Kultura

Wystawa odzyskana. Wielka burza wokół Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku Jan Rusek / Agencja Wyborcza.pl
Nowe kierownictwo muzeum postanowiło przywrócić pierwotny kształt wystawy głównej, ocenzurowanej kilka lat temu przez poprzedników z nadania PiS. Trudno się temu dziwić.

Znów rozgorzały emocje wokół muzeum, bo nowe kierownictwo postanowiło przywrócić pierwotny kształt wystawy głównej, ocenzurowanej kilka lat temu przez poprzedników z nadania PiS. Do MIIWŚ wróciły osoby, które uczestniczyły w jego budowie i przygotowały scenariusz tej wystawy. Ba, długo walczyły przed sądem o usunięcie deformacji, jakich dokonała ekipa pisowska.

Muzeum II Wojny Światowej: jakie ma być

MIIWŚ, zbudowane za rządów PO-PSL, kojarzone z Donaldem Tuskiem jako inicjatorem, otwarto w styczniu 2017 r. W pośpiechu, by pokazać publiczności ekspozycję jeszcze przed wprowadzeniem nowej, bliskiej PiS dyrekcji. Towarzyszył temu klimat obleganej twierdzy. Bo politycy PiS, stosując różne kruczki i sztuczki, już od kwietnia 2016 r. próbowali zmienić kierownictwo placówki. Nie ukrywali, że nie pasuje im wymowa przygotowywanej ekspozycji. Główne zastrzeżenia dotyczyły dwóch kwestii: skupienia się na losach ludności cywilnej i nieszczęściu, jakim jest wojna, oraz „dominacji przykładów negatywnych wojny, a nie pozytywnych” – jak pisał jeden z recenzentów. Krótko mówiąc, za dużo cierpienia, za mało bohaterszczyzny, do tego antywojenne przesłanie. Wiadomo było, że wraz ze zmianą kierownictwa zmieni się wystawa.

Autorzy scenariusza ekspozycji, czyli Paweł Machcewicz, Piotr M. Majewski, Janusz Marszalec (dziś zastępca dyrektora MIIWŚ) oraz Rafał Wnuk (dziś dyrektor MIIWŚ), zaskarżyli owe ingerencje. Proces toczył się najpierw przed Sądem Okręgowym w Gdańsku, następnie przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie. Ten ostatni wyrokiem z 17 kwietnia 2023 r. uznał, że wystawa i scenariusz są twórczością chronioną, że MIIWŚ reprezentowane przez Karola Nawrockiego, dyrektora powołanego za PiS, naruszyło prawa autorów. Zasądził od MIIWŚ kwotę 10 tys. zł na rzecz Stowarzyszenia Pomocy Osobom Autystycznym.

Natomiast co do wprowadzonych w wystawie 17 zmian, których cofnięcia domagali się autorzy, sąd nakazał uwzględnić tylko jedną – usunąć propagandowy film „Niezwyciężeni” wyprodukowany przez IPN. Pozostałe ingerencje sąd uznał za niezauważalne dla większości odbiorców. Nie nakazał też przywrócenia filmu, który zamykał ekspozycję pierwotnie i zawierał przestrogę, że pokój nie jest nam dany raz na zawsze.

Politycy wchodzą do muzeum

W przededniu otwarcia muzeum jego ówczesny dyrektor prof. Machcewicz przestrzegał przed mieszaniem się polityków do muzealnictwa. – Tu chodzi nie tylko o mój los czy los muzeum, ale o coś znacznie ważniejszego – mówił „Polityce”. – O to, czy politycy będą decydować o kształcie wszystkich wystaw historycznych w Polsce, bo po wygranych wyborach uznają, że mają do tego mandat społeczny, czy jednak zostanie uszanowana autonomia instytucji kultury i autonomia historyków w tej sferze. Dla mnie to, co się robi z naszym muzeum, jest jednym z elementów demontażu demokratycznego państwa prawa.

Nic dziwnego, że niegdysiejsi sprawcy tego demontażu uderzyli teraz w dzwon, obserwując rugowanie śladów ich „twórczości”. Były dyrektor MIIWŚ Karol Nawrocki zaalarmował: „po cichu, z ponad 5 tys. metrów kwadratowych wystawy Głównej Muzeum II WŚ, zostali usunięci Polscy Bohaterowie: rotmistrz Witold Pilecki, święty Ojciec Maksymilian Kolbe, po błogosławionej rodzinie Ulmów została czarna ściana”. W podobnym tonie zabrali głos przedstawiciele gdańskiego oddziału IPN, zarzucając dyrekcji MIIWŚ nieprzyzwoitość, a pośrednio brak patriotyzmu. Nazwiska „usuniętych” posłużyły za oręż do politycznej walki, miały zadziałać na wyobraźnię, wywołać wzburzenie szerokiej opinii publicznej. Choć muzealnicy świetnie wiedzą, że wystawa, nawet bardzo duża, nie pomieści wszystkich zdarzeń, czynów i postaci, które mogłyby w jej ramach zaistnieć. Że percepcja odbiorców jest ograniczona. Że zawsze mamy do czynienia z jakimś autorskim wyborem.

Za oręż ten chwycili politycy. Na przykład Beata Szydło pisała: „Polska historia wyrzucona z gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej. Z ekspozycji zniknęły informacje o Rodzinie Ulmów, o Witoldzie Pileckim, o Maksymilianie Kolbe. Dla symboli polskiego bohaterstwa i ofiar niemieckich zbrodni w muzeum nie ma miejsca. To hańba i obrażanie Polaków”. „Zamiast podkreślać wkład Polaków i ich bohaterskie czyny podczas II wojny światowej w wymiarze europejskim w polityce historycznej, to wyrzuca się ich na śmietnik historii” – to Piotr Müller, były rzecznik pisowskiego rządu. Przemysław Czarnek to, co się stało, uznał za „antypolski skandal”. Długo by można wymieniać nazwiska polityków i słowa, które z siebie wyrzucili.

To, że posypały się gromy ze strony PiS, w ogóle nie dziwi. Dziwi, że do grona tego dołączył wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz, pisząc na platformie X: „Wystawa główna Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku musi być przykładem tego, co nas łączy, nie dzieli. Usuwanie z niej tych, którzy dawali świadectwo patriotyzmu i niezłomnej walki o dobro Ojczyzny, jest niedopuszczalne”. Szef PSL uznał, że Pilecki, Kolbe i Ulmowie powinni zostać „natychmiast przywróceni” w ekspozycji. Zakomunikował, że prosił wiceminister Bożenę Żelazowską, reprezentantkę PSL w resorcie kultury, by porozmawiała na ten temat ze swoją szefową minister Hanną Wróblewską.

Osobliwy to kraj, gdzie wicepremier i minister obrony narodowej, mając wojnę za wschodnią granicą i towarzyszące temu problemy, bardziej zajmuje się historią niż teraźniejszością. Pogoń za poklaskiem odbiera czasem rozsądek. Natomiast nie zabrakło go marszałkowi Sejmu Szymonowi Hołowni, drugiemu liderowi Trzeciej Drogi: „Chciałbym – mówił – aby wokół tego muzeum zapanował spokój i aby to historycy, a nie politycy, decydowali o tym, co na wystawie ma się znaleźć”.

Ministra Wróblewska pokazuje pazur

Muzeum II Wojny Światowej na swojej stronie tłumaczy, w jaki sposób została pomyślana wystawa główna i dlaczego istotne jest przywrócenie jej pierwotnego kształtu: „Nawet ważny i potencjalnie atrakcyjny temat czy artefakt umieszczony w przypadkowym miejscu nie służy opowieści, lecz wprowadza chaos”. Nie kryje też, że w tle jest spór o relacje między „władzą polityczną a sferą nauki i kultury, o to, czy politycy mają prawo naruszać autonomię twórców i badaczy”. W oświadczeniu czytamy: „Naszym celem jest, aby polityka historyczna pozwalała obywatelom troszczyć się o wspólnotę. Aby była niewykluczająca i zgodna z ustaleniami badaczy, nawet jeśli miałaby wyglądać ona trochę inaczej, niż sobie wyobrażał to minister czy prezes partii. Nie trzeba cenzurować wystaw i walczyć z artystami, by budować narodową wspólnotę i pielęgnować pamięć”.

27 czerwca, w obliczu niecichnącej politycznej wrzawy, muzeum dorzuciło, że w tych zmianach chodzi także o prawdę historyczną, że usunięte elementy wprowadzały zwiedzających w błąd. „Nie jest np. prawdą – wskazano w najświeższym komunikacie – że typową polską postawą wobec ginących w Zagładzie Żydów była powszechna pomoc. W rzeczywistości była nią koncentracja na własnym przetrwaniu. Określenie zaś antysemickich tekstów w prasie wydawanej przez Ojca Maksymiliana Marię Kolbego mianem »ewangelizacji« to intelektualna nieuczciwość”. A rotmistrz Pilecki ma swoje miejsce w części opowiadającej o życiu obozowym.

Te dopowiedzenia raczej nie załagodzą sporu. Czy przeniosą go w sferę dyskursu bardziej merytorycznego niż politycznego? Wątpliwe.

Awantura wokół MIIWŚ to pierwszy poważny sprawdzian dla nowej ministry kultury Hanny Wróblewskiej. Ta mało znana szerszej opinii publicznej historyczka sztuki i kuratorka jasno i jednoznacznie potwierdza prawo dyrektora Rafała Wnuka do autonomicznego działania. Podkreśla, że wystawa nie może być „katalogiem” wszystkich zasłużonych, że ma swoją strukturę i formę. Zachęca do obejrzenia jej w oryginalnym kształcie. „Jako Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego chciałabym, aby nasza pamięć i historia były przedmiotem otwartej dyskusji, krytycznej analizy i pogłębionej refleksji, a nie narzędziem służącym do rozniecania społecznych i politycznych sporów” – konkluduje w swoim stanowisku.

Na razie to pobożne życzenia. Ale od czegoś trzeba zacząć.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Seks bez zobowiązań: tylko dla dorosłych. Czy skłonność do „znajomości na raz” będzie rosnąć?

Do Polek i Polaków dociera, że można chodzić ze sobą do łóżka bez zobowiązań, bez stresu, dla chwili przyjemności. Zdaniem specjalistów takie podejście bywa niezwykle korzystne. Pod warunkiem że jest autentyczne (i pod kilkoma innymi).

Joanna Cieśla
19.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną