A gdyby nie było krwawej pacyfikacji „Wujka”?
Strajk zakończył się 16 grudnia 1981 r. śmiercią dziewięciu górników i dziesiątkami rannych – zwykłych, prostych hajerów. Podziemnych kamratów, którzy mimo woli stali się ostoją, strażnikami czarnego skarbu i fundamentem gospodarki PRL.
Kopalnia „Wujek”
Agencja Gazeta/Forum

Kopalnia „Wujek”

Bohaterowie leżą pod ziemią, a ja jestem tylko jednym z tysięcy strajkujących w kopalni „Wujek”. Jurek Wartak tak zwykł odpowiadać na pytania, czy czuje się bohaterem tych najtragiczniejszych wydarzeń stanu wojennego. I zaraz dodawał: – Mało tego, czuję się szczęściarzem. W czasie ataku zomowców na kopalnię, kiedy rzucali na nas świece dymne, petardy, gazy łzawiące, zachłysnąłem się tymi gazami i bach! Straciłem przytomność. Stąd później żadna kula mnie nie trafiła. Miałem farta.

Jurek – bo historia „Wujka” nas zaprzyjaźniła – zmarł dwa dni temu, tuż przed 37. rocznicą 13 grudnia. W tych dniach mieliśmy razem bywać na spotkaniach, żeby opowiadać, każdy po swojemu, i spierać się o ten gorzki fragment polskiej historii.

W tamtych szczególnych dniach Jurek Wartak był jednym z trzech – razem ze Stanisławem Płatkiem i Adamem Skwirą – przywódców strajku zakończonego 16 grudnia 1981 r. Zakończonego śmiercią dziewięciu górników i dziesiątkami rannych – zwykłych, prostych hajerów, takich jak ci, którzy polegli. Podziemnych kamratów, którzy mimo woli stali się ostoją, strażnikami czarnego skarbu i fundamentem gospodarki PRL.

To kto był bohaterem? Wszyscy. Zacznę od najstarszego i najmłodszego: Józka Czekalskiego i Jasia Stawisińskiego.

Czytaj także: Czy pacyfikacji kopalni „Wujek” dało się uniknąć?

Państwo robotnicze strzela do robotnika

Przed laty rozmawiałem z panią Różą Czekalską. Wspomnienia o tragedii są już teraz wspomnieniem o niej samej.

Tamtej środy, 16. dnia mroźnego grudnia, życie żony najstarszego zabitego górnika legło w gruzach. Żyli skromnie, w dwóch zakładowych pokoikach, z oknami patrzącymi na kopalnię. Marzyli o własnym domku. To mogło się spełnić, bo Józef Czekalski już się szykował do przejścia na górniczą emeryturę. Cieszył się, że teraz będzie wreszcie patrzył prosto w słońce. Socjalizm mu nie przeszkadzał. Bo i w czym? Był z tych, którzy do niczego się nie mieszają. Róża Czekalska podawała przez płot mężowi i strajkującym kolegom gorącą zupę i herbatę, a w środę od rana próbowała dojrzeć przez okno, co milicja i wojsko szykują wokół kopalni. Bo szykowali, i to było dla wszystkich jasne.

Atak na „Wujka” zaczął się o 11. Pani Róża nie miała na tyle odwagi, żeby wyjść na zewnątrz, jak te kobiety przed domem, które próbowały zagrodzić drogę czołgom i samochodom pancernym. Strach przenikał ją od stóp po głowę. Widziała, jak je odciągano za ręce i nogi, wleczono i jak ponownie rzucały się pod koła i gąsienice. Bała się. – Od kilku dni całe osiedle huczało, że milicja pobiła górników do krwi...

Okien nie otwierała. Nawet bez tego łzawiący dym wciskał się do mieszkania. Potem słyszała strzały. Ok. 13 wszystko ucichło. Późnym popołudniem uchyliła okno. Przechodzący górnik popatrzył w górę: – Tam, gdzie się świeci, też zginął! – usłyszała. Wtedy wybiegła z domu. Po gruzie i złomie niedawnej barykady przedarła się do kopalni. Ktoś zaprowadził ją do stacji ratownictwa. Szła, słaniając się na nogach, spuchniętych jak balony.

Przed nią leżało sześć ciał. Podniosła pierwsze z brzegu prześcieradło. Wiele nie pamięta, może swój własny krzyk: – Józek, Józek... Nie wie, jak znalazła się w domu. Chyba ktoś ją odprowadził. – Jak to możliwe – pytała wszystkich – żeby do robotnika strzelało robotnicze państwo? Tego dnia skończył się dla niej socjalizm. I tamto marzenie o domku z ogródkiem.

Czytaj także: Kopalnia „Wujek”. Pytania, legendy i spekulacje

Najmłodsza ofiara „Wujka”

Jasiu Stawisiński miał 20 lat. Kto w tym wieku myśli o umieraniu! Wtedy najbardziej chce się żyć. Jego mamę poznałem już w latach 90. w katowickim sądzie, w którym ciągnęły się trzy rozprawy dotyczące tragedii „Wujka”. W pewnym momencie oskarżonym nie chciało już się na nie przychodzić, adwokaci przysyłali aplikantów, po oskarżycielach posiłkowych ani śladu... Także po dziennikarzach i po publiczności – czyli politykach, którzy w ławach sądowych pojawiali się tylko w okresach wyborczych. Ale na każdej, no, może prawie każdej rozprawie siedziała samotnie, trochę zapadnięta w sobie, mama z Koszalina... Taką ją nazywałem, zanim ośmieliłem się podejść. Jak nie patrzyła na sąd, to wpatrywała się w oczy oskarżonych.

Teksty historyczne

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj