Film

Strach przed życiem. Recenzja „Nowych mutantów”

Kadr z filmu „Nowi mutanci” Kadr z filmu „Nowi mutanci” mat. pr.
W cieniu premiery „Teneta” Christophera Nolana na ekrany kin wrócili także superbohaterowie. Na razie w nieco skromniejszej niż zazwyczaj postaci „Nowych mutantów”.

Niczym występ podrzędnego coacha film rozpoczyna się monologiem o zwierzętach żyjących w człowieku: jedno reprezentuje to, co dobre, drugie – to, co złe. Odwoływanie się do tego wyświechtanego sloganu powinno być jakoś karane, nawet jeśli – jak w tym przypadku – wilki, o których zazwyczaj mowa, zostały zastąpione niedźwiedziami, a samą opowieść przypisano mitologii Czejenów.

Trzeba jednak przy okazji zauważyć, że ten dualizm udzielił się „Nowym mutantom”, w których splatają się najlepsze i najgorsze cechy filmów o superbohaterach. Złym niedźwiedziem byłyby w tym przypadku naskórkowa fabuła, szkicowe postaci, średniej jakości efekty specjalne i mało emocjonujący finał. Ale dobry niedźwiedź jest znacznie ciekawszy: reżyser i współscenarzysta Josh Boone przypomina bowiem, że komiksowe kino może bez kompleksów poruszać ważne tematy, choć tym razem w mikroskali.

Czytaj też: Superzłoczyńcy Marvela

Mutanci w okresie dojrzewania

W porównaniu z innymi produkcjami o superbohaterach „Nowi mutanci” robią wrażenie filmu kameralnego. Na ekranie pojawia się zaledwie kilkoro aktorów, zaś akcja rozgrywa się niemal wyłącznie w jednym miejscu: ponurym gmaszysku, ni to szpitalu psychiatrycznym, ni więzieniu, w którym przetrzymywana jest piątka młodych ludzi. To zresztą nie superbohaterowie, a jeśli już, to w procesie tworzenia: obdarzeni różnymi mutacjami są poddawani obserwacjom i badaniom do czasu, gdy nadzorująca ich dr Reyes (Alice Braga) zdecyduje o ich dalszych losach. Na pierwszy plan wychodzi Dani Moonstar (Blu Hunt), rdzenna Amerykanka, która nie jest świadoma, jakie moce daje jej mutacja. Przybycie dziewczyny do placówki sprawia, że reszta będzie musiała zmierzyć się ze swoimi podświadomymi lękami. Nie muszą ratować świata, zresztą pewnie by nie podołali, skoro ledwo potrafią walczyć o własne życie. To jedynie grupka nastolatków, przerażonych swoimi nadludzkimi możliwościami, czasem co najwyżej maskująca lęk pychą. Do zespołowego działania zmusza ich dopiero bezpośrednie zagrożenie.

Josh Boone – wcześniej znany jako twórca filmu „Gwiazd naszych wina”, a obecnie kończący pracę nad serialową adaptacją „Bastionu” Stephena Kinga – historię mutantów opowiada w konwencji filmu grozy. Umiejętnie gra klaustrofobiczną atmosferą, sprawnie stopniuje napięcie rosnące między bohaterami. W jego rękach fabuła staje się metaforą obaw i trosk związanych z dojrzewaniem, nawiązywaniem relacji, odpowiedzialnością za siebie i innych.

Superbohaterowie w kinie grozy

Opowieści o mutantach – fabuła rozgrywa się w tym samym uniwersum co produkcje o X-Menach – dobrze sprawdzały się jako odbicie podziałów społecznych, wykluczenia, rasizmu. Boone zmienia jednak perspektywę na bardziej intymną. Chwilami bywa to wręcz zbyt oczywiste, w scenariuszu nie ma miejsca na freudowskie aluzje: Roberto (Henry Zaga) dosłownie spala się, gdy za bardzo zbliży się do kobiety, Ilyana (Anya Taylor-Joy) ucieka w świat fantazji, by odreagować traumę wywołaną molestowaniem seksualnym w dzieciństwie, Rahne (Maisie Williams) zmaga się z poczuciem grzechu, narzuconym jej przez konserwatywne katolickie wychowanie, Sam (Charlie Heaton) okalecza się, gnębiony wyrzutami sumienia po tym, jak manifestacja jego mocy doprowadziła do śmierci jego ojca.

Film Boone’a zamyka dotychczasową serię filmów o mutantach, rozpoczętą 20 lat temu przez „X-Men” Bryana Singera. Trochę szkoda, bo dopiero w ostatnich latach tworzone w ramach tego uniwersum obrazy zaczęły wychodzić poza gatunkowe ramy. „X-Men” i kolejne sequele były z reguły solidnie zrealizowanymi widowiskami science fiction, opartymi głównie na charyzmie grających główne role aktorów (Hugh Jackman, Halle Berry, Ian McKellen, Patrick Stewart, potem dołączyli m.in. Michael Fassbender i James McAvoy). Z czasem jednak w ramach serii zaczęły pojawiać się coraz ciekawsze propozycje: „Logan: Wolverine” był grą ze schematami postapokaliptycznego westernu, serial „Legion” był psychodeliczną wędrówką w głąb jaźni głównego bohatera, „Deadpool” okazał się udaną parodią całego gatunku. „Nowi mutanci”, choć dalecy od doskonałości, udowodnili, że można opowieść o superbohaterach wpisać w ramy kina grozy. Film miał być zresztą początkiem nowego cyklu – rozpisanego wstępnie na trzy tytuły – lecz zdaniem reżysera po przejęciu katalogu 20th Century Fox przez studio Disneya to już plan nieaktualny.

Nowi mutanci (The New Mutants), reż. Josh Boone, prod. USA, 94 min

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Niezwykły film o Tonym Haliku

Nowy film przypomina postać Tony’ego Halika – polskiego podróżnika, honorowego „białego Indianina”, nieustraszonego reportera, który realizm magiczny uprawiał w życiu i pracy.

Aneta Kyzioł
18.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną