Wstydzimy się ginekologa. Zwłaszcza zetki badają się rzadko. „To jest nasza wielka klęska”
Niecałe 52 proc. uczestniczek badania „Polka u ginekologa” zadeklarowało, że odwiedziło swojego lekarza w ciągu ostatniego roku. To o ok. 7 proc. mniej niż rok temu. Częściej niż rok wcześniej kobiety deklarują, że ostatnia wizyta miała miejsce rok–dwa lata temu (20,8 proc. wobec 13,8 proc. w 2024). Ponad 7 proc. kobiet badało się ostatnio ponad pięć lat temu, a 5,3 proc. nie pamięta, kiedy ostatnio odwiedziło ginekologa.
Dlaczego tak się dzieje? – Duży spadek nastąpił, kiedy wybuchła pandemia. Bardziej od tego, że zachorujemy na nowotwór, bałyśmy się covidu – tłumaczy Ida Karpińska, prezeska ogólnopolskiej organizacji Kwiat Kobiecości, działającej na rzecz zwiększenia świadomości zdrowotnej Polek. Zmieniły się nasze przyzwyczajenia, a systemowa profilaktyka w Polsce znalazła się w głębokim kryzysie. Jak zauważa prof. Violetta Skrzypulec-Plinta, ginekolożka i endokrynolożka: – Po pierwsze, ze szkół niemal zniknęła stała opieka higienistek. Kiedyś były one na miejscu, stanowiąc pierwsze koło ratunkowe: pomagały przy bólach miesiączkowych i uczyły nastolatki podstaw higieny intymnej, której dziś nie wynoszą z domu. Po drugie, marginalizacji uległa profilaktyka w zakładach pracy. Choć badania jak cytologia czy mammografia są dostępne, przestały być elementem kultury zdrowotnej pracowników. Państwo przerzuciło całą odpowiedzialność na kobietę, a w efekcie statystyki zgłaszalności na badania przesiewowe są alarmująco niskie.
Najbardziej boją się najmłodsze
To, co w ostatnich latach się nie zmieniło, to sposób, w jaki różne pokolenia kobiet podchodzą do swojego zdrowia. Te najmłodsze, pokolenie Z, czyli osoby urodzone w latach 1995–2012, są dość regularne. W 2025 r. 57 proc. z nich było u ginekologa, a 15 proc. rok–dwa lata temu. Ale wśród zetek rośnie odsetek kobiet, które nigdy nie odwiedziły ginekologa w publicznym systemie ochrony zdrowia. Dlaczego? Najczęściej z powodu niskiej jakości obsługi i braku komfortu (42 proc.), zbyt długich terminów oczekiwania oraz większej elastyczności wizyt prywatnych. Młode kobiety chcą mieć możliwość wyboru terminu, specjalisty oraz – co dla nich bardzo istotne – płci lekarza. Aż 25 proc. zetek przyznaje, że „zdecydowanie” boi się wizyty u ginekologa, a jeśli doliczyć odpowiedzi „raczej tak”, okazuje się, że obawy ma co druga Polka do 30. roku życia. W pozostałych grupach poziom wstydu jest niższy.
Ta najmłodsza grupa, dorastająca w świecie całkowicie cyfrowym, ma w zwyczaju rozmawiać o zdrowiu intymnym ze sztuczną inteligencją – robi to co piąta zetka. – Świat się zmienia, ginekologia też, na wiele pytań odpowiada ChatGPT, który oczywiście jest narzędziem przydatnym, ale bez zobaczenia pacjentki i przeprowadzenia wywiadu udzielone przez sztuczną inteligencję odpowiedzi i rady bywają absolutnie nieadekwatne. Trzeba o tym pamiętać – komentuje prof. Skrzypulec-Plinta. W całej populacji kobiet ChatGPT jest dopiero trzecim źródłem informacji. Wciąż najwięcej kobiet woli rozmawiać o swoim zdrowiu intymnym z lekarzem – dokładnie 45,3 proc. W następnej kolejności z przyjaciółką, przyjacielem lub kimś z najbliższej rodziny.
Zetki są świadome trendów i coraz bardziej zainteresowane zdrowiem, profilaktyką oraz rzetelną wiedzą medyczną. – Co ciekawe, one na antykoncepcję patrzą coraz bardziej sceptycznie i raczej skupiają się na dążeniu do natury i poznawaniem tego, jak działa ich cykl – dodaje prof. Skrzypulec-Plinta.
Milenialki jako wzór
Najbardziej ze wszystkich grup wiekowych dbają o siebie przedstawicielki pokolenia Y, czyli milenialki (ur. 1979–96). A to dlatego, że często znajdują się w kluczowym momencie życia rodzinnego. – To peak. Kiedy zachodzimy w ciążę i staramy się o dziecko, chodzimy do ginekologa bardzo systematycznie. Potem pojawiają się dzieci i tak zapominamy o swoim zdrowiu. Zaczynamy stawiać siebie na końcu listy osób, o które teraz trzeba dbać. A kolejny szczyt następuje, kiedy wchodzimy w okres menopauzy – opisuje Ida Karpińska z Kwiatu Kobiecości.
Ale – co zaskakujące – lekarz jest dopiero trzecim źródłem wiedzy Polek o menopauzie: najczęściej kobiety szukają informacji na ten temat w internecie (wskazało tak 25,4 proc. badanych) i wśród rodziny i znajomych (19,1 proc.). – Wśród tych starszych pacjentek, po 50. roku życia, wyróżniłabym dwie grupy. Pierwsza to jest ta dbająca o siebie, chodząca na fitness i podnosząca ciężary, przyjmująca suplementy. One chodzą do ginekologa w stałym reżimie. Ale jest też taka grupa, która przychodzi na badania raz na pięć–siedem lat. Potrzeba pojawia się wtedy, kiedy jest jakiś objaw, a wtedy często jest za późno na skuteczne wyleczenie – dodaje prof. Violetta Skrzypulec-Plinta.
Już po 40. roku życia rekomendowaną metodą profilaktyki raka piersi staje się mammografia, jednak aż 45,4 proc. kobiet nie wykonuje jej wcale lub robi ją nieregularnie, mimo że w wieku 45–74 lata przysługuje w Polsce bezpłatnie co dwa lata. Nie ma żartów: mediana wieku zachorowania na raka szyjki macicy wynosi 60 lat, a dla raka piersi to 63 lata. Tymczasem w tym wieku kobiety unikają gabinetów ginekologicznych – wstydzą się swojego ciała i zmian, które przeszło, braku owłosienia, problemów z nietrzymaniem moczu. Statystyki pokazują, że wśród pokolenia baby boomers (ur. 1946–64) w ostatnim roku zbadało się 40 proc. kobiet (spadek o 8,4 proc. w porównaniu z 2024).
Nie ma dobrych wiadomości
W 2025 r. najczęstszym powodem rezygnacji z wizyt lekarskich stały się koszty prywatnych wizyt. Z ginekologa na NFZ skorzystać się boimy, na prywatnego coraz rzadziej Polki stać. Generalnie im wyższy poziom zarobków, tym bardziej o siebie dbamy, choć w zeszłym roku nastąpił wyraźny spadek zainteresowania wizytami u ginekologa w każdej grupie dochodowej. W 2024 r. regularne wizyty deklarowało 83 proc. kobiet zarabiających powyżej 7 tys. zł netto, 64 proc. w grupie 5001–7000 zł, 61 proc. przy dochodach 3001–5000 zł oraz 55,1 proc. wśród kobiet zarabiających do 3 tys. zł. Rok później wskaźniki te spadły odpowiednio do 62,6 proc., 50,3 proc., 52,1 proc. i 46,9 proc.
Jest jeszcze jedna zła wiadomość. – Duża grupa nastolatek pozostaje poza jakąkolwiek opieką ginekologiczną – podkreśla Ida Karpińska. Chodzi o młode dziewczyny, które mają za sobą „pierwszy raz”, ale nie skończyły jeszcze 18 lat, by móc same wybrać się do ginekologa. W Polsce, podobnie jak w większości państw na świecie, stale obniża się wiek inicjacji seksualnej. Obecnie wypada on między 15. a 18. rokiem życia. Analizując doniesienia naukowe, można jednak stwierdzić, że aktywność seksualna przed uzyskaniem pełnoletności dotyczy nawet 80 proc. nastolatków, co czyni ją wśród tej grupy wiekowej powszechną.
– Niski poziom wyszczepialności przeciw HPV w tej grupie – 16 proc. – to nasza prawdziwa klęska. Podobnie jak odsetek w całej populacji kobiet – pod ochroną pozostaje tylko 14–15 proc. kobiet – mówi ginekolożka. – Zastanawialiśmy się wiele razy w gronie eksperckim, co możemy zrobić, żeby pacjentki częściej chodziły do ginekologa i robiły regularnie cytologię. Pomysły były różne, ale nic nie poskutkowało, bo zawsze dochodziliśmy do wniosku, że zdrowie seksualne to wciąż temat tabu – dodaje.
To szczególnie trudne w kraju, w którym w zdrowie miesza się polityka. – Towarzystwa antyszczepionkowe zrobiły fatalną robotę wokół szczepień przeciw wirusowi HPV – dodaje Ida Karpińska. A resort zdrowia? Kampania informująca o szczepieniach nastolatków nie dotarła do szerszej świadomości rodziców. Nie przekonała ich. Dorosłym Polkom nikt nie dopłaca do szczepień (a ginekolodzy rzadko informują o takiej możliwości). Zamiast refundacji jest zaproszenie na darmowy test HPV i cytologię płynną. Tyle że... co pięć lat.