Kultura

Tyrmand, patron 2020 r. Jak wypadnie w świetle dobrej zmiany?

Tablica pamiątkowa na frontowej ścianie budynku w Warszawie, w którym mieszkał Leopold Tyrmand Tablica pamiątkowa na frontowej ścianie budynku w Warszawie, w którym mieszkał Leopold Tyrmand Adrian Grycuk / Wikipedia
W stulecie urodzin Leopold Tyrmand został patronem 2020 r. Autor „Złego” od lat cieszy się popularnością czytelników. Pytanie tylko, jakiego Tyrmanda zobaczymy w przyszłym roku.

Leopold Tyrmand kochał prowokować, kokietować i rzucać się w oczy. Przeszły do legendy jego czerwone skarpety, znak rozpoznawczy „bikiniarzy”, pierwszej „kontrkultury” PRL. Jak wszystko w jego życiu, jego dziennikarskie próby były naznaczone paradoksem. Przygodę z zawodem zaczynał w wileńskim oddziale Komsomolskiej Prawdy, gdzie trafił, gdy uciekał przed nazistowską okupacją. Mówił o tym potem niechętnie, wspominał raczej przymusowe roboty w Norwegii. Był robotnikiem kolejowym, tłumaczem, kelnerem, pracował na statku, dla Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, był reporterem Polpressu i kierownikiem biura prasowego polskiego poselstwa w Kopenhadze. Te ostatnie doświadczenia otworzyły mu drogę do dziennikarskiej kariery w komunistycznej Polsce.

Tyrmand szybko zyskał status gwiazdy

W 1948 r., gdy jako dziennikarz „Przekroju” był korespondentem na Kongresie Intelektualistów we Wrocławiu, przeprowadzał wywiady z Pablem Picassem, Michaiłem Szołochowem czy Ilją Erenburgiem. Zasłynął też jako dziennikarz sportowy – do legendy przeszedł zwłaszcza mecz tenisowy, na który przyniósł maszynę do pisania, żeby relacjonować na bieżąco, co w tamtych czasach nie było konieczne.

Sport przyczynił się zresztą do jego pierwszego „potknięcia” w karierze. W 1950 r. w relacji z walki bokserskiej zarzucił stronniczość radzieckim sędziom, przez co potem nie mógł znaleźć pracy. Na trzy lata zakotwiczył się w „Tygodniku Powszechnym”. W 1953 r. pismo zostało zamknięte, bo nie opublikowało nekrologu Józefa Stalina.

Czytaj też: Kolorowa legenda Tyrmanda

Polska w przededniu destalinizacji

To w tym czasie Tyrmand napisał swój „Dziennik 1954”. Skrupulatnie zrelacjonował przejmowanie „Tygodnika” przez ludzi z PAX Bolesława Piaseckiego i proces sprowadzania go do roli partyjnej tuby (której, nawiasem mówiąc, nikt nie czytał). Tyrmand bezrobotny i głodny, jeszcze przed wydaniem swego opus magnum, stosował konsekwentny opór. Czyli był sobą: słuchał jazzu, tańczył swinga, miał wewnętrzny świat, którego nie mogła zdmuchnąć ówczesna szarzyzna. Dziś lektura „Dziennika” może razić nieposkromionym maczyzmem i mizoginią (stosunek autora do Bogny jest protekcjonalny i trudno uwierzyć, że mowa o jego partnerce, a nie młodszej siostrze). Przy wszystkich zastrzeżeniach krytyczna lektura potrafi być dziś fascynującym zajęciem, bo to jeden z ciekawszych dokumentów polskiej codzienności na chwilę przed destalinizacją.

Ta zresztą przyniosła pisarzowi kolejną zmianę: nadeszło zamówienie na wielką powieść sensacyjną. Tu zaczyna się historia „Złego” i Tyrmanda, jakiego znamy. O statusie książki niech świadczy to, że wciąż wraca pomysł jej ekranizacji. Ostatnio nad projektem pracował reżyser Xawery Żuławski, ale bez powodzenia.

Czytaj też: Postawy Polaków – literaci

Co PiS widzi (i co zobaczymy) w Tyrmandzie?

Rok Tyrmanda to świetna okazja, żeby przypomnieć, jak żyć kolorowo w bezbarwnych czasach. Pozostać sobą bez względu na wszystko. Cieszyć się autonomią w autorytarnym państwie. Obawiam się jednak, że światło padnie raczej na inny fragment biografii pisarza. Ten emigracyjny, gdy autor „Wędrówek i myśli porucznika Stukułki” wylądował w Ameryce i po początkowych sukcesach towarzyskich (spotkania z Saulem Bellowem i Irvingiem Stonem, publikacje w „New Yorkerze”) popadł w zapomnienie i utracił kontakt z polskim życiem literackim.

Szacunek Amerykanów Tyrmand stracił, gdy przestał opowiadać o życiu za żelazną kurtyną, a zaczął ich pouczać: straszył, czym skończy się dla nich rozpasany liberalizm, krytykował kulturę hippisowską, „bronił Ameryki przed nią samą”. Zyskał status dziwaka, który nić porozumienia był w stanie zadzierzgnąć wyłącznie z reaganowskimi konserwatystami. Paradoksalnie, choć nienawidził sztywno zawiązanego polskiego gorsetu obyczajowego, zabrał go ze sobą za ocean.

Nie zdziwi mnie, jeśli w przyszłym roku ujrzymy właśnie tego Tyrmanda: profetę, który pod koniec lat 70. ostrzegał przed zdeprawowanym i upadłym światem Zachodu. Piszę te słowa tuż po tym, jak w Muzeum Narodowym w Warszawie ocenzurowano dwie prace stworzone 40 lat temu. Trudno o wymowniejszy przykład powrotu „dyktatury ciemniaków”. Kto wie, czy żeby uprawomocnić takie barbarzyństwo, PiS nie spróbuje pozyskać nowych autorytetów (choćby dawno zmarłych) i wciągnąć je na sztandary walki z „nowoczesnością”. Wtedy z autora „Złego” pozostanie już naprawdę niewiele.

Czytaj też: Do czego pisarzom przydaje się boks

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną