Kultura

Stanie w Warszawie łuk triumfalny czy nie stanie?

Projekt Łuku Triumfalnego w Warszawie Projekt Łuku Triumfalnego w Warszawie mat. pr.
Kanapowa, dziwaczna inicjatywa za sprawą deklaracji premiera Morawieckiego nagle stała się równie ważna, co układ sił w parlamencie.

W przyszłym roku, a więc już za chwilę, mija setna rocznica Bitwy Warszawskiej, przez historyków uważanej za jedną z najważniejszych w historii Europy, a dla Polaków szczególnie ważną. Słusznie więc należy się jej trwałe upamiętnienie. I nad takim – fakt, że dość ślamazarnie – pracują władze Warszawy planujące właściwy monument na placu Na Rozdrożu. Aliści dosłownie za pięć dwunasta obudził się pan premier, deklarując z właściwą mu pewnością siebie, a nawet dezynwolturą, że z pomocą rządu powstanie coś dużo poważniejszego niż jakiś pomniczek od Trzaskowskiego: łuk triumfalny na Wiśle.

„Pomnik ducha narodu”

Zatrzymajmy się na chwilę nad samą ideą łuku. To, że wymyślili go starożytni Rzymianie (ideę ściągając jednak od Etrusków) powszechnie wiadomo. Jak i to, że moda nań powracała co jakiś czas w różnych zakątkach świata, by osiągnąć swe apogeum pod postacią tego najsłynniejszego, paryskiego, postawionego w 1837 r. Później po ów architektoniczny patent sięgali najczęściej już tylko dyktatorzy, przekonani, że utrwalą swą chwałę po wieczne czasy. W sensie ideowo-architektonicznym jest więc łuk konstrukcją należącą zasadniczo do historii, jak piramidy, akwedukty czy zamki otoczone fosami, co nie znaczy, że nie trafi się raz na jakiś czas osobliwy miłośnik ich stawiania. Jak w Warszawie.

Projekt już jest. Przygotowany przez architekta Marka Skrzyńskiego, pracującego dotychczas głównie w temacie kościołów. W jednym z wywiadów udzielonych dwa lata temu mówił: „Moim marzeniem było, żeby ten łuk był architekturą utkaną z chmur, powietrza, wody i światła. Żeby to nie był ciężki, masywny łuk, tak jak to zwykle łuki triumfalne bywają. Bo to nie jest pomnik brutalnej siły militarnej czy politycznej, lecz pomnik ducha narodu”. Powiedziane pięknie, ale jakoś mocno rozbiega się z wizualizacjami przedstawionymi w ostatnich dniach.

Pomysłodawcom marzą się „bajery”

Proponowana konstrukcja raczej nie jest utkana z chmur, powietrza, wody i światła, ale – nawiązując stylistycznie do przedwojennego tzw. stylu narodowego – oszczędna w detalach (poza nieśmiertelnym orłem i koroną), masywnie, na granicy monumentalności, osadzona w nurcie rzeki. Projektant podchodzi dość elastycznie do projektu, który nie ma jeszcze ustalonej wysokości, i padają różne liczby: 120, 150, a nawet 200 metrów wysokości (przypomnę, że paryski ma 51 m).

Pomysłodawcom marzą się różne „bajery”. A to kładki prowadzące z obu brzegów do obu pylonów, a to windy, które wwiozą ciekawskich na sam szczyt, by podziwiali z widokowego tarasu stolicę i tereny dawnej bitwy, dziś zastawione nowymi osiedlami. Nie ma co sobie żałować, wszak premier obiecał, że wesprze. Odzywa się tradycyjna narodowa przypadłość: albo na bogato, albo wcale.

Idea przyspieszonej budowy podzieliła komentatorów radykalnie i w oczywisty sposób, wzdłuż osi odpowiadającej podziałom politycznym. W kręgach zbliżonych do PiS pojawiły się więc ekstatyczne zachwyty i słowa żarliwego wsparcia. Po drugiej stronie – oburzenia z przewidywalnymi w takich razach (i niepozbawionymi sensu) porównaniami, ile też za tę budowę można by kupić dla stolicy autobusów elektrycznych, ile zbudować żłobków i przedszkoli, jakie inwestycje wreszcie zrealizować (siedziba Sinfonii Varsovii, dokończenie obwodnicy miasta itd.). No i oczywiście pomysł wygenerował niezliczone memy, złośliwości i dowcipy. „Myślę, że Łuk Triumfalny powinien stylem przypominać rozpadającą się Ławkę Niepodległości, funkcjonalnością jeden z miliona elektrycznych samochodów, których nie ma, a jakością lodołamacz sklejony taśmą klejącą. Będzie to pomnik kompetencji, możliwości i prawdy o megalomanii PiS” – pisał Przemysław Szubartowicz.

Gigantomania godna Gierka

W licznych komentarzach pomija się jednak dość ważny aspekt sprawy. A mianowicie to, że pomysł postawienia łuku wręcz idealnie wpisuje się w przeróżne i konsekwentnie rozwijane od czterech lat narracje obecnej władzy. Po pierwsze, w narrację historyczną, której punktem najważniejszym jest „goń bolszewika” pod każdą postacią: komunisty, lewaka, „Ruska”, a nawet miłośnika UE. Po drugie, w narrację napinania mięśni, chorobliwego optymizmu i godnej Edwarda Gierka gigantomanii. Jak samochody elektryczne, to milion, jak Mieszkania plus, to 100 tysięcy, jak promocja kraju w świecie, to luksusowym jachtem, jak lotnisko, to niech się Heathrow schowa, jak helikoptery, to własne. Co z tych obietnic dotychczas wyszło, wszyscy wiemy, i z tego faktu niektórzy optymistycznie wywodzą myśl także o niechybnym fiasku pomysłu z łukiem.

Po trzecie wreszcie, w narrację estetyczną. Estetykę kiczu, tandety, patosu lub rechotu, tak wyśmienicie przyswajalnej przez Suwerena. Nie chodzi o to, by gusta kreować i kształtować, ale wyłącznie, by im schlebiać. Ten łuk idealnie wpasowuje się w inne wybory tych, których władza hołubi: disco polo, filmy Patryka Vegi, książki Remigiusza Mroza, T-shirty z orłem w koronie, arcypolskie kebaby itd. Gigantyczny pluszak został zastąpiony przez gigantyczny łuk. Minęło 40 lat od premiery „Misia”, ale nic się nie zmieniło: „Wiesz, co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo”. Socjalizm w rozkwicie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Blue monday. Dlaczego ten koncept nie ma sensu?

20 stycznia 2020 – w ten dzień wypada w tym roku tzw. blue monday, trzeci poniedziałek stycznia, zwany także „najbardziej depresyjnym dniem roku”. Termin zrobił zawrotną karierę w mediach, ale pojawia się też w publikacjach naukowych. Czy słusznie?

Marcin Nowak
20.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną