Święto życia
Stanisław Łubieński dla „Polityki”: Gdziekolwiek się spojrzy, jest coś do obserwowania
JUSTYNA SOBOLEWSKA: – Podczas wręczania Paszportu POLITYKI przeczytał pan apel w obronie świergotka syberyjskiego, o którego istnieniu wielu z nas dowiedziało się dopiero wtedy.
STANISŁAW ŁUBIEŃSKI: – Nie spodziewałem się, że dostanę nagrodę, ale na wszelki wypadek byłem przygotowany. Chciałem, żeby była wspomniana Ukraina i ochrona przyrody. Tak się złożyło, że moi znajomi zobaczyli nad Wisłą świergotka. I nawet nie wiedzieli, że patrzą na tego syberyjskiego, a okazało, że to właśnie on siedział pod Mostem Południowym. Ma poza tym ładną nazwę, ale nie jest zachwycająco kolorowy, taki po prostu szarobury ptaszek z długim ogonem. O takich ptakach się rzadziej dowiadujemy niż o tych wielkich, drapieżnych czy jaskrawokolorowych. Wszystkie książki dla dzieci o przyrodzie są pełne jakichś papug.
Tylko wróbel zawsze miał powszechną sympatię. A jaka jest dziś sytuacja wróbli w mieście?
Wróbel się waha. To jest w naturze wróbla, że co jakiś czas ma kryzysy powodowane przez zmiany, które wywołują ludzie. I kryzys wróbla można zauważyć we wszystkich miastach Europy. No, ale wszyscy się nim przejmują, bo wróbel to jest jakiś symbol też miasta, mieszka zawsze przy ludziach. Więc mamy żywy do niego stosunek. Miasto bywa niestety pułapką, bo w czasie remontu budynków znikają te wszystkie dziury pod parapetami i wtedy wróbel już nie ma gdzie mieszkać, a jego kłopot jest taki, że on nie jest elastyczny.
Pańska książka jest podstępna. Spodziewamy się, że będzie o drzewach, ptakach, ale kiedy dochodzimy do rozdziału o psie Fuksie, to wzruszenie chwyta za gardło. A potem jest jeszcze poruszający fragment o śmierci taty. Tak to pan zaplanował?
Wiedziałem, że zanim ją skończę pisać, Fuksa już pewnie nie będzie. Więc chciałem taki mu pomnik wystawić. I wiedziałem, że to jest wspólne doświadczenie wielu ludzi, którzy mieli psy. Mierzymy się z tym odchodzeniem w takim strasznie przyspieszonym tempie. Muszę powiedzieć, że ku swojemu zdziwieniu sam się rozklejam za każdym razem, kiedy czytam ten kawałek o jego śmierci. O ojcu to jest bardziej zdystansowany fragment, może dlatego, że relacja z człowiekiem składa się z wielu niuansów. Miałem dużo wątpliwości, poczucie, że nie wiem, czy ja się chcę tak odsłaniać. Ta książka niby jest o przyrodzie, ale tak naprawdę jest moim podsumowaniem tego, co mnie spotkało na tym etapie życia. To był też test dla mojego pisania, jak ja sobie poradzę z pisaniem prosto z serca, o bardzo trudnych doświadczeniach.
Całość okazuje się też hołdem dla eseistyki historycznej pańskiego taty Tomasza Łubieńskiego, autora np. „Bić się czy nie bić”. Trafia pan na przykład w miejsce, gdzie pański przodek walczył z Moskalami.
Tak, pamiętam, że ja mu nawet mówiłem, że chcę napisać o tym, że ten Tomasz Łubieński, jego imiennik, prawie się utopił i że z walczył z Moskalami w Zakolu Wawerskim. Zapytał mnie: „A co czytasz, żeby się dowiedzieć czegoś o tej bitwie?”. Jak odpowiedziałem, to uznał, że to niedobre, że powinienem czytać coś zupełnie innego. Jak to on, krytycznie podszedł do moich wyborów. Ale ja jestem wielkim fanem pisania mojego ojca. Życzyłbym sobie, żeby to przetrwało. Po śmierci mojego taty urodziła się jego ostatnia książka, czyli tom „Ulica Mazowiecka”. Tam znalazły się wiersze z różnych lat, takie też dosyć młodzieńcze, ale i już ostatnie, w których widzimy świadomość odchodzenia. Niezwykle ciekawe doświadczenie, ta nieoczekiwana rozmowa z ojcem już po jego śmierci. Bardzo to było dla mnie przejmujące. Również te wiersze górskie, taternickie, gdzie tak mocno czułem, jak się zmienił, jaką długą drogę przeszedł, bardzo mnie wzruszyły. Więc w tym ostatnim fragmencie postanowiłem w jakiś sposób imitować jego rytm pisania, tej poezji. Mam nadzieję, że to przeczytał, gdziekolwiek teraz jest.
Jeden z rozdziałów zaczyna pan: „Byłem wtedy zakochany”.
Dla takich chwil się żyje, jakieś 10 lat temu miałem ten ekstatyczny czas, dałem się porwać. Wtedy byłem zakochany i taki entuzjastyczny, otwarty na przygody, więc kiedy kolega powiedział, że jest takie dziwne miejsce, bardzo dzikie, i żebym ja z nim tam pojechał, no to ja z radością się zgodziłem. Taka rozrzutność, która się czasami człowiekowi przydarza, jest fajna. Dobrze mnie los pokierował.
Pisze pan o tym, że przyroda jest zawsze i wszędzie. Nawet tam, gdzie się jej nie spodziewamy. Nawet brudna kupa śniegu może przynieść nam odkrycia?
Gdziekolwiek się spojrzy, to jest coś do obserwowania, coś, co rodzi pytania. To może być ta kupa śniegu, którą rzeczywiście postanowiłem ułożyć na podkładzie agarowym, żeby zobaczyć, jakie grzyby wyrosną ze śniegu sprzed mojej klatki schodowej. Nie spodziewałem się, że wyrosną takie piękne księżycowe krajobrazy. Zazwyczaj przyjmuje się, że przyroda w mieście jest jednak niezbyt ciekawa i że dopiero jak pojedziemy do domku nad Bugiem albo do jakiejś puszczy, to wreszcie zaznamy przyrody. To nie jest do końca prawda. Przyroda jest wszędzie. Jak prowadzę spacery w mieście, to miejscem startu jest często przystanek. Mam teraz taką ambicję, żeby tam spędzać przynajmniej pół godziny i szukać czegokolwiek. Co rośnie w miejscach, gdzie słupy, które podpierają przystanek, zagłębiają się w ziemię i ze szpary wyrasta jakaś trawka? Co to za trawka? Chcę pokazać, że to nie są żadne wielkie mecyje, to szukanie przyrody, i że nie trzeba się nastrajać i ubierać w odpowiedni strój, tylko obserwację przyrody można uprawiać naprawdę wszędzie, w każdej sytuacji.
Jakaś dziewczynka skomentowała: „Ten pan rzyga”, a pan badał porosty pod Pałacem Kultury?
Ktoś przyklejony nosem do ściany Pałacu Kultury wygląda raczej, że jest pod wpływem narkotyków, a nie że bada przyrodę. A ja tam obserwowałem taką roślinę, która się nazywa karmnik rozesłany. Należy do rodziny goździkowatych, ma takie bardzo małe kwiatuszki, ale to wszystko widać pod lupą, bo to jest naprawdę mikroskopijne. To też jest mój sojusznik na spacerach, bo ta roślina wyrasta w bardzo niewdzięcznych miejscach. Zabrałem kępkę karmnika, oglądałem w dużym powiększeniu i zobaczyłem, że wyrastają tam palemki mchów, pomiędzy którymi łażą roztocza, które wyglądają jak jakieś nosorożce. Mikrodżungla.
Czy ma pan poczucie, że zainteresowanie takimi mikrowyprawami i spacerami przyrodniczymi rośnie?
To jest ewidentne. Na pewno takich spacerów kiedyś nie było tak wiele. Teraz jest ich dużo i zawsze są na nie chętni. Myślę, że to wynika z tego, że chcemy wiedzieć więcej o świecie, ale niekoniecznie z internetu, tylko w kontakcie z drugim człowiekiem. Ja myślę, że ten głód wiedzy o przyrodzie jest ważny w świecie, z którego naprawdę już niewiele rozumiemy. A tu nagle trafiamy do tego świata, w którym wszystko, co żyje, ma do opowiedzenia swoją historię. Nie tylko tutaj, w tym mieście. Moja książka może się wydawać warszawocentryczna, ale mam nadzieję, że motywuje do podobnych poszukiwań wszędzie tam, gdzie mieszkają ludzie. Stare drzewa, otoczone przez budynki enklawy zieleni, porzucone place budów są przecież wszędzie.
Wydaje się, że Warszawa od pewnego czasu stawia na zieleń dziką. Widzi pan zmiany w podejściu do zieleni w mieście?
Nie wszystko jest idealnie, ale zmiany, które się dokonały na przestrzeni dość krótkiego czasu w podejściu do zieleni miejskiej, są kolosalne. I dowartościowanie tej spontanicznej zieleni jest ewidentne. Podoba mi się niepedantyczne podejście do tych łączek, które wprowadza się coraz śmielej. I w ogóle zwrot w kierunku tego, żeby jednak doceniać to, co jest, tę zastaną przyrodę. Ciekaw jestem, czy dożyjemy takiego momentu, że się pozwoli wyrastać drzewom spontanicznie w przestrzeni miejskiej. Przecież topole wysiewają się wszędzie i samosiejki są najlepiej przystosowane do wzrostu w zastanych warunkach, uczą się ich, dojrzewają w nich od nasionka. Na razie wszystko jest pod kontrolą. To zieleń, która jest oficjalna, ostemplowana, ma papiery i przepustki, ona nie jest przypadkowa. Wszystko, co tak na dzikusa wyrasta, to nadal jest podejrzane.
Takim miejscem, gdzie drzewa rosną dziko, są cmentarze?
Niekoniecznie, chyba że takie zapuszczone. Dlatego uwielbiam cmentarz żydowski w Warszawie. Zwykle jednak zieleń podlega kontroli, obserwuję sąsiedztwo bliskich mi grobów i tam jest dużo łysiej, niż było. Często drzewa usuwa się zupełnie bezmyślnie, bo ludzie narzekają, że liście spadają na płyty nagrobne. Dla mnie obraz tego, że te drzewa sięgają korzeniami gdzieś tam, do tych pochowanych ludzi, jest poruszający. Jest taki przepiękny żydowski cmentarz w Cieszynie, który jest bardzo zarośnięty. Widziałem jedyny raz w moim życiu taką sytuację, że macewy zostały otoczone przez pnie drzew i część płyt jest do połowy pochłonięta przez drzewa. No i trudno mi sobie wyobrazić bardziej przejmujący obraz tego, jak może wyglądać pamięć. To jest taki żywy pomnik. Macewa jest tak stara, że naprawdę potężny dąb, który wyrósł później, musiał się przystosować, musiał sobie znajdować miejsce, musiał ją wchłonąć, no bo ona już tam stała.
Doświadczenie Warszawy to doświadczenie braku przeszłości. To miasto uczy myślenia o tym, czego nie widać?
No tak, na pewno, bo nieustająco uświadamiasz sobie, że przecież wszystko tu jest dosyć nowe. Czy to nie symboliczne, że najstarszy pomnik historii w Warszawie to drzewo, a nie budynek? Zawsze możesz też się cofać o kolejne dekady, wieki i tak dalej i dokopywać się do dalszych pokładów. Ja życzyłbym mojej książce, żeby miała właśnie takie drugie życie, żeby prowokowała podobną refleksję w innych miejscach i żeby doceniać to, co tam żyje i rośnie. Wiele miast po prostu, bez żalu i bez sentymentu, pozbawia się starych drzew. Pod błahym pretekstem – bo jest jakaś inwestycja, są pieniądze do wydania. Krajobraz polski jest okaleczany tymi wycinkami, niestety.
Z pańskiej książki wynika też, że wszystko jest połączone: miasto, przyroda, życie i pisanie. W dodatku te nazwy ze świata przyrodniczego to czysta literatura.
Tak się u nas zawsze narzekało, że opisy przyrody nieciekawe i tylko spowalniają akcję. Stały się synonimem nudziarstwa, a Elizą Orzeszkową straszy się dzieci po prostu. A ja to zawsze bardzo lubiłem. Mgły nad tym Dnieprem u Sienkiewicza, te lasy, stepy, to dla mnie było właśnie fajne. My jednak nie mieliśmy tej tradycji pisania o przyrodzie, zawsze to był margines, pogranicze literatury. Ale znajdziemy go sporo u Jarosława Iwaszkiewicza czy u Kornela Filipowicza, który powinien być bardziej znany. Język przyrodniczy potrafi być literacki – Kapuściński nie jest najbardziej znany ze swoich wierszy, jednak je pisał i zrobił wiersz z opisu pliszki górskiej. Rozbił opis na wersy i wyszło bardzo poetycko.
Zaczęliśmy od ptaków i skończymy na ptakach: fenomen naśladowców ptaków to coś niesłychanego, prawda?
Naśladowcy ptaków zawsze byli, ale fenomen mistrzostw w naśladowaniu ptaków nas zaskoczył. Organizujemy je z barem Studio i z Towarzystwem Krajoznawczym „Krajobraz”. Do pierwszej edycji podeszliśmy tak, że jacyś znajomi pewnie przyjdą i że będzie wesoło. No i okazało się, że nagle siedzi pod sceną kilkaset osób, że ludzie się zgłosili na te mistrzostwa, trenowali i zaprezentowali bardzo wysoki poziom. A potem zrobiliśmy drugą edycję, na którą przyszły nie setki, ale tysiące. Mało jest takich akcji, które ludzi łączą wokół przyrody, a to jest czysta radość. 11 września zapraszamy na kolejne mistrzostwa.
A słowik na „patelni”, czyli u wylotu Metra Centrum, to tak na stałe?
Jest co roku, od maja trzeba nasłuchiwać. To jest perła przyrodnicza centrum Warszawy. I zawsze lubię obserwować reakcje ludzi, którzy słyszą tego słowika i przystają, a potem idą dalej z takim poczuciem, że ktoś sobie z nich zażartował. Bo to niemożliwe i te trele muszą z głośników lecieć. I zdarzyło mi się na oficjalnym spacerze przyrodniczym czekać na tego słowika strasznie długo. Aż w końcu się odezwał. To mnie w słowiku trochę drażni: on musi mieć scenę tylko dla siebie, śpiewa najchętniej w nocy, kiedy inne ptaki cichną. I tak się upaja tym swoim śpiewaniem. Teraz go antropomorfizuję niesłusznie, ale bawi mnie ta wizja, że on właśnie jest takim egotykiem. I dlatego jakoś zawsze staram się docenić kosa, który śpiewa wieczorem, przynajmniej równie pięknie, kiedy jeszcze śpiewają inne ptaki.
Co pan teraz planuje?
Staram się codziennie gdzieś chodzić w przyrodę, żeby już wprowadzić się w ten stan pobudzenia, bo zaraz wiosna i tyle się będzie działo! I nie chcę mieć żadnych spotkań autorskich między kwietniem a czerwcem, chcę maksymalnie wykorzystać to święto życia. Rezerwuję sobie ten czas na przyrodę.
ROZMAWIAŁA JUSTYNA SOBOLEWSKA
***
Stanisław Łubieński (ur. 1983 r.) – kulturoznawca, ukrainista, z zamiłowania przyrodnik. Autor książek: „Pirat stepowy” (Czarne 2012), „Dwanaście srok za ogon” (Czarne 2016), „Książka o śmieciach” (Wydawnictwo Agora 2020). Jest prezesem zarządu Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. Za książkę „Drugie życie Czarnego Kota” (Agora) otrzymał Paszport POLITYKI.
***
Rozmowy z laureatami Paszportów POLITYKI w każdą środę o godz. 11.40 w „Kulturze Osobistej” w TOK FM, na tokfm.pl i w aplikacji mobilnej.
***
Partnerem kategorii KSIĄŻKA jest miasto Sopot