Doping: gdzie się bierze, a gdzie nie

Branie na wyścigi
Kolejna edycja Tour de France znów rusza w aurze dopingowych podejrzeń. Czy są dziś w ogóle dyscypliny, których ta plaga nie dotyczy?
Kraksa na trasie. Tour de France 2006 r.
Reuters/Forum

Kraksa na trasie. Tour de France 2006 r.

Alarm włączył się w marcu. Międzynarodowa Unia Kolarska opublikowała wówczas raport podsumowujący dopingowe grzechy zawodowego peletonu. Na podstawie rozmów z ponad 170 kolarzami wydedukowano, że nie jest dobrze.

Rozstrzał szacunków dotyczących regularnie szprycujących się zawodników był wprawdzie zbyt duży (jeden z kolarzy powiedział, że dopinguje się co piąty; inny, że dziewięciu na dziesięciu), by wysnuć generalne wnioski co do skali zjawiska. Ale najbardziej niepokojące były zeznania o masowym wyłudzaniu zaświadczeń chorobowych, uprawniających do korzystania z substancji znajdujących się na liście zabronionych specyfików. Oraz że paszport biologiczny – cudowną broń w walce z miłośnikami transfuzji krwi oraz innych niedozwolonych metod i substancji – można stosunkowo łatwo oszukać.

W paszporcie monitoruje się chemiczne parametry krwi zawodnika, a każde niewytłumaczalne odstępstwo od normy traktowane jest jak złamanie przepisów antydopingowych. Jak to w dopingu – wynalezienie metody na metodę nie trwało długo. Jeden z kolarzy zeznał, że lekarz doradził mu zmniejszyć jednorazową dawkę przetaczanej krwi – z pół litra do 150–200 mililitrów – by nie zaburzyć wskaźników zapisanych w paszporcie. Podobnie jest z EPO, czyli erytropoetyną, dopingowym hitem, który pobudza produkcję czerwonych krwinek i zwiększa natlenienie organizmu – by nie wywołać podejrzeń, a tym samym nie dać się złapać, trzeba brać mniejsze dawki, tylko częściej.

Ciągłe wpadki

Tego typu informacje podkopują i tak już mocno nadszarpniętą reputację kolarstwa. Prof. Jerzy Smorawiński, rektor poznańskiej AWF i przewodniczący Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie, mówi, że kolarstwem ekscytował się pół wieku temu, za czasów Stanisława Królaka, na rowerze jeździ często, ale gdy patrzy na Tour de France, nie opuszcza go uczucie podejrzliwości. – Śledzę klasyfikację generalną i trochę drżę za każdym razem, gdy robi się głośno o wpadkach; czy aby nie dotyczą naszych – wyznaje.

Zdaniem Pawła Kaliszewskiego, członka Komisji, wyspecjalizowanego w interpretowaniu danych z paszportu biologicznego, z tą metodą jest jak z demokracją: do doskonałości daleko, ale lepszej nie wymyślono. – Można by ją jeszcze usprawnić, oznaczając objętość płynów naczyniowych sportowca albo bezwzględną masę hemoglobiny we krwi. To jest do zrobienia, poprzez podawanie badanemu bardzo małych dawek tlenku węgla. Na razie budzi to jednak sprzeciw środowiska, bo tlenek węgla jest szkodliwy. Co ciekawe – zawodnicy nie protestują, gdy ten sam zabieg wykonuje się, badając ich możliwości wysiłkowe – tłumaczy doktor Kaliszewski.

Mikrodawki bywają jednak zwodnicze, bo w kolarstwie, a przede wszystkim w lekkiej atletyce, co roku dochodzi do kilkunastu dyskwalifikacji z powodu zakłóceń norm wyznaczonych w paszportach. – Nieuczciwi sportowcy korzystają z tego, że przy mikrodawkach parametry krwi poprawiają się powoli, a okno detekcji, czyli czas na wykrycie substancji zabronionej, jest bardzo krótkie. Ale dokładna analiza danych pozwala na wytypowanie podejrzanych i zaplanowanie kolejnych kontroli, już bardziej skutecznych – dodaje doktor Kaliszewski.

Kolarstwo i lekka atletyka wyrządziły krzywdę całemu zawodowemu sportowi. Są dyscyplinami o globalnym znaczeniu, a ujawnienie informacji o systematycznej diecie z koksu największych gwiazd obaliło mity, że doping to margines, broń słabych i że elita nie bierze, bo ma zbyt wiele do stracenia, a poza tym notoryczne kontrole skutecznie wykluczają oszustwa.

Doktor Dariusz Błachnio, członek Komisji, a jednocześnie najdłużej aktywny kontroler dopingowy w Polsce (24 lata stażu), mówi, że w Polsce, tak jak na całym świecie, nie ma żadnego pobłażania dla najlepszych. – Koledzy nieraz bywali w Krakowie u Agnieszki Radwańskiej. Tomek Majewski jest kontrolowany kilkadziesiąt razy rocznie. Podobnie inni przedstawiciele naszej sportowej elity. Zawsze wychodzą czyści. Ale sprawdzać ich trzeba, choćby dlatego, żeby być fair wobec innych.

Skąd kontrolerzy antydopingowi wiedzą, kogo badać? Są pewne dyscypliny, które ze swej natury są podejrzane. Jeśli chodzi o sporty nieolimpijskie, czarną owcą jest kulturystyka. Przed ostatnimi mistrzostwami Polski wytypowano do kontroli ośmiu zawodników – sześciu miało wynik pozytywny, a jeden nie stawił się na badanie. Z ciekawostek: swego czasu na świecie sporo wpadek notowano w bilardzie i brydżu sportowym. – Wszystkie dotyczyły marihuany albo kokainy – dodaje Dariusz Błachnio.

W dyscyplinach olimpijskich generalnie podejrzenia padają tam, gdzie liczą się przede wszystkim siła i wydolność. Pierwsze z brzegu to kolarstwo, kajakarstwo, ciężary, biegi narciarskie oraz lekka atletyka – zwłaszcza sprinty, biegi średnie i rzuty.

Jeśli chodzi o celowanie personalne, czerwone światło zapala się po każdym awansie w rankingu albo spektakularnym wyniku – trudnym do wytłumaczenia, biorąc pod uwagę dotychczasowy poziom. Specjalnym nadzorem objęci są również sportowcy wracający po dyskwalifikacji albo chorobie, podczas której mogli korzystać z tzw. wyłączenia terapeutycznego, czyli zgody na stosowanie zakazanych metod albo substancji. Bywały też kontrole po anonimowym donosie, bardziej elegancko zwanym telefonem zaufania. – Ale jeszcze się nie zdarzyło, by informacja się potwierdziła – informuje Dariusz Błachnio. Również instynkt dopingowego łowcy ma znaczenie: – Kiedyś na zawodach juniorskich przyuważyłem kulomiota, który był bardzo pobudzony, kipiał agresją. Przebadaliśmy go i wpadł na amfetaminie – opowiada doktor Błachnio.

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną