Recenzja płyty: R.U.T.A., "Na vschod. Wolność albo śmierć"
Wreszcie mogę napisać o moich ulubionych ostatnio polskich muzykach per chamy – i może to zostać przyjęte jak komplement.
Wreszcie mogę napisać o moich ulubionych ostatnio polskich muzykach per chamy – i może to zostać przyjęte jak komplement.
Niezwykła gratka dla miłośników bluesa i rocka. Materiał tu zapisany krążył wcześniej na bootlegach, ale...
Podwójna, dwupłytowa dawka doskonałej muzyki. Do tego liczna grupa występujących gościnnie muzyków.
Miłośnikom niezbyt brutalnego metalu płyta może przynieść kilka miłych chwil.
L.A. Guns kazali swym fanom czekać aż siedem lat na nową studyjną płytę, ale ich miłośnicy nie będą zawiedzeni.
Najmodniejsza płyta wakacji już jest.
Przeszkadza jedynie sterylność dźwiękowa tego koncertu, wyjęcie muzyki z kontekstu i usunięcie naturalnego dialogu z publicznością.
Mamy do czynienia z bardzo przyzwoitymi, oryginalnymi i zróżnicowanymi kompozycjami.
Niezbyt nowoczesne i niezbyt łatwe w odbiorze jambandowe, rockowe granie, sięgające tradycji Grateful Dead i Allman Brothers.
Płyta zadowoli raczej miłośników XX-wiecznej, przyciężkiej koncepcji wykonywania Beethovena, których wciąż jest niemało.
Nawet te odrzucone materiały Niemców mogą śmiało rywalizować z najbardziej ambitnymi dokonaniami Wyspiarzy z Pink Floyd.
Ircha łączy wątki i motywy ormiańskie, bałkańskie i takie, które kojarzą się z dawnymi, wzajemnymi inspiracjami kultury żydowskiej i polskiej.
Wszystkich nieco rozczarowanych płytą Royal Southern Brotherhood czym prędzej odsyłam do najnowszego wydawnictwa innego, też w pewnym sensie superzespołu – Tedeschi Trucks Band.
Muzyka jest wypadkową zainteresowań poszczególnych członków zespołu. Mamy tu więc i bluesa, i rocka, i nawet santanopodobne kołysanie.
Zespół odważnie ujawnia kompletny brak poczucia obciachu.
Zdaje się, że Andrzej Krzywy przypomniał sobie, że kiedyś grał i śpiewał reggae w zespole Daab, i dlatego teraz jego De Mono postanowiło wydać płytę ze starymi polskimi przebojami przerobionymi na kawałki reggae i ska.
Muzyka do wielokrotnego smakowania i odkrywania piękna dźwięków jakże odległych od tego, co na listach przebojów umieszczają fabryki hitów na czasie.
Bardzo porządna i mało nowoczesna rockowa płyta, eksponująca gitarę i wokal Walsha.
Wszystko wskazuje na to, że w tych klimatach Mika odnajduje się najlepiej. I oby tak dalej.
Nie jest to płyta najważniejsza w jego dorobku, ale udana i silnie naznaczona autorskim piętnem.