Fragment książki "Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania katastrofy lotniczej"
Czy pomysł taki nie mógł narodzić się w głowie jakiegoś szalonego naukowca? „Po co używać królików doświadczalnych, skoro możemy w lodowej krainie umieścić ludzi? Będą młodzi, a tym samym bardziej wytrzymali, tak by zbyt łatwo nie pokonały ich choroby i kontuzje. Z powietrza usuniemy tlen, przez co będą się poruszać z trudem, dręczeni przez halucynacje. W większości będą to studenci, przekonamy się, czy przetrwają, czy potrafią się zorganizować, pracować zespołowo, planować i znajdować twórcze rozwiązania problemów. Dodatkowo niechaj będą sportowcami, okaże się wtedy, czy takie nadprzeciętnie sprawne jednostki są w stanie przetrwać siedemdziesiąt dwa dni na lodowym pustkowiu. Najpierw trzech, a potem dwóch spośród nich podejmie samobójczą dziesięciodniową wędrówkę, będzie wspinać się na sięgające nieba szczyty, żeby dostać się do dolin po drugiej stronie Kordyliery i uciec z piekła. Będzie to eksperyment, który pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, czy w tych nieludzkich warunkach narodzi się śnieżne bractwo.
Przekonajmy się, jak będą znosić kolejne wyzwania, ilu z nich wytrzyma do samego końca. A skoro dociągnęli już tak daleko, drżąc z zimna i ze zgrozy, zastosujmy kolejny trik: jeszcze okrutniejszy i bardziej upadlający, tak by zapadali się coraz głębiej w otchłań rozpaczy, która nie będzie mieć końca, i zawsze będzie czekać ich jeszcze coś gorszego”.
Najbardziej perwersyjnym aspektem tamtych doświadczeń było to, że naprawdę miałem wrażenie, jakbyśmy ja i pozostałych piętnastu ocalałych byli królikami doświadczalnymi.
Nasza sytuacja była tym trudniejsza do zniesienia, że mogliśmy postrzegać ją jako laboratoryjny eksperyment, w którym zmuszeni jesteśmy działać metodą prób i błędów. Miał on zademonstrować, jak ponosimy porażkę, jak podejmujemy błędne decyzje, jak pełni nadziei łudzimy się, że znaleźliśmy drogę ucieczki albo że słyszymy nadlatujące samoloty ratownicze. Ale to tylko złudzenia. Ten z nas, który wyruszył na południe, niemal umarł z wycieńczenia. Inny prawie oślepł. Ten, który poszedł na wschód, tylko cudem nie zamarzł. Wniosek, jaki wyciągasz z takich błędów, o ile rzecz jasna nadal nie porzuciłeś nadziei, jest następujący: nie wolno ci opaść z sił, musisz wytrwale podążać dalej, nawet jeśli poszedłeś nie tą ścieżką, co trzeba.
Upadlaliśmy się coraz bardziej, stopniowo zaciskając pętle na własnych szyjach do momentu, gdy niewyobrażalne stawało się rzeczywistością. Na początku odważyliśmy się zjadać tylko mięśnie wycięte ze zwłok, ale potem byliśmy zmuszeni sięgnąć również po organy wewnętrzne. W końcu musieliśmy posunąć się do rozłupywania kilofem czaszek, by wyjadać z nich mózgi.
Widzieliśmy, ilu z nas stopniowo umierało. Ich ciała znaczyły naszą prowizoryczną drogę ucieczki na zachód.
W śnieżnym bractwie obowiązywały zupełnie inne zasady niż w społeczeństwie żywych. Nie ceniono tego, co materialne, wręcz przeciwnie – wielkiej wartości nabrały rzeczy niematerialne, takie jak równość, bezinteresowność, braterstwo, serdeczność i podtrzymywanie nadziei. Właśnie dlatego tym, na czym najbardziej zależy mi w życiu, jest odtworzenie tamtego bractwa, które zawiązało się na zboczu góry, owego wyjątkowego doświadczenia ludzkiego, które opierało się, moim zdaniem, na pięciu najprostszych wartościach: pracy zespołowej, wytrwałości, miłości, inteligencji i przede wszystkim – nadziei. Jednak aby odtworzyć ów model, muszę wcześniej poznać odpowiedzi, jakich nam udzielił, odkryć jego tajemnice. Nie umiem sobie wyobrazić większego niedostatku i straszniejszego upodlenia niż te, jakich zaznaliśmy w Andach. A mimo to wróciliśmy z krainy zmarłych i oto jesteśmy. Czasami proszą nas o to, żebyśmy wytłumaczyli, jak to możliwe. Wokół nas nie brak przecież ludzi, którzy też zmuszeni są wędrować przez góry, jakie stawia przed nimi życie. Sądzę, że możemy użyczyć im butów, dzięki którym wydostaliśmy się przed laty z opałów.
Powróciliśmy do zwykłego społeczeństwa, jednak nasze spojrzenie na życie uległo zmianie. Wiemy teraz, że szklanka wody może oznaczać kilka godzin czekania, aż promienie słońca przedzierającego się przez chmury stopią śnieg. Wiemy, że byle kawalątek czerstwego chleba jest o niebo lepszy od tego, czym musieliśmy się żywić w górach. Że najtwardszy i najbrudniejszy materac jest miększy niż najeżony ostrymi krawędziami metal zamarzniętego kadłuba. I że skoro mam teraz do dyspozycji wszystkie te rzeczy, jestem bogaczem, ponieważ dysponuję wszystkim, co jest niezbędne do przeżycia, a cała reszta zależy tylko ode mnie. Ponieważ w każdej chwili twój samolot może runąć na ziemię, a wówczas uświadamiasz sobie i zaczynasz doceniać wszystko to, co miałeś, a co teraz utraciłeś.
Świat uznał, że zginęliśmy, i trudno mu się dziwić. My jednak staraliśmy się przetrwać z nadzieją, że jeśli nam się powiedzie, poprosimy społeczeństwo, by przyjęło nas z powrotem. Kiedy w końcu wyłoniliśmy się z mgły, ludzi dopadły wyrzuty sumienia, zmuszeni byli uznać swoją niewiedzę, ponieważ dowiedliśmy, że ich założenia były mylne. Z tego powodu przyjęli nas z powrotem i niechętnie zaakceptowali to, co mieliśmy do powiedzenia.
Społeczeństwo spisało nas na straty i tylko nasze rodziny, wiedzione jakimś irracjonalnym przymusem, kontynuowały poszukiwania. Jeśli o mnie chodzi, starałem się wysyłać telepatyczne wiadomości do mojej ówczesnej dziewczyny Lauri, w których przekonywałem ją, żeby cieszyła się życiem i nie zadręczała z mojego powodu. Błagałem ją w myślach, żeby nie wierzyła, że kiedyś wrócę, i starałem się ją przekonać, że powinna zapomnieć o swojej miłości do mnie, ponieważ uzależni to jej szczęście od mojego powrotu, który wydawał się niemożliwy.
Mój ojciec szukał mnie, ponieważ wiedział, że gdyby to samo przydarzyło się jemu, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby go odnaleźć, nie spocząłbym aż do śmierci. W poszukiwaniach pomagał mu ojciec Lauri, Luis Surraco, aby pocieszyć swoją córkę i móc powiedzieć jej to samo, do czego w myślach próbowałem ją nakłonić: „Nie płacz już więcej, Lauri. Skup się na swoim życiu. Twój chłopak istnieje już tylko na zdjęciach i we wspomnieniach”. Przed wylotem Lauri zaopatrzyła ojca w grube wełniane skarpety, skórzaną kurtkę i lekarstwa na ból żołądka. Powiedziała mu wówczas: „Roberto jest bardzo zmarznięty. Przed chłodem chronią go metalowe części rozbitego samolotu, z których zbudował dla siebie prowizoryczne schronienie”. Słowa te podyktowane były wiarą, którą dzieliła z moją matką, że przeżyłem i trzęsę się z zimna. Była to prawda. Przez siedemdziesiąt dwa dni spędzone na zboczu góry miałem na sobie gruby wełniany sweter, który moja matka zrobiła dla mnie na drutach rok wcześniej. Do teraz ma w zwyczaju sprawdzać, gdzie jestem, bo obawia się, że mogłaby mnie znowu stracić. Kto miał rację? Mój ojciec i Luis Surraco, opierający się na racjonalnych przesłankach, czy raczej moja matka i sympatia, żywiące irracjonalną nadzieję? Panował wówczas absolutny chaos, cały świat, jaki znałem, został wywrócony do góry nogami. W rezultacie to, co racjonalne, szło ramię w ramię z niemożliwym, a utopia zastępowała rzeczywistość.
Jako że nasza historia nie miała precedensu, istniało powszechne przekonanie, że niemożliwym jest, byśmy po rozbiciu się samolotu w górach pozostali przy życiu. Niemożliwe, byśmy przetrwali chłód, sforsowali ścianę śniegu, skał i lodu, a co ważniejsze – żebyśmy po wspięciu się na szczyt masywu, ujrzawszy bezmiar skąpanych w bieli gór zamiast utęsknionych zielonych dolin, nie porzucili nadziei. To prawda, wszystko to było niemożliwe. Jednak czymże innym była nasza przygoda w Andach, jeśli nie ciągiem nieprawdopodobnych wydarzeń, niewyobrażalnych i niedających się zaakceptować sytuacji?
Pomysł, by żywić się ciałami zmarłych, nie był dla mnie nowy. Jako student medycyny czytałem książkę poświęconą metabolizmowi, dzięki czemu znałem teoretyczny wymiar tego, co mieliśmy zamiar zrobić. Wiedziałem, na czym polega tzw. cykl Krebsa. Wiedziałem, że białko może przekształcać się w cukry, a tłuszcz w białko. Miałem też świadomość, że gdy będziemy żywić się wyłącznie mięsem, unikniemy śmierci z głodu. Białko niezbędne do przeżycia znajdowało się w ciałach naszych przyjaciół, ale nie miałem pozwolenia, by je tknąć. Naszą rozpaczliwą sytuację dodatkowo pogarszał fakt, że nie mogliśmy spytać ich o zdanie, bo już nie żyli.
I wtedy zaproponowałem, byśmy zawiązali pakt – każdy z nas mógł zadeklarować, że w przypadku jego śmierci pozostali będą mogli wykorzystać jego ciało. Oddaję siebie, tak by moje ramiona pomogły innym, moje nogi ułatwiły im chodzenie, moje mięśnie umożliwiły im poruszanie się, niezbędne do przeżycia.
Kiedy zdałem sobie sprawę, że mogę stać się rezerwuarem kluczowych dla przeżycia składników odżywczych dla kolegów, sytuacja zrobiła się prosta: wystarczyło odciąć kawałek i połknąć. Teraz już nic nie stało na przeszkodzie, byśmy wreszcie zrobili to, z czym zwlekaliśmy od dawna i na co wszyscy czekaliśmy. Miałem poczucie, że to ja muszę wypełnić ten obowiązek, wspólnie z Adolfem Strauchem i Gustavem Zerbiną. To był istny wyścig z czasem, a w tym konkretnym momencie czułem, że mogę biec na samym przedzie. Kierowała mną myśl, że dzisiaj albo jutro to ja stanę się tym, który nie będzie miał siły iść dalej, a wówczas będę istniał już jedynie w ciałach innych – zresztą niewiele brakowało, by w następstwie lawiny tak się to skończyło.
Wykonanie tego pierwszego kroku wymagało kolosalnego wysiłku, mimo że sprowadzało się to zaledwie do pokonania kilku metrów, żeby dotrzeć na tyły samolotu, gdzie na śniegu leżały zwłoki. Zdawałem sobie sprawę, że konsekwencje będą nieodwracalne i potem już nigdy nie będziemy takimi samymi ludźmi. Krok, na który się decydowaliśmy, miał wymiar trudny do objęcia rozumem. Najpierw należało ściągnąć ubrania z ciała człowieka, którego się znało. Potem trzeba było dokonać niewyobrażalnego – odciąć kawałek jego zamarzniętego ciała. Przypominało to skok w otchłań. To, czego doświadczaliśmy teraz, było jeszcze straszniejszą tragedią od katastrofy, ponieważ o tym, że samolot spadł, zadecydowały czynniki niezależne od nas, natomiast odcinanie mięsa z ciał zabitych było już naszym wyborem.
Czułem się w tamtej chwili jak najpodlejsza i najbardziej pożałowania godna istota na całym świecie. Przyłapywałem się na myśli, jakąż to okropną zbrodnię musiałem popełnić, skoro teraz za karę jestem skazany na tak krańcowe upodlenie. Ci, którzy przyglądali nam się z wnętrza kadłuba, też odczuwali dojmujący smutek. W tamtym strasznym momencie, gdy wkładaliśmy do ust mięso naszych przyjaciół, wszyscy cierpieliśmy. I z tego powodu wszyscy po trochu umarliśmy tamtego dnia.
Pablo Vierci, Śnieżne bractwo. Brutalne świadectwo przetrwania katastrofy lotniczej, tłum. Andrzej Goździkowski, JK Wydawnictwo, Łódź 2026, s. 17-23.
Materiał płatny Wydawnictwa JK/Feeria.