Kazimierz Kutz 1929–2018. Moje kartki z jego kalendarza
Po naszym padole chodzą ludzie całkiem zwyczajni i ci niepowtarzalni. Ulepieni z innej gliny. Taki był Kazimierz Kutz, dla mnie najpierw Pan Kazimierz, a potem Kazimierz i wreszcie Kaziu.
Kazimierz Kutz
Krzytszof Żuczkowski/Forum

Kazimierz Kutz

Ślązak, któremu też się udało

Kazimierz Kutz ubóstwiał artystyczne i towarzyskie prowokacje, przez lata był euforycznym ich producentem. W lutym zbliżającego się roku skończyłby 90 lat. Ponad 60 z nich naznaczonych było imponującą i zarazem burzliwą karierą filmową, teatralną i polityczną. Kilka dni temu ten szlak na ziemskim padole zwieńczył doktorat honoris causa Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi. Szkoły, od której wszystko się zaczęło. Ostatnia perła w jego koronie. Sam już nie mógł jej odebrać.

Kutzowisko

Już jako polityk zwykł mawiać: – Dla Śląska można zrobić coś dobrego tylko wtedy, kiedy się stąd wyjedzie! – tym samym wsadzał kij w śląskie mrowisko. Kutza na Śląsku albo się kocha, albo nienawidzi – uczuć chłodnych nie odnotowano.

Na początku nowego stulecia prezentowaliśmy w POLITYCE cykl podróżniczy, w którym znane postacie opowiadały o swoich magicznych miejscach na ziemi. Z Kutzem, wicemarszałkiem Senatu V kadencji, włóczyliśmy się po Śląsku. W połowie 2002 r. powstały „Powroty Hanysa” (POLITYKA 26/2002). – Jaki to twój Śląsk! Dawno rozsiadłeś się w Warszawie, zapraszają cię na salony…Teraz, Kaziu, to ty jesteś panisko!

Oberwałem kuksańca.

Jaśku, ja jestem synek ze Ślonska. I taki umrę. A to wszystko dookoła to moje kutzowisko.

I tak żeśmy się przemawiali. Słuchałem, nagrywałem i podawałem dalej... Przemierzając tę „śląską pętlę”, teraz już sam, zacznę od jego wspomnienia Lipin.

– Kawałek „Perły w koronie” kręciłem w Lipinach, zapyziałej dzielnicy Świętochłowic, najbardziej zdegradowanym wówczas miejscu na Śląsku. Statystami, grającymi przedwojennych bezrobotnych, było „plemię”, liczące chyba ze sto osób, żyjące w norach wygrzebanych w górujących nad domami hałdach i w budach skleconych z byle czego. Wszyscy byli uzależnieni od denaturatu – nazywali go „bryną” albo „SS – likierem”. Gardła mieli tak przepalone, że wydobywał się z nich tylko ciężki szept. Brynę przepuszczali przez bułkę, żeby potem było czym zagryźć.

Kiedy dostali marne pieniądze za film, przyszli podziękować i wykrztusili: „Panie Kutz, wyście som dla nos Panym Bogiym. My wczora genau porachowali, wiela my u pana zarobiyli, i wyszło nom w przeliczeniu na nasz SS – likier, że mogymy pić przez piyńćset lot”. A ja w domu ryczałem z wściekłości: co, kurwa, zrobiono z moim Śląskiem?

Zaglądam jeszcze czasami do Lipin. Trochę hałd rozebrano, inne się zazieleniły, po „plemieniu” nie ma śladu. Może wymarło, może wryło się w inne hałdy, minęło przecież 30 lat. Poza tym nic się nie zmieniło. Tu czas stanął w miejscu – zatrzymał się gdzieś w latach 20. Zamarł. Jak prawie na całym Śląsku. Z takiego Śląska uciekłem, ale jestem stąd, pamiętaj, Jasiek...

Na kutzowisku wiele się działo. – Panie generale, gdyby zechciał pan tu, do kamery, przekazać przyszłym pokoleniom swoją najważniejszą prawdę życiową? – takie pytanie zadał Kutz ponad 40 lat temu Jerzemu Ziętkowi, legendarnemu wojewodzie śląskiemu, który z urzędowania zrobił swoistą dziedzinę sztuki. Kręcił wtedy film dokumentalny „Człowiek z laską” o odchodzącym na emeryturę wojewodzie. Ziętek miał wówczas 75 lat, ale czuł się znakomicie, mógł i chciał jeszcze pracować – musiał jednak odejść na polecenie Zdzisława Grudnia, w tamtych latach absolutnego partyjnego władcy województwa. Dla Ziętka Kutz zarezerwował w sercu uczucia synowskie, prosił go też o świadkowanie na swoim drugim ślubie, z Małgorzatą Gilert, solistką zespołu „Śląsk”.

Ziętek był postacią wielką i tragicznie dotkniętą przez los, spodziewałem się więc głębokiej refleksji – wspominał Kutz.

Czytaj także: Wszystko przez ten Śląsk

Kac Kutza

W oko kamery patrzył powstaniec śląski, w pierwszych latach niepodległości sojusznik Wojciecha Korfantego, dyktatora III powstania, które utorowało drogę Śląska do Polski. Potem się go wyparł i dla kariery związał z sanacyjnym wojewodą Michałem Grażyńskim. Przed Kutzem siedział przedwojenny burmistrz Radzionkowa, więzień sowieckich łagrów i oficer polityczny ludowego wojska. Człowiek, którego po wojnie partyjne władze próbowały zmusić do samobójstwa, i ojciec dzieci, które w tajemniczych okolicznościach targnęły się na życie. Wojewoda, który omijał bzdurne przepisy, bo – powtarzał – najważniejszym dla niego prawem są potrzeby ludzi.

To jemu premier Cyrankiewicz życzył na imieninach 200 lat życia, żeby miał czas odsiedzieć wyroki, które mu się należą za notoryczne łamanie prawa: – Stary, jak go nazywałem, mrugnął i walnął po swojemu: Kutz, jedno, co wiym na pewno, ale to blank na pewno, to to, że piwo jest na kaca nojlepsze.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj