Recenzja spektaklu: „Towiańczycy, królowie chmur”, reż. Wiktor Rubin
Aktorzy grają świetnie, wymowa całości jest jednak nazbyt oczywista.
Aktorzy grają świetnie, wymowa całości jest jednak nazbyt oczywista.
Warto wybrać się na ten spektakl, dla znakomitych śpiewaków, a zwłaszcza dla imponującego powrotu na tę scenę Iwony Hossy.
Piękny, świetnie zagrany spektakl.
Forma oscylująca pomiędzy teatrzykiem świetlicowym a kabaretem.
Spektakl, choć niepozbawiony dłużyzn, intryguje i wciąga.
Zachwycona publiczność bije brawo na stojąco i odśpiewuje z artystami hity Dżemu.
Spektakl inteligentnie gra z rosyjską klasyką i uwodzi gwiazdorską obsadą.
Popis, estetyczny obraz i piękna muzyka Prokofiewa to największe atuty przedstawienia.
Spektakl jest intymny, skupiony na precyzyjnym budowaniu piętrowych relacji miłości-pożądania-poniżania między bohaterami.
Jest moralizatorsko, gwiazdorsko i nudnawo.
Aktorstwo jest czysto zewnętrzne, każda postać ma swój niewielki repertuar powtarzanych gestów i min.
Spektakl w Studio przypomina, jak miło i przyjemnie jest spotkać inteligentnego człowieka. W życiu i w teatrze.
Samotność i męka bohaterów szybko udzielają się widzom.
Kiepski tekst połączył się z nijaką reżyserią i koszmarną scenografią. Aktorzy w tych warunkach byli bez szans.
Patos, nadęcie, bezradność wobec archaicznego tekstu i aktorstwo polegające na ćwiczeniach dykcyjnych.
Na pierwszy plan reżyser wysunął trop biblijny.
Reżyser pozwala wybrzmieć wielowarstwowej treści sztuki, aktorom zaś nie przeszkadza.
Powiało świeżością w łódzkim Teatrze Wielkim.
Bardzo klasycznie, bez eksperymentów i... nudno.
O polskim kompleksie niedorastania do Historii, absurdalnych majaczeniach o Sprawie czy Idei, które zastępują dojrzałe spojrzenie w głąb siebie.