętych w nie białych róż z czasów protestów przeciwko reformie sądownictwa w 2017 r. Książka ukazała się w rocznicę tamtych wydarzeń. Pozwala niejako ustawić swój własny płot w zmniejszonej skali. Możemy czytać i błądzić pośród różnych haseł, sloganów, wlepek i manifestów. Znajdziemy fragmenty konstytucji i sam plakat „Konstytucja” Luki Rayskiego. Wszystko jest osnute wokół białych róż. Symbolu zapożyczonego od studenckiej organizacji Weisse Rose, która w nieprzemocowy sposób manifestowała sprzeciw wobec hitlerowskiego reżimu. Symbol jak najbardziej adekwatny i w tym wypadku prewencyjny.

Wcześniejsze projekty realizowałeś w państwach byłego Związku Radzieckiego: na Białorusi, Ukrainie, w Azerbejdżanie. Penetrowałeś Wschód, mechanizmy nim rządzące, transformacje. Wschód przypadkiem nie dotarł do nas?
To my zawędrowaliśmy na Wschód. Myśleliśmy, że idziemy na Zachód, ale niebezpiecznie zbliżyliśmy się do złych wschodnich wzorców. Wschód nie jest w każdym razie synonimem zła czy niedorozwoju społecznego.

Tak samo jak Zachód nie jest wyłącznie synonimem dobrobytu i postępu.
Podziały nie są twarde. Niebezpiecznie zbliżyliśmy się do wzorców politycznych dominujących na tamtym obszarze. To jest m.in. przedmiotem wystawy „Odmowa”, pokazywanej w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Jej głównym „bohaterem” są współczesne satrapie, które ukonstytuowały się w poradzieckiej przestrzeni. Robimy naprawdę wiele, żeby podpiąć się pod ten obszar.

Zobacz także: Czym się Zachód różni od Wschodu? Odpowiedzi na 10 grafikach

Może Wschód cały czas tutaj był?
Polska w ogóle jest dziwnym miejscem. Wydaje nam się, że jesteśmy gdzieś na Zachodzie, ale mentalnie nie wiadomo, gdzie jesteśmy. Ani na Wschodzie, ani na Zachodzie. Pamiętam, że kiedy komentowano mój cykl fotograficzny „Zwycięzcy” o Białorusi, w prasie zachodniej pojawiały się komentarze w stylu: „fotograf z Europy Zachodniej jedzie na Białoruś”, czyli w domyśle na Wschód. Fakt, że ktoś włączył Polskę w obszar Europy Zachodniej, był dla mnie dziwny poznawczo… Moje pokolenie jeszcze nie do końca uważa się za zachodnich Europejczyków. Kolejne pokolenia prawdopodobnie inaczej to widzą.

Zawodowo zajmujesz się fotografią artystyczną. Ale oglądałem twoje zdjęcia z czarnych protestów, spod Pałacu Prezydenckiego czy ostatniego Marszu Niepodległości. Nie ograniczasz się.
Jako absolwent Akademii Sztuk Pięknych zderzyłem się z fotografią jako bardzo realistycznym medium. Potem przez wiele lat pracowałem dla magazynów i gazet. Realizowałem portrety, fotoreportaże. Po czym przesunąłem aktywność na inny obszar. Od dłuższego czasu moje fotografie są się coraz mniej realistyczne, za to bardziej konceptualne. Ze względu na ostatnie wydarzenia w Polsce ponownie uruchomił się we mnie zmysł reporterski. I to jest dla mnie dość zaskakujące. Osobiście nie wierzę w realizm fotografii ani w to, że fotografia jest nam w stanie odbić rzeczywistość.

Dlaczego?
Fotografia jest iluzyjnym narzędziem. Oferuje jedynie pozorny realizm, który jest w gruncie rzeczy zakrzywieniem rzeczywistości. Obraz może zostać bardzo łatwo zmanipulowany, a sam kontekst źle zinterpretowany. Szczególnie dzisiaj, kiedy fake news często kreują rzeczywistość. Wszystko dzieje się natychmiastowo, kumulacja informacji przewyższa nasze możliwości procesowania. Zdarza się, że udostępniamy obrazy i informacje, często nie sprawdzając, skąd pochodzą i kto jest odpowiedzialny za kontent.

Jaki Marsz Niepodległości widziałeś? „Pokojowy, uśmiechnięty i biało-czerwony”?
Niestety nie. To jest jakaś okropna perwersja z mojej strony, bo nie chciałem być w tym miejscu. Nie czerpię najmniejszej przyjemności z uczestnictwa w tego typu „imprezach”, które są manifestem agresji, przemocy słownej, ksenofobii, dyskryminacji. W zeszłym roku także dokumentowałem marsz. Nikt mi nie będzie wmawiał, że tam mają miejsce wyłącznie „incydenty”. Co nie znaczy, że pośród 250 tys. tegorocznych uczestników byli sami ekstremiści i radykałowie. Ale marsz został zdominowany przez tego rodzaju środowiska. Z wyłączeniem kolumny prezydenckiej...

Czytaj także: To nie były incydenty, to nie był margines, to nie był radosny marsz

Marsz Niepodległości jest… fotogeniczny?
Oczywiście, sytuacje skrajne są zawsze fotogeniczne. Ekstremalne zachowania są, niestety albo stety, zupełnie fotogeniczne. Mamy sporo zdjęć z tego wydarzenia, które obiegły cały świat. Płonące od rac centrum Warszawy stało się ikoniczne, to „wizytówka” naszego kraju. Do tego stopnia, że hotel Novotel Warszawa Centrum jest oblegany przez fotografów poszukujących najlepszego ujęcia płonącego Ronda Dmowskiego.

A czy sama Polska jest fotogeniczna?
Zawsze mi się wydawało, że nie jest. Przez lata jeździłem na Białoruś, Ukrainę, do Rosji. Po to, żeby złapać dystans i zwolnić. Odsunąłem się od Polski. Sytuacja polityczna w kraju poważnie się jednak zmieniła. Nagle okazało się, że nie muszę nigdzie jeździć. Najtrudniej fotografuje się własne podwórko. Wszystko wydaje się zwyczajne, nieciekawe.

Czytaj także: Rosja w obiektywie Sputnik Photos

W sopockiej PGS można oglądać twoją najnowszą wystawę „Odmowę”. Podejmujesz temat manipulacji i wywierania nacisku na ludzką świadomość. Za punkt wyjścia posłużył film o technikach manipulacji, który w 1971 r. został pokazany w, o dziwo, radzieckiej telewizji. Jak na niego trafiłeś?
Kiedy pracowałem na Białorusi nad cyklem „Zwycięzcy”, znajoma puściła mi program popularno-naukowy Feliksa Soboleva „Ja i inni”. Po raz pierwszy zobaczyłem go w 2013 r. Cztery lata później wróciłem do niego przy okazji cyklu „Odmowa”. Na wystawie pokazuję procesy, które rozgrywają się współcześnie, między 2013 a 2018 r.

Tytuł wystawy jest dość przewrotny w kontekście manipulacji.
Odnosi się do konkretnej sytuacji – spotkania z najlepszym oraczem kołchozu Krejwańcya Białorusi. Mimo wyraźnego polecenia od przełożonych odmówił bycia sfotografowanym. I to było tak naprawdę jedyne pęknięcie systemu, które zaobserwowałem podczas mojej pracy nad cyklem „Zwycięzcy”. W jakimś sensie precedens. Z początku mocno mnie zirytował. Jechałem kilka godzin z Mińska, była zima. Dla potrzeb projektu akredytowałem się jako korespondent przy białoruskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Zasadniczo więc reprezentowałem władzę. Coś, co z początku wzbudziło moje oburzenie, okazało się pozytywne, chociaż nie wiem, jakie były konsekwencje tej decyzji. W sytuacji fotograf–fotografowany człowiek z aparatem ma pewnego rodzaju władzę nad osobą fotografowaną. To nie jest symetryczny układ.

W „Odmowie” podejmujesz temat, który najpewniej nigdy się nie zdezaktualizuje.
Na wystawie posługuję się abstrakcyjnym i niszowym językiem, który trafi do ograniczonej liczby odbiorców. „Odmowa” nie ma wymiaru czasowego ani geograficznego. To, że przedstawione na wystawie mechanizmy manipulacji dzieją się akurat w państwach byłego Związku Radzieckiego, nie znaczy, że nie mają również zastosowania w innych miejscach na świecie. Bo owszem, mają. Każdy z nas jest uwikłany w jakiegoś rodzaju propagandę i, czy chcemy się do tego przyznać czy nie, jesteśmy manipulowani. Chciałbym, żeby potraktować tę ekspozycję jako ostrzeżenie przed próbą formatowania myśli. Aktywna reakcja na przejawy manipulacji powinna mieć miejsce na każdym poziomie.

Czasy się zmieniają, a techniki manipulacji?
Zmianie podlegają forma i narzędzia, ale mechanizm pozostaje ten sam.

„Odmowa” jest projektem otwartym?
Tak i cały czas się rozrasta. W zasadzie wszystko zaczęło się w 2010 r., kiedy pracowałem nad cyklem białoruskim, czyli „Zwycięzcami”. Ostatnie prace ukończyłem dosłownie kilka dni przed wernisażem. Wystawa w Sopocie jest kolejną już odsłoną „Odmowy”. Premiera miała miejsce w Atlasie Sztuki w Łodzi w 2017 r. Potem została pokazana w Katowicach, Londynie i we Frankfurcie nad Menem.

Jako pierwszy Polak w historii znalazłeś się w gronie członków Magnum Photos. Wyjaśnijmy, że to jedna z najbardziej prestiżowych agencji fotograficznych na świecie. Jej założycielami byli m.in. Robert Capa i Henri Cartier-Bresson.
To jest dla mnie... specyficzna sytuacja. Rozmawialiśmy o fotografii konceptualnej i rzeczach, które w pierwszym odruchu nie kojarzą się z agencją Magnum – mekką reporterskiej, dokumentalnej fotografii. Moje ostatnie działania, wyłączając zdjęcia z krajowych protestów, w taki oczywisty sposób wcale się nie wpisują w profil agencji. Magnum jest potężną platformą dystrybucji obrazów, miejscem znanym i kojarzonym. Nie tylko w świecie fotograficznym. Jest marką. Bardzo dobre miejsce, żeby komunikować o problemach, o których chcę komunikować światu. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że współpraca będzie się rozwijać.

Czytaj także: Islandia okiem Rafała Milacha

Nie jesteś jeszcze pełnoprawnym członkiem agencji. Jak wygląda cały proces?
Z technicznego punktu widzenia jestem członkiem nominowanym. Proces zacieśniania relacji z Magnum jest rozbity na kilka etapów. Ten pierwszy jest relatywnie najluźniejszy. Po dwóch latach mam szansę zostać członkiem stowarzyszonym. I po kolejnych dwóch zapadnie decyzja o pełnoprawnym członkostwie. Lub wręcz przeciwnie. Więc ta przygoda może się dla mnie zakończyć za półtora roku, za trzy i pół roku, a może trwać bezterminowo.

Członkostwo w Magnum – solidny prezent na czterdziestkę, którą niedawno obchodziłeś.
Przyznaję, że jest coraz intensywniej (śmiech). Żałuję, że niektórych procesów nie rozpocząłem 10 lat wcześniej. Miałbym dziś więcej mocy przerobowych. Mam nadzieję, że mimo podejmowania dosyć przygnębiających tematów fotografowanie będzie mi nadal sprawiało radość. I jak najdłużej będzie mi się chciało.

ROZMAWIAŁ ALEKSANDER ŚWIESZEWSKI

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama