Recenzja filmu: „Taylor Swift: The Eras Tour”, reż. Sam Wrench
Zaczynała jako dziewczyna z gitarą grająca country, dziś jest nie tylko sławną piosenkarką, tekściarką i kompozytorką, ale też reżyserką i producentką.
Zaczynała jako dziewczyna z gitarą grająca country, dziś jest nie tylko sławną piosenkarką, tekściarką i kompozytorką, ale też reżyserką i producentką.
Schematyzmu ani stereotypowego ujęcia charakterystycznego dla kina historycznego prawicy tu nie ma.
Jest to fikcja polityczna rozgrywająca się w czasie hipotetycznych wyborów prezydenckich we współczesnej Polsce rządzonej przez silną partię konserwatywną.
Druga animacja malarska małżeńskiego duetu DK i Hugh Welchmanów zaskakuje o wiele bardziej niż „Twój Vincent”, i to na wielu poziomach.
Delikatny niczym poetycka strofa debiut fabularny Celine Song składa hołd uczuciu, które w naszej kulturze nazywamy romantycznym.
Realizowana przez siedem miesięcy produkcja, poświęcona współczesnej psychiatrii, przedstawia ten eksperyment jako odbicie „normalnej” rzeczywistości, pozwalające lepiej się przyjrzeć, kim jesteśmy my – ci „zdrowi”.
Autorka przebojowych „Moich córek krów” oraz m.in. „Zupy nic” przyzwyczaiła widzów do własnej wizji kina polegającej na umiejętności opowiadania o skrajnie trudnych sytuacjach – takich jak odchodzenie bliskich, trudy życia w PRL czy alkoholizm – w sposób lekki, niekiedy jaskrawo zabawowy.
Film akcji zainspirowany m.in. biografią Jerzego Kaczmarka – jednego z najsłynniejszych szpiegów dawnego bloku wschodniego.
Dzianowicz mówi o cenie udzielania pomocy, ale i o lęku wywołanym perspektywą dziedziczenia choroby. Bez prostych rozwiązań, happy endu.
To gorzki obraz, który tak długo będzie uwierał, dopóki czegoś dobrego w tej sprawie nie zrobimy. Dopóki szczerze nie porozmawiamy.
W Ameryce film „Sound of Freedom” zarobił w kinach więcej niż nowe odsłony przygód Indiany Jonesa i Ethana Hunta, zwracając koszty produkcji przeszło dziesięciokrotnie. I choć wszedł na ekrany z pięcioletnim poślizgiem (powstał w 2018 r.), wywołał polityczną burzę.
Żeby przybliżyć się do zrozumienia tego, co niepojęte, trzeba wyłuskać między słowami to, czego nie potrafią wyraźnie wyartykułować wszystkie strony dramatu.
Ostateczną ocenę podwyższa waga tematu, ale wybierając się do kina, proszę pamiętać, że to jeszcze nie jest ten film, na który bohater formatu Pileckiego zasłużył.
„Bez litości” to nie jest kino, po którym widzowie powinni oczekiwać fabularnych zaskoczeń. Tu liczy się sprawnie poprowadzona akcja, charyzmatyczny odtwórca głównej roli i wyraziste postaci drugiego planu.
Znakomici aktorzy zdołali wydobyć ze sztampowej fabuły sporo gorzkiej prawdy o życiu.
Tragiczny zgon celebryty to dla plotkarskich serwisów internetowych idealna okazja do zarobku: nie liczy się etyka, lecz kliki.
Dziewczynka z wielodzietnej rodziny trafia pod tymczasową opiekę dalekich krewnych, których nigdy nie widziała – w swoim reżyserskim debiucie Colm Bairéad sięga po narracyjny schemat starszy nawet niż „Ania z Zielonego Wzgórza”. Ale zamienia go w jeden z najbardziej poruszających filmów ostatnich lat, opowieść, w której piękno i smutek cały czas idą ze sobą w parze.
„Przymierze” to kino wojenne w wydaniu kameralnym i niskobudżetowym.
Pozbawione większych ambicji kino akcji, oparte na łatwych do przewidzenia schematach.
Reżyserka humanizuje madame du Barry, próbuje się skupić na jej odwadze, inteligencji, woli walki o majątek, ale z jakichś powodów jej ambicje sprawowania władzy zostają przemilczane.