Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Społeczeństwo

Czy Marta Nawrocka zabierze głos? Apel w sprawie ochrony dzieci w internecie. PiS grzmi: cenzura!

Fundacja Panoptykon przypomina, że Pierwsza Dama chciała uczynić z bezpieczeństwa w sieci jeden z azymutów swojej aktywności publicznej. Fundacja Panoptykon przypomina, że Pierwsza Dama chciała uczynić z bezpieczeństwa w sieci jeden z azymutów swojej aktywności publicznej. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
132 ekspertów napisało list do pierwszej damy w sprawie aktu o usługach cyfrowych, który ma chronić młodych obywateli Unii przed pornografią czy treściami gloryfikującymi samobójstwa. W projekcie wdrażającej go ustawy politycy PiS dostrzegają jednak próbę „cenzury internetu”.

„Jako osoby zawodowo zajmujące się wpływem nowych technologii na społeczeństwo, w szczególności na zdrowie i prawa dzieci – a także jako rodzice – zwracamy się do Pani jako Pierwszej Damy (...) z prośbą o interwencję u Pani małżonka, Prezydenta Karola Nawrockiego. To od jego podpisu zależą obecnie losy ustawy mającej chronić Polki i Polaków (także najmłodszych) przed szkodliwym wpływem platform (anty-)społecznościowych, takich jak TikTok, YouTube, Facebook czy WhatsApp” – czytamy w apelu zainicjowanym przez fundację Panoptykon.

Sprawa dotyczy aktu o usługach cyfrowych (DSA), unijnego rozporządzenia, które Parlament Europejski przyjął już dwa lata temu. Nakłada na wielkie platformy internetowe m.in. obowiązek informowania użytkowników o powodach skasowania lub blokady ich postów, a także zapewnienia obywatelom UE procedury odwoławczej. Ponadto zwiększa przejrzystość funkcjonowania X czy Instagrama, a także zmusza je do przestrzegania własnych regulaminów (a więc np. do tego, by nie manipulowały uwagą dzieci) oraz efektywnego usuwania nielegalnych treści.

Sęk w tym, że zapisy DSA trzeba jeszcze wdrożyć do polskiego porządku prawnego. Przygotowany przez Ministerstwo Cyfryzacji projekt trafił w grudniu na biurko prezydenta, ale Karol Nawrocki zdaje się skłaniać ku jego zawetowaniu.

Stąd właśnie apel do prezydenckiej żony, która – zauważają sygnatariusze i sygnatariuszki – planuje uczynić z bezpieczeństwa w sieci jeden z azymutów swojej aktywności publicznej. Przypominają w tym kontekście jej list do uczestników konferencji „W sieci emocji” („Wiemy, że rozwój cyberprzestrzeni niesie ze sobą zarówno korzyści, jak i realne zagrożenia. Wymaga to wyjątkowej dbałości o etykę, kulturę i bezpieczeństwo korzystania z sieci przez osoby młode i bardzo młode”) oraz zapowiedź powołania przez prezydentową Fundacji Ludzkich Spraw, mającej walczyć z hejtem i przemocą w internecie.

„Zohydzane i wypaczane” rozporządzenie UE

Pod listem figurują podpisy prof. Wojciecha Kuleszy (Uniwersytet SWPS), dr. Konrada Ciesiołkiewicza (wiceprezes państwowej komisji ds. pedofilii) czy Natalii Hatalskiej (członkini prezydenckiej Rady Nowych Technologii i Cyfryzacji); poparcia udzieliły inicjatywie fundacja Dajemy Dzieciom Siłę, Instytut Cyfrowego Obywatelstwa, Szkoła z Klasą czy SOS dla Edukacji. Słowem: najlepsi w Polsce edukatorzy, psychiatrzy i psychoterapeuci.

– Dawno nie widziałam takiej zgodności i zaangażowania ekspertów jak podczas zbierania podpisów pod naszym apelem – mówi w rozmowie z „Polityką” Katarzyna Szymielewicz, prezeska fundacji Panoptykon. – Wiele osób, które zaangażowały się w akcję, miało już dość tego, że DSA i wdrażająca go nowelizacja ustawy są w polskiej debacie zohydzane i wypaczane. Tymczasem akt o usługach cyfrowych po prostu normuje relacje między obywatelami UE a wielkimi platformami.

Zdaniem Szymielewicz medialny zgiełk o „próbach cenzury internetu” świadomie podsycają dziś lobbyści i prawicowi publicyści. – Sęk w tym, że taka „prowolnościowa” narracja przysłania problemy, z którymi mierzą się w sieci normalni ludzie – mam na myśli chociażby uzależnienia cyfrowe, dezinformację czy rosnącą polaryzację – a przede wszystkim odwraca uwagę od zagrożeń dla naszych dzieci – uważa działaczka.

Sprawa jest paląca. Jak czytamy w raporcie fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, aż 62 proc. młodych użytkowników mediów społecznościowych doświadczyło na nich sytuacji niekomfortowych. Z badania fundacji Dbam o mój zasięg wiemy z kolei, że między 15 a 24 proc. uczniów i uczennic konfrontowało się za pośrednictwem platform z treściami suicydalnymi.

Nie dziwi więc, że – to już dane More In Common – 9 na 10 polskich rodziców uważa bezpieczeństwo w internecie za najważniejszy problem, z jakim mierzą się ich synowie i córki (temat „przegonił” pod względem istotności zaburzenia odżywiania czy ubóstwo).

KUC potrzebny od zaraz

Na ten moment starcie obywatela z TikTokiem, Instagramem czy YouTube’em to faktycznie droga przez mękę, o czym autor tego tekstu zaświadcza z pierwszej ręki. Gdy w ubiegłym roku pochwaliłem się na facebookowym profilu prowadzeniem zajęć na poznańskim UAM, użyłem w poście określenia „osoby studenckie” oraz zdjęcia z widoczną tęczą. Efektem był zalew kilkuset inwektyw, podług których jestem „umysłowym gównem”, „idiotą”, „Pokemonem”, „osobą fekalistyczną”, „skrzywioną” i „psychicznie chorą”, a tak w ogóle, to „lubię w keke”, „powinienem przeprosić ojca i błagać go o wybaczenie”.

Moderacja nie dostrzegła w powyższych komentarzach naruszeń regulaminu (pozostała też ślepa na nawoływania do samobójstwa). Kiedy jednak zażartowałem, że ponieważ forma „osoby studenckie” jest krótsza niż „studenci i studentki”, w związku z czym zaoszczędzony czas „przeznaczę na naukę czterolatków masturbacji”, poskutkowało to ograniczeniem widoczności moich postów, zakazem publikowania reklam i prowadzenia transmisji, wycofaniem profilu z rekomendacji oraz groźbą jego usunięcia. AI nie dostrzegła w mojej wypowiedzi nawiązania do prawicowej nagonki na standardy zdrowia WHO, lecz promocję pedofilii.

Procedura odwoławcza jest zaś tak skomplikowana, że scena z „12 prac Asterixa”, w której Gallowie próbują zdobyć zaświadczenie A38, to przy niej biurokratyczne Przedszkole Koszałka-Opałka. Rzadko zresztą kończy się ona powodzeniem. Z raportu stowarzyszenia „Nigdy Więcej”, które monitorowało 343 przedłożone X przykłady mowy nienawiści, wiemy wszak, że moderacja jakkolwiek zareagowała na co dziesiąte zgłoszenie. W większości zresztą wcale postów nie usunęła, a jedynie ograniczyła ich widoczność.

Alternatywą dla boksowania się z big techami jest jeszcze trudniejsza ścieżka, czyli dochodzenie swoich praw przed sądem. Sytuację może zmienić nowelizacja ustawy. Jak czytamy w liście do pierwszej damy: „Jeśli prezydent ją podpisze, już wkrótce będziemy mogli zwracać się z problemami, jakich doświadczamy na platformach internetowych, do polskiego koordynatora ds. usług cyfrowych (KUC), czyli nowego rzecznika naszych praw w Internecie”.

PiS: #StopCenzurze

Z Pałacu Prezydenckiego tymczasem płyną sygnały o planowanym wecie. Podczas listopadowego spotkania z młodzieżą Karol Nawrocki mówił: „Zastanawiam się, czy oddanie decyzji i guzika o tym, co jest prawidłowe, jest dobrym pomysłem. Dzisiaj mamy takiego premiera, za jakiś czas będziemy mieć innego. Zastanawiam się, czy zgodne jest z polityką platform cyfrowych albo rządu to, aby mówić wprost, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny zgodnie z Konstytucją RP. Nie wiem, kto będzie decydował o wciskaniu guzika, co jest prawidłowe, a co nie”.

– Wierzę, że prezydent znajdzie czas, by przeczytać poprawioną wersję ustawy. Znajdzie 27 paragrafów z kodeksu karnego, których naruszenie będzie mogło być podstawą do ewentualnego zablokowania treści – ripostuje Szymielewicz. – Post, w którym ktoś napisze, że „małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny”, nie zniknie z sieci, bo taka opinia nie spełnia znamion czynu zabronionego (podobnie jak nie spełnia ich postulat wprowadzenia w Polsce małżeństw jednopłciowych). Niezależnie jednak od poglądów trudno mi sobie wyobrazić rodzica albo polityka, który będzie bronił „wolności” do handlowania ludźmi, rozpowszechniania obrazów seksualnego wykorzystywania dzieci czy wyłudzeń pieniędzy.

Gdy parlament przyjął ustawę wdrażającą akt o usługach cyfrowych, reakcja polityków PiS była zresztą nawet ostrzejsza od prezydenckiej. Bliski partii Kaczyńskiego portal wPolityce.pl niepokoił się: „To koniec wolności słowa w sieci? Sejm właśnie przegłosował tzw. ACTA 3!”. Na oficjalnych kanałach społecznościowych PiS pojawił się z kolei utrzymany w alarmistycznym post („Koalicja 13 grudnia właśnie otworzyła furtkę do cenzury w sieci. DSA to realne zagrożenie dla wolności słowa. Powiedz STOP zanim będzie za późno. #StopCenzurze”).

– Ta rozpędzona, „cenzorska” narracja żyje własnym życiem, w oderwaniu od kierunku, w jakim projekt ustawy ewoluował w Sejmie i w Senacie – uważa Szymielewicz. – W jego pierwszej wersji – co do której sami, jako Panoptykon, zgłaszaliśmy zastrzeżenia – ustawodawca rzeczywiście przyznawał dość szerokie uprawnienia Urzędowi Komunikacji Elektronicznej, nie dając obywatelom możliwości odwołania się od jego decyzji do sądu cywilnego.

Opozycję niepokoiło m.in. to, że „w szczególnych przypadkach” urzędnik miałby prawo nałożenia blokady konta lub treści (i to w rygorze natychmiastowej wykonalności!). – Jako eksperci i ekspertki uważamy, że lepiej mieć taką furtkę otwartą, zwłaszcza że w kontekście ochrony dzieci naprawdę nietrudno sobie wyobrazić takie „szczególne przypadki”. Może to być np. sytuacja, w której po serwisie internetowym krąży seksualna przeróbka zdjęcia naszego syna czy córki. Platformy same przecież przyznają w raportach, że pojedyncze zgłoszenia nie są przez nie traktowane jako pilne, a ich moderacja opiera się w coraz większej mierze na AI – dodaje rozmówczyni „Polityki”.

Ponieważ sprawa wzbudziła na prawicy rejwach, podczas prac w Senacie rygor natychmiastowej wykonalności usunięto. – Ponadto w projekcie ustawy, który trafił na biurko prezydenta, zagwarantowano możliwość zaskarżenia do sądu każdej nałożonej przez urząd blokady. W przypadku takiego sporu treść zostanie szybko przywrócona i będzie dostępna do czasu sądowego rozstrzygnięcia, co może potrwać lata. Nie ma się więc co obawiać, że urzędnik czy polityk nagle nam ocenzuruje internet – pokpiwa Szymielewicz.

PiS zdaje się nie zauważać tych korekt. „Urzędnik wskazany przez rząd, będzie mógł jednoosobowo wybierać treści, które będą usuwane z sieci” – grzmiał na X Mariusz Błaszczak.

Zapytana o tę i inne wypowiedzi prezeska Panoptykonu mówi: – Czym innym jest krytyka, nawet bardzo dosadna, a czym innym rozpowszechnianie obrazów wykorzystywanych seksualnie dzieci, grooming czy regularny cyberbullying. Opinie nie naruszają kodeksu karnego, tak samo jak nie naruszają ich kpiny z przeciwników politycznych. Co innego, jeśli ktoś w sieci rozpoczyna nagonkę na grupę etniczną, otwarcie nawołuje do ludobójstwa albo wzywa do spalenia komuś domu, podając adres tej osoby – taką „możliwość dzielenia się opiniami” polskie wdrożenie DSA rzeczywiście utrudni. Tyle że to już nie są „opinie”, ale groźby karalne, za którymi idzie realne zagrożenie dla zdrowia i życia.

A co z treściami, które nie mieszczą się w kodeksie, np. kontentem gloryfikującym anoreksję? – Mamy w DSA art. 28, zobowiązujący platformy do szczególnej ochrony dzieci i młodzieży. Komisja Europejska wydała też szczegółowe wytyczne, które zakazują platformom wykorzystywania słabości i podatności nieletnich użytkowników. A ponieważ big techy doskonale wiedzą, kiedy dziecko „wkręca się” w taką lub inną króliczą norę, mogą wykorzystać swoje informacje (oraz modele AI) nie tylko do nakręcania takich zjawisk, ale także do przeciwdziałania im – wyjaśnia ekspertka.

Trump przestrzega UE

Sytuację dodatkowo komplikuje twardy opór USA. Donald Trump od dawna groził krajom, które zdecydują się wdrożyć unijne rozporządzenia, cłami i restrykcjami wizowymi. Gdy zaś na początku grudnia Komisja Europejska nałożyła na X karę w wysokości 120 mln euro, którą umotywowała właśnie lekceważeniem przez Elona Muska zapisów DSA, amerykańska administracja przeszła od słów do czynów.

Tuż przed świętami Departament Stanu objął zakazem wjazdu do USA byłego komisarza UE Thierry’ego Bretona oraz czterech szefów organizacji pozarządowych. W oficjalnym komunikacie określono ich mianem „radykalnych aktywistów”, którzy rzekomo „prowadzą zorganizowane działania, by zmusić amerykańskie platformy do cenzury”

Z satysfakcją skomentował tę decyzję Zbigniew Ziobro. „I to jest właśnie – proszę unijnego lewactwa – prawdziwa wolność, a nie wasze zakłamanie, hipokryzja i terror politycznej poprawności. Uwielbiacie głosić hasła wolności słowa, ale zabraniacie modlić się przed klinikami aborcyjnymi. Wycieracie sobie zakłamane usta prawami człowieka, ale skazujecie nauczycieli za nauczanie o dwóch płciach. (...) Chcecie walczyć z mową nienawiści, a walczycie z prawdą. W końcu ktoś powiedział stop, nazywając to, co naprawdę robicie, po imieniu”.

Prawica też zyska

– Jak to się dzieje, że (według raportu „Internet dzieci” – red.) mamy w Polsce ponad 1,4 mln osób w wieku 7–12 lat, które korzystają z TikToka, YouTube’a, Instagrama i podobnych serwisów? Przecież w teorii są to usługi dla użytkowników powyżej 13. roku życia? – pyta retorycznie Szymielewicz. – Powierzenie pieczy nad bezpieczeństwem naszych dzieci prywatnym firmom nie tyle niesie ryzyko, że ich one nie dopilnują, ile daje pewność, że będą je dalej wabić i wykorzystywać. Tego problemu nie rozwiąże ani „skuteczniejsza moderacja”, ani większe nakłady na edukację. Musimy jako Unia być podmiotem ich działalności, a nie jedynie rezerwuarem użytkowników.

Tylko jak? – Możemy wprowadzić „twarde bezpieczniki”, np. koniec feedu na temat, przy którym młody człowiek spędził zbyt wiele czasu. Technologia jest bardzo plastyczna, a algorytm przecież „rozpoznaje” nasz wiek. Zamiast podrzucać młodzieży więcej treści na ten sam temat, stymulując jej emocjonalne zaangażowanie, mógłby zadziałać dokładnie odwrotnie. Jak dodaje działaczka, rząd pracuje nad narzędziem przypominającym mObywatela, które pozwoli na bezpieczną (z punktu widzenia ochrony danych) i skuteczną weryfikację wieku użytkowników platform.

Konserwatystom – a przede wszystkim Konfederacji, której profil Facebook usunął trzy lata temu – warto przypomnieć, że DSA zabezpiecza także ich interesy. – Polskie przepisy wdrażające DSA chronią przecież przed publicznym znieważeniem grup narodowościowych i wyznaniowych, a więc np. Polaków i chrześcijan. Znamy przecież historie z krajów „starej Unii”, w których nastawiano opinię publiczną przeciw imigrantom z Polski albo rozpowszechniano w sieci kłamstwo oświęcimskie – zauważa prezeska Panoptykonu.

Pierwszy test pierwszej damy

Jak skomentowała na OKO.press Zuzanna Warso, dyrektorka ds. badań w Fundacji Open Future: „Fundamentalne zagrożenie dla wolności słowa polega na tym, że debata publiczna odbywa się dziś na platformach, które są w rękach amerykańskich – przede wszystkim – gigantów technologicznych”. Ani Polska, ani Unia nie mają tu nic do gadania. Czy Karol Nawrocki zdecyduje się zawalczyć o naszą (cyfrową) suwerenność i wykaże autentyczną troskę o dobro dzieci – przekonamy się maksymalnie 12 stycznia. Do tego czasu prezydent musi podpisać lub zawetować nowelizację ustawy.

Równie ciekawe wyzwanie stoi przed pierwszą damą, która ma okazję zdobyć podmiotowość i autentyczny wpływ na polityczne realia. Wystarczy, że zrobi to, przed czym przez dziesięć lat wzbraniała się Agata Duda: zabierze głos.

Reklama

Czytaj także

null
Społeczeństwo

Tradwife wraca. To więcej niż wybór stylu życia z przeszłości. „Trudno tu nie widzieć hipokryzji”

Ruch tradwife to nie tylko kontrowersyjny powrót do roli kobiety wyłącznie jako żony i matki, ubranej w skromne sukienki retro i fartuszki. Pastelowe influencerki tworzą sielankową przestrzeń do propagowania radykalnych, ultrakonserwatywnych ideologii. A przy okazji zarabiają. Często lepiej niż ich mężowie.

Agnieszka Sowa
16.12.2025
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną