Kultura

„Ozdrowieńcy” – kolejne kuriozum TVP

Program „Ozdrowieńcy” to prowincjonalna tandeta – jak prawie wszystko, co teraz produkuje TVPiS. Program „Ozdrowieńcy” to prowincjonalna tandeta – jak prawie wszystko, co teraz produkuje TVPiS. TVP
W „Ozdrowieńcach”, tej prowincjonalnej tandecie, brakowało tylko jakiegoś „damy radę”, „zwyciężymy” – my, Polacy, ma się rozumieć. Patrioci – niezłomni, wyklęci pogromcy wirusów. Znów nie doceniłem TVPiS.

Od 20 marca „jedynka” TVP będzie nadawała w każdą sobotę półgodzinny program „Ozdrowieńcy”, pokazujący historie osób, które przeszły przez covid-19 (czyli tytułowych ozdrowieńców), jak również historie zakończone śmiercią ofiar pandemii. Jak zapowiedział prowadzący program Rafał Porzeziński, będzie to „kronika wygranych i przegranych walk z covid-19”.

Czytaj także: Pięciolatka Kurskiego w TVP. Należy się order od prezesa PiS

Wyraz żalu w przestrzeni publicznej?

Czekałem na ten program z nadzieją i niepokojem. Wokół nas rozgrywa się największy dramat od czasów II wojny światowej. Z powodu epidemii ubyło spośród nas ponad 80 tys. osób. To przerażające liczba – coś jak 900 katastrof smoleńskich. A mimo to nie ma w kraju atmosfery żałoby. Ba, nawet takiej oficjalnej, państwowej żałoby władze nie ogłosiły. Sądziłem, że program rządowej telewizji będzie czymś w rodzaju rekompensaty czy wyrównania tego niedostatku żalu w przestrzeni publicznej. Myślałem, że ta produkcja ma nam w jakiś sposób uprzytomnić, co się dzieje, i w pewnym sensie być upamiętnieniem zmarłych. Martwiło mnie tylko, że nazywa się „Ozdrowieńcy”, co musi przecież oznaczać, że bardziej niż o zmarłych program będzie o tych, którzy wyzdrowieli. Czy aby więc ten program nie będzie tchnął „urzędowym optymizmem”? Czy nie będzie zbyt ckliwy? Naiwny?

Czytaj także: Film o Smoleńsku. Kaczyński zaciera ślady

I znów nie doceniłem TVP

Wszystkie moje obawy okazały się płonne. To, co zobaczyłem, czyli pierwszy odcinek programu, nie nadawało się do tak subtelnej, perły przed wieprze rzucającej problematyzacji. Wyglądało to bardziej na parodię produkcji telewizyjnej dla „statystycznego widza”, który – zgodnie z dewizą prezesa Jacka Kurskiego – jest ciemnym ludem, gotowym kupić wszystko, co prezes zechce mu sprzedać. Szkoda, że nie „sprzedał” czegoś odrobinę poważnego. Bo to, co widziałem, było tak żenujące i tak ziejące pustką intelektualną, moralną i artystyczną, że dla rodzin ofiar pandemii musi być obrazą, a nie pocieszeniem i upamiętnieniem ich zmarłych bliskich.

Moje nadzieje stęchły już przy czołówce. Kilka bez ładu i składu wyświetlonych zdjęć osób głównie duchownych (na pierwszym miejscu zakonnica o bardzo zagranicznym wyglądzie, a na końcu ksiądz Twardowski), a do tego pozbawiona melodii i innych cech muzyczności wyjąca niby-śpiewka o następującej treści: „Noc była blisko tak, w sercu zamieszkał strach. I nagle światło dnia! Ozdrowieńcy! Żyją wśród nas”. Komentarz zbędny.

Czytaj także: TVP Kobieta. Kontrowersje jeszcze przed startem

Dzielni hokeiści i obojętni reżyserowi zmarli

No i zaczęło się. Dwudziestominutowy program podzielony został na dwie części – piętnastominutową poświęconą szczęśliwym ozdrowieńcom i pięciominutową – poświęconą rodzinie, która straciła dwie starsze osoby. Już sama ta kolejność i dysproporcja czasu były niestosowne. Jednak to, co raziło najbardziej, to kompletna pustka materiału o ozdrowieńcach. Czy ktoś wyszedł cudem spod respiratora? Nic z tych rzeczy. Po prostu w narodowej drużynie hokeja ktoś miał covid i zaraził 13 kolegów, którzy w związku z tym przeszli kwarantannę, a kilku spośród nich trochę chorowało, w tym jeden w pewnym momencie miał ponad 40 st. gorączki. Drużyna zaliczyła kilkutygodniową przerwę w treningach, a potem trenowała z zachowaniem reżimu sanitarnego. Jeden z chłopaków stracił zagraniczny kontrakt. „Oni wygrali z covidem”. Kurtyna. Po prostu nic. Nikomu nic się stało, nikt niczego specjalnego nie dokonał. Zero. 30 młodych facetów posiedziało na kwarantannie. 15 min o niczym.

Czytaj także: „Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

Smutne sprawy na koniec. Pewien pastor oraz jego syn opowiedzieli spokojnie i rzeczowo o tym, że zachorował na covid najpierw wuj, a potem mama pastora. Byli razem w domu opieki. Najpierw umarł on, a potem i ona znalazła się w szpitalu, pod respiratorem. Nie można było jej odwiedzić, ale ktoś dał jej swój telefon, z którego zadzwoniła do syna – poniekąd już się pożegnać. Ale tak naprawdę tych zmarłych prawie nie było w programie. Nie powiedziano nawet, jak się nazywali, kim byli. Najwyraźniej reżyserowi byli zupełnie obojętni i ta obojętność została przeniesiona na widzów. Wnuk powiedział ledwie kilka ciepłych słów o babci i wuju – całe szczęście, że w programie znalazło się chociaż te kilkanaście sekund dla ofiar pandemii. Lecz mimo to pozostały one niemalże anonimowe. W przeciwieństwie do dzielnych hokeistów.

Prowincjonalna tandeta – jak prawie wszystko, co teraz produkuje TVPiS. Brakowało jeszcze jakiegoś „damy radę”, „zwyciężymy” – my, Polacy, ma się rozumieć. Patrioci – niezłomni, wyklęci pogromcy wirusów. Mam nadzieję, że TVP nie posunie się tak daleko. Ale naprawdę niewiele już brakuje.

Czytaj także: Sikorski nie abonuje hejtu z TVP. My też nie powinniśmy?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Tata Maty

W przewrotnym sensie jest beneficjentem rządów PiS, gdyż będąc ich konsekwentnym krytykiem, stał się znaczącą osobistością życia publicznego. Niektórzy określają go mianem „opozycyjnego celebryty”, na co Marcin Matczak nieco się zżyma. Ale w sumie nieźle oddaje ono jego status.

Rafał Kalukin
18.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną