Aplikacja randkowa sprzedawała dane o zdrowiu użytkowników
Aplikacja randkowa Grindr sprzedawała firmom zewnętrznym informacje o tym, czy jej użytkownicy chorują na HIV i jaka jest ich orientacja seksualna. Skandal przypomina ten wokół Facebooka i Cambridge Analytica, tyle że dane udostępniane przez Grindra są dużo wrażliwsze.
Aplikacja na telefony jest prosta: pozwala w profilu zamieścić zdjęcie, informacje o sobie i udostępnić pokazywanie odległości innym.
Freestocks.org/Unsplash

Aplikacja na telefony jest prosta: pozwala w profilu zamieścić zdjęcie, informacje o sobie i udostępnić pokazywanie odległości innym.

Grindr to aplikacja randkowa dla gejów podobna do popularnego Tindera. Ma w niej konto 27 milionów osób.

Kontrowersyjna i krytykowana apka dla gejów

Aplikacja na telefony jest prosta: pozwala w profilu zamieścić zdjęcie, informacje o sobie i udostępnić pokazywanie odległości innym. Od początku istnienia była krytykowana. Okazało się, że anonimowość aplikacji sprzyjała handlowi narkotykami, jej użytkownicy często używali rasistowskich etykietek.

Handlowi nielegalnymi substancjami oraz rasistowskim zachowaniom miało zapobiec cenzurowanie treści profili przez Grindra. Nie do końca się to udało, bo zakazane słowa użytkownicy zastępowali innymi (na przykład „towar” zastępowano „chemią” lub emotikonem, a sformułowania typu „żadnych Azjatów” określeniem „żadnego ryżu”).

Aplikację krytykowano też za ułatwianie ryzykownych zachowań seksualnych, więc z czasem wprowadzono w niej wiadomości przypominające o bezpiecznym seksie oraz możliwość opublikowania w profilu informacji, czy jest się nosicielem wirusa HIV (statusu serologicznego), i daty ostatniego badania.

Grindr sprzedawał wrażliwe dane: o preferencjach seksualnych, zdrowiu i lokalizacji użytkowników

Niespełna tydzień temu norweska organizacja pozarządowa SINTEF (działająca na zlecenie szwedzkiej stacji telewizyjnej SVT) odkryła, że dane użytkowników, w tym dane o statusie serologicznym i dacie ostatniego badania, Grindr sprzedaje zewnętrznym firmom. Informacje o preferencjach seksualnych, zdrowiu oraz lokalizacji milionów osób kupowały dwie firmy – Apptimize i Localytics.

Scott Chen, odpowiedzialny za bezpieczeństwo danych użytkowników aplikacji, stwierdził, że „przekazywanie danych użytkowników jest powszechną praktyką w tej branży” i służyło do optymalizacji działania aplikacji. Twierdzi też, że dane były anonimizowane, a nabywcy danych zobowiązani do zachowania poufności. „Nigdy nie przekazywano danych pozwalających na identyfikację użytkowników” – stwierdził na Twitterze.

To jednak niedopowiedzenia. Danych użytkowników nikt w branży informatycznej nie „przekazuje”, są sprzedawane, żeby na nich zarobić. Anonimowość też nie jest całkowita, bo nawet z informacji pozbawionych danych osobowych (tzw. danych zanonimizowanych) i przesyłanych hurtem można statystycznymi metodami uzyskać dane pozwalające na zidentyfikowanie użytkownika.

Grindr narażał swoich użytkowników na aresztowania

Nie jest to jedyny skandal związany z Grindrem. W 2014 roku w Egipcie, gdzie homoseksualizm jest karalny, policja wykorzystała możliwość lokalizowania użytkowników na podstawie podawanej przez aplikację odległości. Gdy sprawa aresztowań wypłynęła, wyświetlanie odległości na pewien czas wyłączono (sprawa okazała się bardziej skomplikowana, bo aplikacja nadal wyświetlała użytkowników w kolejności tego, jak blisko się znajdują, i przesyłała informacje GPS z telefonu).

Afera wokół Grindra poważniejsza niż skandal Facebooka i Cambridge Analytica?

Brytyjskie media porównują sprawę sprzedawania danych o zdrowiu do skandalu Cambridge Analytica i wycieku danych z Facebooka – Grindr ma 27 milionów kont użytkowników – tyle że tym razem dane są znacznie wrażliwsze. W komentarzu redakcyjnym brytyjski „Guardian” napisał: „Przekonanie, że czyjś status HIV i lokalizacja mogą być wykorzystywane przez reklamodawców, w branży technologicznej nie budzi zdziwienia. Jednak poza nią budzi przerażenie, a oburzenie z tego powodu jest całkiem uzasadnione”.

Czytaj więcej: Dokąd prowadzą tropy w aferze facebookowej

Sprawa jest jeszcze bardziej kontrowersyjna, gdy wziąć pod uwagę, że w lutym tego roku Grindra nabyła chińska firma informatyczna Kunlun Group z siedzibą w Pekinie. Relacje dużych chińskich firm z rządem są niezbyt przejrzyste, sam rząd jest zaś znany ze skłonności do zbierania danych, nie tylko o własnych obywatelach i do celów politycznej kontroli, lecz także o cudzoziemcach w celach wywiadowczych. Informacje o orientacji seksualnej kilkudziesięciu milionów cudzoziemców, w tym o ich zdrowiu, zawsze mogą się przydać, a chińska firma raczej nie odmówi przekazania żadnych danych rządowi, sugeruje „Washington Post”.

Grindr tymczasem deklaruje, że przestał przesyłać informacje o zdrowiu użytkowników firmom zewnętrznym.

Trendy, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj