„Love is Blind” to rozwinięcie klasycznego konceptu „randki w ciemno”, na znacznie większą skalę. Format przyszedł z Ameryki, gdzie zadebiutował w 2020 r. Doczekał się licznych wersji lokalnych – w Europie (m.in. Wielka Brytania, Szwecja, Francja, Niemcy), Japonii, Brazylii, Argentynie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i południowej Afryce. Wszystkie są dostępne na platformie Netflix, co pozwala przyjrzeć się obyczajom na całym świecie. A przynajmniej sposobowi, w jaki o miłości i małżeństwie opowiada się w programie telewizyjnym. Ciekawe, czy uczestnicy polskiej wersji (obecnie na pierwszym miejscu oglądalności w kraju) mieli świadomość, że w zasadzie zostali ambasadorami.
Czytaj też: Gorączka „Love Never Lies”. Dlaczego tak trudno się oprzeć programom o związkach?
Miłość jest ślepa, głucha pewnie też
Na plakacie – niezwykle zadbany mężczyzna (wygląda, jakby mieszkał u barbera) i emanująca atrakcyjnością kobieta. To prowadzące program małżeństwo Wronów, on – sportowiec, ona – aktorka. Występują więc jako eksperci – dopytywani przez uczestników opowiadają o swoim gorącym uczuciu i ślubie zawartym po ośmiu miesiącach znajomości. Małżeństwem są od lat siedmiu, mają dwójkę dzieci, świecą przykładem, dają nadzieję, wręcz obietnicę – też tak możecie, jeśli weźmiecie udział w naszym „eksperymencie społecznym”.
W jednej zagródce – panie. W drugiej – panowie. Między nimi ściana, nie widzą się, ale słyszą na randkach w specjalnych kapsułach-garsonierach. Panuje atmosfera rozprężenia, czemu sprzyjają wygodne kanapy i kieliszki w dłoniach. Jakby ktoś nakręcił tinderowego czata, rozpoznanie rozmową, żartem, no i głosem. Miłość jest ślepa, i głucha pewnie też: erotyczny pomruk zagłusza sedno komunikatu; medium jest masażem.
Spotkania uczestników mają zakończyć się zaręczynami i dopiero wtedy się zobaczą. Później, zgodnie z konwencją reality show, egzotyczna wycieczka, a po niej – miast tradycyjnych trzech lat narzeczeństwa – trzy tygodnie przyspieszonego wspólnego życia. I decyzja podjęta przed urzędnikiem stanu cywilnego – tak czy nie? Na każdym etapie – dramaty. Oto do panny ustawiła się kolejka kawalerów; ktoś kogoś potraktował jak bezpieczną opcję; ktoś zdradził, ktoś oszukał, ktoś się okazał niemożliwy w pożyciu.
Czytaj też: Oraz że cię nie wyłączę. Jak reality shows odżyły na streamingu
Historia małżeńska
Gdy w 1999 r. po ośmiu latach od premiery ukazało się polskie tłumaczenie książki Douglasa Couplanda „Pokolenie X”, miałem za sobą dwie dekady katolickiego wychowania. Połowę życia spędziłem w PRL, połowę w „przyspieszonej kulturze” transformacji, gdy bombardowały nas obrazki z amerykańskich filmów i seriali, obyczaje zupełnie nieprzystające do życia, do którego nas przygotowywano. Otwierający „Pokolenie X” komiksowy obrazek przedstawiał młodą kobietę z filiżanką kawy, mówiącą: „Nie martw się, mamo… jeśli małżeństwo się nie uda, zawsze możemy się rozwieść”. Od trzech lat polscy widzowie śledzili perypetie serialowych „Przyjaciół”, więc lekceważenie świętej instytucji znad kawy nie robiło już takiego wrażenia.
Polskie pokolenie X stało w rozkroku między tradycją i „amerykanizacją” – albo brało ślub zaraz po skończeniu edukacji, albo trwało w wieloletniej kohabitacji, na końcu której czekało małżeństwo lub rozstanie. Paradoksalnie waga małżeństwa wzrosła; ślubu nie brało się, „bo tak wypada” i żeby uspokoić zatrwożoną „cudzołóstwem” rodzinę, ale po dokładnym sprawdzeniu, dotarciu i przetestowaniu wspólnego życia.
Najbardziej poszkodowani zmianami obyczajowymi okazali się księża katoliccy wygłaszający kazanie w czasie uroczyści. Kiedyś służyli młodym małżonkom dobrymi radami dotyczącymi nadchodzącego wspólnego życia, ale co mogli powiedzieć parze, która spędziła ze sobą dekadę i wszystkie największe spory ma za sobą? W tym sensie formuła programu jest powrotem do przeszłości – szybka miłość i szybka decyzja, bo „już Cyganie czekają z muzyką”.
Czytaj też: Streaming bardziej telewizyjny. Obok seriali rządzą dziś sport i reality shows
Polska miłość, polska trauma
„Smaczna jak bułka tarta / Słucha Mozarta i kocha róż / Mówią miłość jest ślepa / A ty za dużo widziałeś już” – podśpiewywałem sobie piosenkę Sanah, gdy tylko zobaczyłem plakat programu. Okazało się, że twórcy mieli to samo skojarzenie i hit towarzyszy napisom końcowym (a jego angielska wersja pojawia się jako muzyka ilustracyjna w trakcie). Jest coś interesującego w tym doborze; to bardzo ironiczna i pełna humoru piosenka, która miłość traktuje z dystansem. Ale nie powinno to dziwić w kraju, w którym na weselach grało się „Windą do nieba”, lament nieszczęśliwej kobiety, dla której małżeństwo z rozsądku oznacza porzucenie marzeń o prawdziwej miłości. Ale może właśnie obscenicznie mówiło prawdę o instytucji małżeństwa.
Sanah śpiewa więc o miłości, która wygląda jak traumatyczne przeżycie, a na ekranie uczestniczy dzielą się prawdziwymi traumami. Kto sądzi, że wydawcy specjalnie tak dobrali występujących w programie dla podkręcenia emocji, ten powinien zapoznać się z wpisem fundacji Dajemy dzieciom siłę, która zwróciła uwagę na opowieści „o trudnej sytuacji w domu rodzinnym, zaniedbaniu emocjonalnym, braku wsparcia w dorosłych, potrzebie, by »szybko dorosnąć« ze względu na warunki panujące w rodzinie”, przypominając, że 79 proc. dzieci choć raz w życiu doświadczyło przemocy i zaniedbania. „Mamy nadzieję, że historie uczestników zostawią ich samych i widzów ze świadomością, jak ważne jest bezpieczne domowe środowisko, a doświadczenie przemocy i zaniedbania zostaje z człowiekiem na całe życie” – konkluduje fundacja we wpisie.
Miłość dla każdego
Polska edycja jest więc bardziej kinem moralnego niepokoju niż komedią romantyczną, rodzajem narodowego oczyszczenia – i ilustracją, że samo mówienie o problemach nie wystarczy, zwłaszcza kiedy ktoś nauczył się języka terapeutycznego, żeby lepiej kłamać i manipulować. Wywlekanie na wierzch prawdziwych emocji kojarzy się z eksploatacją znaną ze śmieciowej telewizji Jerry’ego Springera, chociaż forma (medium jest masażem!) jest zupełnie inna – wszystko jest przepiękne, eleganckie, wysmakowane – i tylko wulgarna weselna piosenka przypomina, że wciąż jesteśmy w Polsce.
No właśnie. Polska wersja „Love is Blind” pojawiła się w momencie, kiedy dużo myślimy o tym, kto ma prawo do miłości i małżeństwa. Można sparafrazować słynne powiedzenie Williama Gibsona („Przyszłość już jest, tylko nierównomiernie rozłożona”) – kiedy dla jednych małżeństwo jest czymś, co można pokazać w telewizji albo dostać niemalże hurtowo (nawet w wydaniu kościelnym!), innym się go wciąż odmawia. Sadystyczne harce rządzących, odmawiających nawet takiego minimum poszanowania prawa i godności ludzkiej jak transkrypcja małżeństw zawartych za granicą przez pary homoseksualne, dziwnie wygląda na tle rozbisurmanienia par heteroseksualnych. Kiedy jedni biorą prawdziwy ślub w telewizji, drugim pozostaje jedynie odegrać ceremonię na deskach teatru.