„To zmieniło moje życie”. Dziennikarz o czytaniu tylko papierowej prasy
Jestem zawstydzony, jak wiele czasu teraz mam – pisze Farhad Manjoo w „New York Timesie”, który na dwa miesiące porzucił media społecznościowe.
Najważniejsze to wybór odpowiedniego medium.
Roman Kraft/Unsplash

Najważniejsze to wybór odpowiedniego medium.

W styczniu postanowił wybrać się w podróż do przeszłości. „Wyłączyłem wszystkie powiadomienia, zrezygnowałem z Twittera i innych mediów społecznościowych. Wykupiłem prenumeratę papierowych magazynów: »The Times«, »The Wall Street Journal«, lokalnego »The San Francisco Chronicle« i »The Economist«”.

Manjoo o tym, co się dzieje w USA i na świecie, dowiadywał się tylko z prasy drukowanej. Pozwalał sobie także na podcasty, biuletyny mailowe i książki. Chodziło o to, żeby nieco „zwolnić” procesy odbierania i przetwarzania informacji. „Chciałem wciąż być dobrze poinformowany, ale skupić się na tych mediach, które ponad szybkość informowania cenią rzetelność i przenikliwość analizy” – przyznaje.

Magazyny otrzymywał codziennie wczesnym rankiem. 40 minut – mniej więcej tyle czasu poświęcał na czytanie lub przejrzenie ich wszystkich. „I to było dla mnie doświadczenie formacyjne. Zmieniające życie. Pozbycie się wiecznie brzęczącego telefonu było jak uwolnienie się od potwora, który bez uprzedzenia wdzierał się do mojego dnia z biuletynami wypełnionymi nieprzemyślanymi i pospiesznie pisanymi komentarzami”.

Efekty rezygnacji z mediów społecznościowych

Manjoo teraz czuje się lepiej poinformowany. Tłumaczy to na przykładzie. „Weźmy strzelaninę. Zamiast śledzić minuta po minucie internetowe relacje, moim pierwszym doświadczeniem jest dokładny opis wydarzeń poprzedniego dnia. Jestem zawstydzony – pisze – jak dużo mam czasu. Przez dwa miesiące wolne od mediów społecznościowych udało mi się przeczytać pół tuzina książek i stać się bardziej uważnym mężem i ojcem. Ale to nie wszystko”. Dziennikarz zdał sobie sprawę z jego roli jako konsumenta wiadomości w „naszym zepsutym środowisku informacyjnym”.

Oto jego wnioski:

1. Nie wszystkie newsy to newsy. Brzmi jak oczywistość, ale zdecydowana większość informacji dostępnych w internecie to raczej ciąg nigdy niekończących się komentarzy, takich, które bardziej zakłócają zrozumienie świata, niż je rozjaśniają.

2. Komentarze online wyprzedzają fakty. Śledzenie na bieżąco strzelaniny w mediach społecznościowych = niezliczona liczba komentarzy na temat wydarzenia, o którym niewiele wiemy, bo nie wszystkie fakty są znane.

3. Każda historia publikowana na Facebooku czy Twitterze jest poddana dużej obróbce. Nie publikujemy tam tylko obiektywnego zapisu wydarzeń, przedstawiamy je subiektywnie, z własnej perspektywy, eksponując tylko niektóre wątki. A to sprawia, że nasi odbiorcy czują się zniechęceni do samodzielnych poszukiwań. Nie wkładają wysiłku, by dowiedzieć się, co tak naprawdę myślą. Przecież już mają „własne” zdanie, prawda?

To właśnie nasza podatność na opinie innych – grupy czy środowiska – a nie wiadomości, fakty, wydarzenia, sprawia, że ​rozpowszechniają się ​fake news.

4. Kiedy odpuścimy Facebooka, czas płynie wolniej. Matt Flegenheimer napisał kilka miesięcy temu w „New York Timesie”, podsumowując miniony rok, o „tornadzie newsów, które nadwerężyły poczucie czasu i pamięć Amerykanów”. Skracanie czasu przeznaczonego na śledzenie „newsów” sprawia, że świat staje się bardziej zrozumiały.

Właściwie nie trzeba rezygnować z internetu, żeby tego doświadczyć. Najważniejsze to wybór odpowiedniego medium. Ważne, żeby wybrać takie, które zajmuje się tematami rzetelnie i akcentuje to, co w nich najważniejsze.

Powiadomienia o nowościach dają nam złudne poczucie bycie „na czasie”. Jeśli stanie się coś naprawdę wielkiego, z pewnością dowiemy się o tym. Nie mając konta na Facebooku także.

Na podstawie: „The New York Times”

Czytaj także

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj