Ludzie i style

Facebook lubi to?

Czy serwis Marka Zuckerberga jest politycznie neutralny?

Mark Zuckerberg z zespołem Mark Zuckerberg z zespołem Robert Galbraith/Reuters / Forum
Polscy narodowcy wypowiedzieli wojnę Facebookowi. I w jednym mogą mieć trochę racji: serwis Zuckerberga nie jest taki bezstronny, za jaki chce uchodzić.
Z pewnych względów narodowcy interweniujący u samego Zuckerberga to obrazek dość osobliwy, by nie powiedzieć: kuriozalny.DPA/Forum Z pewnych względów narodowcy interweniujący u samego Zuckerberga to obrazek dość osobliwy, by nie powiedzieć: kuriozalny.
Protest narodowców pod warszawska siedzibą Facebooka, 5 listopada 2016 r.Omar Marques/Anadolu Agency/EAST NEWS Protest narodowców pod warszawska siedzibą Facebooka, 5 listopada 2016 r.

Artykuł w wersji audio

Protest narodowców przed siedzibą polskiego oddziału Facebooka byłby pewnie liczniejszy, gdyby serwis w porę nie odblokował ich stron: Marszu Niepodległości, Młodzieży Wszechpolskiej, Obozu Narodowo-Radykalnego i Ruchu Narodowego. W porę, czyli przed Świętem Niepodległości. Narodowcy gromadzili fundusze na organizowany przez siebie marsz, zwierali szyki, zapraszali sympatyków. Bez rozgłosu na Facebooku o to wszystko trudno. To tutaj okrzepł Komitet Obrony Demokracji, tutaj przybrały na sile czarne protesty. Jest więc miejsce w sieci, przynajmniej w teorii, dla lewej i prawej strony politycznego aktywizmu.

Polscy nacjonaliści poczuli jednak, że ktoś ich z tej sieci próbuje wymazać. Choć do tymczasowych blokad powinni już przywyknąć, bo Facebook karał ich w przeszłości parokrotnie. Zresztą zawsze mając w zanadrzu twardy argument – symbol Falangi, przywołujący skojarzenia z mową nienawiści używaną przez przedwojenne ruchy nacjonalistyczne, jest zakazany, niezależnie od kontekstu, w jakim zostanie w sieci użyty. Bana może się więc spodziewać i sympatyk ruchów narodowych, i bezstronny reporter, który zamieści fotorelację z manifestacji. Lewicujący użytkownicy sieci tak czułych symboli nie używają. A może Facebook po prostu bardziej ich lubi?

Ideowa Dolina Krzemowa

Żaden wielki koncern otwarcie i oficjalnie nie przyzna, czy i po której politycznej stronie się opowiada. Nie dziwi więc, że Mark Zuckerberg nie złożył publicznej deklaracji, kogo poprze w wyborach prezydenckich w USA. Zachęcał tylko, by korzystać z prawa do oddania głosu (i okolicznościowych narzędzi na FB). „Nasza społeczność jest platformą otwartą na wszystkie idee” – napisał ostrożnie. Zasada równości jest wpisana w każdy wirtualny regulamin, zasada neutralności – domyślna i pożądana, bo przecież gigantyczne platformy sieciowe pokroju Facebooka, Google, Twittera czy Apple chcą pozyskać jak najwięcej odbiorców, nie bacząc na prywatne preferencje swoich użytkowników. Wykluczenie nie leży w ich interesie.

A jednak z pewnych względów narodowcy interweniujący u samego Zuckerberga to obrazek dość osobliwy, by nie powiedzieć: kuriozalny. Nie tylko dlatego, że szefa Facebooka raczej mało interesują lokalne konflikty, ale przede wszystkim ze względu na rodowód legendarnej Doliny Krzemowej, gdzie koncern ma główną siedzibę.

Pod względem światopoglądowym pracownicy Facebooka sytuują się gdzieś na przeciwległym względem narodowców biegunie. – W Dolinie pracują raczej ludzie młodzi i wykształceni, którzy mają trochę częściej poglądy liberalne niż konserwatywne – mówi dr Jan Zając, psycholog internetu z Uniwersytetu Warszawskiego i prezes firmy Sotrender. – Styl pracy, HR i konstruowania biur przywodzi na myśl klasę kreatywną Richarda Floridy – dodaje Alek Tarkowski, doktor socjologii, kierownik Centrum Cyfrowego Projekt: Polska. Ekonomista Richard Florida pojęciem klasy kreatywnej określa ogół naukowców, inżynierów, architektów i artystów, którzy zarabiają, tworząc nowe idee, rozwiązania technologiczne, słowem: pracując umysłowo. Kreatywne społeczeństwo to takie, w którym działają trzy czynniki: talent, technologia i tolerancja.

Cechą wybijającą się w środowisku Doliny Krzemowej jest pewna izolacja, jego członkowie wiodą określony styl życia – wyjaśnia Tarkowski. Samo ulokowanie siedziby Facebooka w San Francisco jest geograficzną formą izolacji. Krążą legendy, że inni mieszkańcy miasta są z niego wręcz wypierani. Informatycy z Doliny Krzemowej trochę jak narodowcy tworzą nację, hermetyczną i zwartą. – To kultura opierająca się na poczuciu odrębności – mówi Tarkowski. – Ludzie żyjący we własnym świecie. Czyli blisko technologii, ale daleko od innych ludzi.

Całą strukturą – w głównej siedzibie, ale i w punktach satelitarnych rozmieszczonych w różnych krajach egzotycznych – rządzi prezes. Futurolog Bruce Sterling opisuje największe dzisiejsze koncerny jako królestwa. – Istniały już wcześniej duże firmy, np. samochodowe, ale ich oddziaływanie na rzeczywistość okazywało się dużo mniejsze – mówi Tarkowski. – Tymczasem o szefach współczesnych sieciowych platform najprościej myśleć jako o królach. To już nie są tylko właściciele firm. Oni naprawdę mają wpływ na sferę publiczną, na całe społeczeństwa.

Pomyśleć, że punktem wyjścia był bardzo prosty koncept Marka Zuckerberga. – Ktoś sobie wymyślił, że będą konta, krótkie wpisy, lajki i przyjaciele. Banalna, głupawa wręcz wizja świata. Ale wszyscy w nią wskoczyliśmy – mimo różnic kulturowych. Stąd być może nieporozumienia i protesty.

Konserwatyzm nie jest trendy

Pracownicy Doliny Krzemowej jakoś ten świat jednak porządkują. Pytanie tylko, czy są sterowani, jakkolwiek zorientowani, czy też ufają wyłącznie bezdusznym algorytmom. Im bardziej Facebook się rozrasta, wchłaniając coraz liczniejsze i coraz bardziej zróżnicowane społeczne grupy, tym częściej słyszy zarzuty, że cenzuruje wpisy, faworyzuje liberalne poglądy, jest przesadnie poprawny politycznie i za nic ma wolność słowa (w USA to świętość, wartość niepodważalna).

Oskarżenia te nabrały ostatnio wyjątkowej mocy. Parę miesięcy temu dziennikarze portalu Gizmodo ujawnili, że pracownicy Facebooka nie są tak zupełnie bezstronni. Przeciwnie, otrzymują wytyczne, co i jak powinno być w serwisie eksponowane. W świetle tych rewelacji wpisy o charakterze liberalnym szybowałyby w górę, przysłaniając treści o wydźwięku konserwatywnym. Gdy użytkownik sądzi, że algorytm podsuwa mu informacje „trendujące”, czyli obiektywnie zyskujące na popularności, w rzeczywistości miałyby to być treści starannie wyselekcjonowane. „Innymi słowy Facebook działa jak newsroom, tradycyjna redakcja – pisał dla Gizmodo Michael Nuńez. – Czyli odzwierciedla uprzedzenia swoich pracowników i nakazy podyktowane im odgórnie przez tę korporację”.

O tym, co jest popularne, co należy przeczytać, a co powinno trafić na czarną listę, decydowałby nie wyłącznie inteligentny system, ale czuwający nad nim człowiek. Czyli każdorazowo wypadkowa statystyki i indywidualnych (ewentualnie przejętych od firmy) poglądów. Informatorami Gizmodo byli przede wszystkim dawni członkowie takich – jak się je określa – kuratorskich (albo redaktorskich) grup w szeregach Facebooka.

Nie chodzi tu o cenzurę, tylko o „pomaganie” tym tematom, których w opinii pracowników nie wypada przemilczeć albo które wybijają na stronach głównych takie serwisy, jak „New York Times” czy BBC. No bo skoro najbardziej uznane media na świecie piszą właśnie o wojnie w Syrii albo relacjonują ostatnie konflikty na tle rasowym w USA i zamachy terrorystyczne, to nie uchodzi, żeby Facebook podsuwał nam akurat memy, zdjęcia kotków albo wyimki z wypowiedzi skrajnej prawicy. Zaznaczmy zresztą, że wspierany przez Facebook algorytm – twierdzi Gizmodo – lekceważy jednocześnie nagłówki ze stron stricte konserwatywnych, takich jak Breitbart, Washington Examiner czy Newsmax.

Intencje są czytelne: nie o niepokój nad losami świata Zuckerbergowi chodzi, ale o sprawianie wrażenia, że trzyma rękę na pulsie, dowartościowując – intencjonalnie czy nie – treści, jeśli nie liberalne, to przynajmniej politycznie poprawne.

Facebook odciął się rzecz jasna od tych oskarżeń. Tom Stocky, wiceprezes sektora odpowiedzialnego za działanie wyszukiwarki w serwisie (kontrola tzw. news feedu leży w jego kompetencjach), komentował w duchu Zuckerberga: „Facebook jest platformą dla osób z całego spektrum politycznego. Przyjęliśmy w tym celu rygorystyczne wytyczne, które zapewniają serwisowi spójność i neutralność”. Tyle deklaracje.

Facebook ma alibi

Były po stronie Facebooka próby dowiedzenia, że jeśli ktoś tu jest stronniczy, to jego użytkownicy, a nie pracownicy. W 2015 r. naukowcy z Doliny Krzemowej opublikowali na łamach magazynu „Science” wyniki badań prowadzonych na grupie dorosłych Amerykanów, którzy zgodzili się ujawnić w serwisie swoje poglądy polityczne (wybierając odpowiednie etykiety, takie jak konserwatysta, liberał itd.). Usiłowano ustalić, czy indywidualne przekonania i preferencje przekładają się na to, jak bardzo (albo mało) zróżnicowane treści konsumujemy na Facebooku. Okazało się – i to żadna niespodzianka – że w lepiej, czyli wyżej eksponowane materiały klikamy chętniej, nawet o 10–15 proc. częściej niż w te wyświetlone na 40. i dalszej pozycji. To nie bez znaczenia, skoro przez nasze prywatne strumienie informacji przewija się dziennie półtora tysiąca rozmaitych treści. Przy czym wzrok zatrzymamy na najwyżej trzystu.

Algorytm Facebooka – podają dalej naukowcy – proponuje nam więc w pierwszej kolejności te materiały, które – jak zgaduje – mogą nas zainteresować. I przede wszystkim te, z którymi będziemy się identyfikować. Próbując się do nas dostosować, odsiewa ok. 5 proc. treści niezgodnych z liberalnymi poglądami (jeśli akurat takie mamy) i 8 proc. treści niezgodnych z poglądami konserwatywnymi (to z kolei scenariusz dla użytkowników konserwatywnych). Badacze dodają dla pocieszenia, że klikamy czasem w materiały, z którymi ideowo nam nie po drodze. Osoby o poglądach liberalnych zareagują na nieco ponad 20 proc. prezentowanych im treści o charakterze konserwatywnym. Osoby o poglądach konserwatywnych – na blisko 30 proc. treści o charakterze liberalnym.

Prof. Christian Sandvig z uniwersytetu w Michigan, specjalista od informacji i komunikacji społecznej, uznał, że przytoczone wyżej badania należą do tych z cyklu „to nie nasza wina”. A to ze względu na kilka dość bezczelnych tez, które naukowcy na łamach „Science” przy okazji sformułowali. Po pierwsze, eksperci z Facebooka przyznali wprawdzie, że pluralizm służy demokracji, ale jednocześnie „wiele badań dowodzi, że zderzanie różnych punktów widzenia świadczy o nikłym zaangażowaniu w sprawy polityczne”. I to by rzekomo tłumaczyło, dlaczego dostajemy w sieci głównie treści dopasowane do naszych poglądów. Po drugie, sami jesteśmy sobie winni, bo to algorytm dostosowuje się do nas, a nie na odwrót. „To jakiś rodzaj alibi – komentuje Sandvig. – Facebook mówi nam: to nie nasza wina! Wy też jesteście stronniczy!”.

Zarzuty stosowania podwójnych standardów słyszeli też właściciele Twittera, na którym w swoim czasie łatwiej było dostać bana za obrażenie lewicowca niż za groźby karalne pod adresem konserwatysty. Katolików i tradycjonalistów dyscyplinuje się za byle co, a lewicowcy robią w tym czasie, co im się żywnie podoba – komentowano. Facebook i podobne mu serwisy nie ujawniają, niestety – a pewnie prowadzą takie statystyki na wewnętrzny użytek – ile i jakie konta banują. System ten we wszystkich rodzajach dużych mediów społecznościowych i sieciowych platform nie działa zresztą w sposób idealny. Dostawcy usług internetowych reagują na zgłoszenia użytkowników, nie mają obowiązku sprawdzać każdego wpisu z osobna. Skanują rzecz jasna filmy i zdjęcia (o czyszczeniu sieci pisała szczegółowo Urszula Schwarzenberg-Czerny, POLITYKA 26/15), ale zdarzają się wpadki. Parę lat temu, kiedy dopiero poznawaliśmy zjawisko hejtu w sieci, system banował np. zarówno osoby hejtujące, jak i ofiary mowy nienawiści. Zresztą i teraz wystarczy odpowiednio duża liczba kliknięć, żeby zawiesić komuś konto, nawet jeśli do naruszenia regulaminu w ogóle nie doszło.

Kłopot w tym, że algorytmy i metody Facebooka są nietransparentne. – Facebook jest czarną skrzynką – mówi Tarkowski. – Nigdy się nie dowiemy, czy mamy do czynienia z grą polityczną, czy też może wszyscy dobrowolnie weszliśmy w przestrzeń komunikacyjną, w której jesteśmy na łasce lub niełasce jakiegoś mechanizmu, przypadkowości, czyjegoś widzimisię. Wpakowaliśmy się w przestrzeń, która jest skrzywiona.

Czy wolno mieć Facebookowi za złe ewentualną stronniczość w dowolnej materii – światopoglądowej, politycznej, ideowej? Narodowcy chyba nie zdają sobie sprawy, jak ciekawy problem niechcący poruszyli. Protestując i domagając się przestrzeni dla swoich przekonań w serwisie, dali do zrozumienia, że Facebook to dla nich nie tylko tuba do głoszenia poglądów i jeszcze jedno miejsce zbiórki, ale przede wszystkim dobro publiczne. Tymczasem oponenci nacjonalistów pisali na forach coś przeciwnego: Facebook to prywatny koncern, więc jeśli komuś nie podoba się jego regulamin, to niech idzie precz i stworzy sobie własny serwis.

Z prawnego punktu widzenia rację mają ci drudzy. Zuckerberg prowadzi tylko i aż wartą ponad 15 mld dol. spółkę akcyjną. Ale Facebook to dziś znacznie więcej niż kosztowne akcje na giełdzie. Rośnie w każdej sferze. W branży reklamowej serwis Zuckerberga i Google tworzą na świecie bezkonkurencyjny duopol. „Financial Times” szacuje, że do kieszeni obydwu koncernów w samych USA trafia 85 centów z każdego dolara wydanego na reklamy w sieci. Facebook staje się też jednym z kluczowych źródeł informacji o świecie. Według ostatnich badań PEW Research Center dwie trzecie dorosłych Amerykanów czerpie wiedzę właśnie z mediów społecznościowych (w Polsce jeszcze króluje telewizja, choć młodsze pokolenia stawiają już częściej na internet).

Bez precedensu jest i to, że w obrębie serwisu powstaje coraz więcej opiniotwórczych stron, które nie mają ani konkretnego zwierzchnika, ani stacjonarnej redakcji, ani statusu prawnego, ani nawet osobnej witryny internetowej. – Dzięki środowiskom narodowym – niezależnie od tego, czy głoszona przez nie ideologia nam się podoba czy nie – nagle zdaliśmy sobie sprawę, że amerykańska korporacja, nad którą nie mamy żadnej kontroli, która jest potężniejsza niż rządy wielu państw i która obraca większymi niż one pieniędzmi, włada bardzo istotną częścią przestrzeni publicznej, dyktuje własne reguły i nikomu nie zamierza się z nich tłumaczyć – mówi dr Zając. Na tym polega fenomen Facebooka i tym się różni od podobnych platform, że jest traktowany jako sfera publiczna. Dlatego wciąż wygrywa z Twitterem, który bez struktury wspólnotowej, stawiając na konta indywidualne, stracił społeczny potencjał.

Sieć jak Dziki Zachód

„New York Times” nazwał niedawno Facebooka „szaloną, gigantyczną, hiperstronniczą medialno-polityczną machiną”. I w tej machinie Zuckerberg bardzo swobodnie się obraca. Gdy w grę wchodzi biznes, nie przeszkadza mu, że pokaźnego wsparcia niemal od początku istnienia udziela firmie Peter Thiel, sympatyk Donalda Trumpa. Gdy Angela Merkel pyta, co Facebook może zrobić dla uchodźców, Zuckerberg zapowiada, że z wyższą starannością będzie tępił ksenofobię.

Tymczasem badacze sieci przewidują, że wirtualna przestrzeń i tak się znormalizuje. – Internet nosił do niedawna pewne cechy tzw. przestrzeni pionierskiej – tłumaczy dr Zając. – Był jak Dziki Zachód, gdzie przyjeżdżali pierwsi osadnicy. A po nich przyszli szeryfowie, jak Zuckerberg, którzy próbują pilnować porządku albo go ustalać. – Internet będzie kiedyś taki jak reszta świata. Tzw. mainstream zdominują silni gracze, do których trudno będzie dołączyć – dodaje dr Zając. Narodowcy mogą się nie załapać.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną