Recenzja płyty: Współgłosy/Marcel Baliński, „Współgłosy”
Towarzyszący Balińskiemu chór to uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej „Frajda”. I sporo tej (dość zaraźliwej) frajdy w tym materiale słychać.
Towarzyszący Balińskiemu chór to uczestnicy Warsztatów Terapii Zajęciowej „Frajda”. I sporo tej (dość zaraźliwej) frajdy w tym materiale słychać.
Wyszła krótka i zwarta koncepcyjna płyta, a przy okazji – zapewne jeden z najciekawszych audiobooków, jakie można będzie w tym roku usłyszeć.
Rwie się to momentami jako całość, ale działa na emocje i dopisze się do długiej już listy zwycięstw w dyskografii autora.
To nie jest nowy pomost międzykulturowy, ale solidne przypomnienie tego już dawno istniejącego.
Irlandzcy Fontaines D.C. świetni byli już na debiucie.
Amerykańska artystka – ciągle zawieszona między jazzem a soulem – na kolejnej płycie dla wytwórni Blue Note stworzyła coś jeszcze bardziej ambitnego.
13 krótkich, zwartych, mocnych i melodyjnych kompozycji to rzecz najbliższa korzeniom twórczości White’a.
„Ja, kapitan” jest opowieścią, w której wsparcie, miłość, bezinteresowna pomoc, okazują się silniejsze niż przemoc i chciwość.
„Žaltys” jest podróżą sentymentalną, przywołującą wspomnienia z dzieciństwa, kiedy gitarzysta i kompozytor jeździł na Suwalszczyznę.
„WAWA” jest bardziej kuratorskim przedsięwzięciem Brodki, ułożonym w inteligentnie wymyślony program koncertu poświęconego miastu.
Zaledwie kilka miesięcy temu Donald Glover wypuścił „Atavista”, nową i dopracowaną wersję swojego pandemicznego albumu, a już przygotował kolejną płytę, zapowiadaną jako soundtrack do reżyserskiego debiutu artysty.
Jest to pierwsza płyta Mateusza Smoczyńskiego dla Warnera, na której występuje jako skrzypek i kompozytor.
Minęło 21 lat od śmierci „człowieka w czerni”, ale jego dyskografia poszerza się w takim tempie, że nietrudno znaleźć ironiczne komentarze w rodzaju „jakie to szczęście, że ciągle go mamy”.
Fantastyczna fuzja brzmieniowej lekkości.
Jej muzyka w sposób zupełnie dosłowny nie widzi granic – kojarzy się z przestrzenią natury, niczym nieograniczoną.
Od pół wieku świat nie bardzo interesuje się naszą sceną pop, do rockowej podchodzi z dystansem, polskiego rapu zapewne nie rozumie, za to jazz traktuje jako pewną markę.
Każdy z muzyków pokazuje, co umie najlepiej, a nad wszystkim góruje niepowtarzalne chropawe brzmienie trąbki lidera.
Sanah próbuje spinać ton gwary młodzieżowej i wpływ starej miłosnej liryki.
Cała płyta jest jak podróż po nastrojach, tematach i różnych historycznych doświadczeniach.
Przesłanie domagające się radykalnego zwrotu cywilizacyjnego rozwoju przekazane jest w muzycznej estetyce pogodnej i tanecznej, jak na lato.