Trójmiasto i turystyka to niemal synonimy. Pojawiają się kolejne hotele, a ku rosnącemu niezadowoleniu mieszkańców, także apartamentowce, zwane inwestycyjnymi, które święcą pustkami przez większą część roku. Robi się też coraz bardziej międzynarodowo – gdańskie lotnisko pod względem ruchu pasażerskiego jest trzecim w skali kraju, jednym z kluczowych kierunków pozostaje Skandynawia. Po Londynie najwięcej pasażerów mają Oslo, Kopenhaga oraz Sztokholm.
Magnesy na widzów
Warunki dla wysokiej frekwencji w galeriach sztuki są więc sprzyjające. Muzea historyczne ze ściągnięciem gości nie mają specjalnego problemu. Przyjrzyjmy się sytuacji w Gdańsku: wystawę stałą Muzeum II Wojny Światowej w zeszłym roku zobaczyło ponad 620 tys. gości. Rok do roku zwiedzających przybyło blisko 50 tys. Od momentu otwarcia w 2017 r. to frekwencyjny rekord.
Wszystkie oddziały Muzeum Gdańska (MG) odwiedziło ponad 650 tys. gości. Muzeum zorganizowało chyba najgłośniejszą wystawę 2025 r. – mowa o ekspozycji „Nasi chłopcy”. Prawica dostała z jej powodu białej gorączki. W przyszłości ma powstać nowoczesna siedziba MG, które w jednym miejscu opowie ponad tysiącletnią historię miasta. Poza tym jest jeszcze Europejskie Centrum Solidarności, które również na brak gości narzekać nie może.
Problem zaczyna się w instytucjach poświęconych sztuce. Magnes na zwiedzających wyraźnie traci swoją moc, część z galerii wręcz świeci pustkami. W Trójmieście najważniejszą instytucją zajmującą się sztuką od lat pozostaje Muzeum Narodowe w Gdańsku (MNG). Dodajmy, że składa się na nie kilka oddziałów, niektóre z nich, jak Zielona Brama, są położone w świetnej lokalizacji.
Czytaj też: Rewolucja Brâncușiego. Namieszał w rzeźbie jak nikt. Wystarczył ptak, kobieta i ludzka głowa
Galeryjne pustki
Mimo to frekwencja w 2025 r. w MNG wyniosła nieco poniżej 200 tys. osób. Dla porównania Warszawa przez ten czas zanotowała wynik o ponad milion gości wyższy, a krakowskie Muzeum Narodowe nawet o dwa. To prawdziwa przepaść frekwencyjna. Nie będziemy analizować sytuacji w każdym z oddziałów MNG, wystarczy jeden. Zatrzymajmy się więc przy tzw. nowym muzeum, działającym jako Oddział Sztuki Nowoczesnej.
Otwarty kilka lat temu NOMUS zakończył ubiegły rok z wynikiem poniżej 10 tys. gości. Niestety nie po raz pierwszy w swej historii. Muzeum położone jest obok ECS, dystans wynosi ok. 200 m. Aż się prosi, żeby za jednym zamachem odwiedzić dwie instytucje, łącząc dzieje Solidarności ze sztuką współczesną. Jednak tylko jeden z obiektów przyciąga widzów. Powodem może być m.in. mała oferta wystaw.
Idźmy dalej. Gdańska Galeria Miejska działała dotąd w trzech lokalizacjach. Wszystkie położone były w Głównym Mieście, najbardziej turystycznym kawałku Gdańska. W całym 2025 r. GGM gościła w swych progach niecałe 13 tys. odwiedzających. Natomiast Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” posiadało dwa oddziały, wystawy zobaczyło tam niecałe 18 tys. osób. Co istotne, to dwukrotny wzrost rok do roku, odbicie od wyjątkowo słabego 2024 r.
Dlaczego czas przeszły? CSW i GGM zostały bowiem scalone w jeden organizm, znany jako Gdańskie Centrum Sztuki Współczesnej, w skrócie GCSW. Oficjalne rozpoczęcie działalności nastąpiło 8 kwietnia. Nie obyło się bez protestów lokalnego środowiska artystycznego, niewiele jednak zmieniły. Skończyła się decentralizacja – odtąd pięć przestrzeni funkcjonuje pod jednym szyldem oraz dyrekcją. Jednakże skok frekwencyjny stoi pod dużym znakiem zapytania.
Czytaj też: Tęcza wraca na plac Zbawiciela. Będzie afera? Politycy prawicy mogą zacierać ręce
Niewykorzystany potencjał
Z Gdańska przenieśmy się do Sopotu. Tamtejsza Państwowa Galeria Sztuki (PGS) pozostaje niewątpliwie jedną z najlepiej położonych przestrzeni sztuki w całym kraju. W sezonie – świadomie bądź nie – każdego dnia tysiące turystów mijają PGS w drodze na i z molo. Rzeka ludzi płynie przez kilka cieplejszych miesięcy roku. Przypadek analogiczny do MNG i Zielonej Bramy.
Czy można nie wykorzystać takiego potencjału? Dowodzą tego zaskakujące liczby. Frekwencja w 2025 r. wyniosła niecałe 36 tys. osób. Trochę wstyd, żeby przy tak znakomitym położeniu nie ściągnąć na wystawy przynajmniej 50 tys. gości. Obecna dyrekcja PGS nie ma tutaj powodów do dumy.
Natomiast w Gdyni problemu z frekwencją nie ma, bo nie ma żadnego publicznego muzeum sztuki... O tym brakującym elemencie w miejskiej tkance pisaliśmy w lutym przy okazji setnych urodzin miasta. Jest tylko prywatne Muzeum Stanisława Szukalskiego, które działa od jesieni 2025 r. Zbyt wcześnie, żeby analizować frekwencję w tym przypadku.
Przebojowy las
Sensacją zeszłorocznego sezonu w Trójmieście była instalacja „LeŚnia”. Las w gdańskim kościele przez niecałe dziesięć dni zobaczyło ponad 42 tys. osób. Oznacza to, że jedną instalację zobaczyło więcej gości niż łącznie wszystkie wystawy w CSW, GGM i NOMUS przez cały rok... Licząc oddziały, mówimy o sześciu różnych obiektach. Ba, jedna „LeŚnia” odnotowała więcej gości niż sopocki PGS w 12 miesięcy. Te liczby dla miejscowych galerii są po prostu druzgocące.
Problem z frekwencją jest bardzo wyraźny. Zbliża się kolejny sezon turystyczny. Nasuwa się pytanie, czy znowu będzie tak samo? Ludzi na miejscu przecież pod dostatkiem. Skoro muzea historyczne radzą sobie tak dobrze, to dlaczego instytucje poświęcone sztuce wypadają tak skromnie? Wydaje się, że głównym problemem jest tutaj program.
W Trójmieście regularnie brakuje wystaw, które są w stanie przyciągnąć większą liczbę widzów. Przede wszystkim zainteresować odbiorcę niemającego ze sztuką do czynienia na co dzień. Jednakże są wyjątki od reguły. Na przełomie 2022 i 2023 r. blisko 60 tys. gości ściągnęła wystawa Wojciecha Fangora w MNG. Mówimy przy tym o miesiącach poza sezonem. Krótko mówiąc, da się.
W tym przypadku potrzebne było głośne nazwisko i reklama. Zadziałało. Duże retrospektywy powojennych klasyków? Jest to zawsze jakiś pomysł, a już zwłaszcza na sezon. Jakimś tropem jest też na pewno pochodzenie turystów. Skoro tyle gości przylatuje (i przypływa) ze Skandynawii, to może warto rozważyć wystawy twórców właśnie z Danii, Norwegii i Szwecji? Są też zachodni sąsiedzi – Niemcy także chętnie odwiedzają Trójmiasto. Warto więc zrobić ukłon w stronę gości z zagranicy.
Przepisem na sukces frekwencyjny z pewnością nie jest nadmiernie hermetyczny program i śladowa liczba wystaw. Trzeba wyjść poza bańkę i otworzyć się na widza. Musi panować różnorodność programowa. Sytuacja w Trójmieście wygląda następująco: ludzie są, przestrzenie również. To już połowa sukcesu. Trzeba tylko ludzi do tych przestrzeni ściągnąć.