Nauka

Skąd Indianie przybyli?

Geneza tajemniczej kultury Clovis

Artystyczna wizja wędrówki ludów. Artystyczna wizja wędrówki ludów. The Bridgeman Art Library / Corbis
Kto i kiedy po raz pierwszy dotarł do Ameryki? Przybysze z Europy czy Azji? W naukową debatę na ten temat mocno wmieszała się polityka.
Mapa prawdopodobnych dróg migracji do Ameryki.MS/Polityka Mapa prawdopodobnych dróg migracji do Ameryki.
Narzędzia ludzi kultury Clovis.AP/EAST NEWS Narzędzia ludzi kultury Clovis.

Gdy w 1492 r. Kolumb odkrywał Amerykę, nie wiedział, że była ona odkryta już od co najmniej 13 tys. lat. My dziś to wiemy, ale – na zdrowy rozum – fakt, że to odkrycie w ogóle się udało, a zwłaszcza że nastąpiło w okresie największych zlodowaceń, wydaje się niepojęty. Gdy spojrzymy na mapę świata od strony Azji i Ameryki, zobaczymy największy ocean – Pacyfik – rozdzielający oba te lądy i zwężający się stopniowo ku górze, aż do miejsca, gdzie kontynenty niemal się stykają. Między Czukotką z jednej a Alaską z drugiej strony jest tylko wąska Cieśnina Beringa, licząca dziś ok. 80 km. To jedyne miejsce, gdzie mogło dojść do takiej międzykontynentalnej migracji. Tyle że mało jest na Ziemi rejonów równie niedostępnych i groźnych.

Trzy scenariusze

Historia pierwszego odkrycia Ameryki, choć trudna do pojęcia, wydawała się do niedawna dość dobrze rozpoznana. Ludzie, wywodzący się z plemion mongoloidalnych północno-wschodniej Syberii, przybyć tam mieli przed ok. 13 tys. lat. Wcześniej zaś zaliczyli trwający kilka tysięcy lat pobyt na obszarze tzw. Beringii, czyli pomostu lądowego wielkości połowy Europy, który połączył oba kontynenty za sprawą obniżenia się wód oceanu światowego o ponad 100 m podczas ostatniego zlodowacenia.

Po krótkim pobycie na Alasce ruszyli na południe, gdy pokrywa lodowa na obszarze dzisiejszej Kanady rozdzieliła się na dwie masy, i wolnym od lodu korytarzem powędrowali ku stepom. Tam czekały na nich stada wielkich ssaków (mastodontów, naziemnych leniwców, koni, bizonów). Zaprawieni w łowach i uzbrojeni w skuteczną broń ludzie kultury Clovis (nazwani tak od miasteczka w Nowym Meksyku, gdzie znaleziono po raz pierwszy wykonane przez nich kamienne ostrza) rozpoczęli Wielkie Zabijanie (Overkill). Nie minęło kilkaset lat, a większość gatunków dużych ssaków znikła na zawsze z obu Ameryk.

Koncepcja ta znana jest jako Clovis First – i wciąż ma dla Amerykanów powab wyjątkowego, bo opartego na najprawdziwszej nauce, mitu założycielskiego. Jest w niej gotowy scenariusz na superprodukcję fantasy – zatopiony kontynent (Beringia), ogromna masa lądolodu rozstępująca się przed śmiałkami wyruszającymi na podbój nowych światów i wreszcie ziemia obiecana z nieprzebranymi stadami wielkich zwierząt, która dla tych wytrawnych – i pewnie wygłodniałych po Długim Marszu – myśliwych stanowi krainę wiecznych łowów.

W ostatnich latach mnożą się jednak doniesienia, że Clovis być może nie byli pierwszymi lub jedynymi zdobywcami Ameryki (nie licząc Eskimosów, czyli Inuitów), a nawet że wcale nie dotarli tam poprzez Beringię. Jedna z hipotez mówi, że inny szlak (wykorzystywany przez innych ludzi) wiódł drogą morską, wzdłuż wybrzeży Pacyfiku, obfitujących w gęste zarośla wodorostów i nieprzebrane gatunki zwierząt (od mięczaków, przez ryby, po wydry morskie i foki). Trasą tą, nazwaną Autostradą Morszczynową, ludzie mogli dotrzeć w dość krótkim czasie aż po Ziemię Ognistą i nie brakuje przesłanek, że tak właśnie się stało.

Jest jeszcze trzecia wersja – najbardziej może romantyczna i niezwykła – zwana hipotezą solutrejską. Opiera się na znanym od dawna, lecz nigdy niewyjaśnionym podobieństwie narzędzi Clovis i narzędzi tzw. kultury solutrejskiej, która rozwijała się w Europie (Francja i Hiszpania) podczas maksimum ostatniego zlodowacenia (22–16 tys. lat temu) i wykształciła specyficzny styl ciosania kamiennych narzędzi. Skończyła się ona nagle ok. 16 tys. lat temu. Co się stało? Zdaniem dwóch archeologów, Dennisa Stanforda i Bruce’a Bradleya, jej przedstawiciele nie znikli bez śladu, lecz pojawili się po drugiej stronie Atlantyku i to oni właśnie stali się twórcami narzędzi Clovis, a więc poniekąd i pierwszymi Amerykanami.

Grupa X

Jak jednak Solutrejczycy mieli się pojawić w Ameryce, skoro drogę przez otwarty ocean w tak odległych czasach można z góry wykluczyć? Otóż, zdaniem obu autorów, północne obszary Atlantyku pokrywał tzw. lód pakowy, sięgający aż do dzisiejszej Zatoki Biskajskiej, nad którą schronili się Solutrejczycy, gdy cała reszta Europy była zbyt mroźna do zamieszkania i w dużej części pokryta lądolodem. Musieli być bardzo zżyci z morzem i umieli korzystać z jego zasobów – na ich stanowiskach znajdujemy całe stosy muszli morskich mięczaków i kości morskich zwierząt.

Dla ludzi obeznanych ze środowiskiem morskim ta pływająca lodowa pokrywa mogła stanowić rodzaj pomostu łączącego Europę i Amerykę, tak jak podobny lód umożliwił tysiące lat później Inuitom kolonizację Grenlandii i wysp na północy Kanady.

Jednym z argumentów na rzecz hipotezy solutrejskiej ma być odkopany w 1996 r. szkielet tzw. człowieka z Kennewick, liczący ok. 7,5 tys. lat; rekonstrukcja ukazała twarz o niemal europejskich rysach, co spotkało się zresztą z gniewną reakcją lokalnych Indian. Uznali oni szczątki owego człowieka za swego przodka i zamierzali je pochować ceremonialnie w ziemi. Tylko długi proces sądowy uratował tę bezcenną archeologiczną pamiątkę przed ostatecznym zniszczeniem.

Inna przesłanka jest raczej natury genetycznej – wśród pięciu znanych w obu Amerykach grup genów mitochondrialnych (dziedziczonych tylko po kądzieli), cztery mają wschodnioazjatyckie pochodzenie, ale piąta – zwana haplogrupą X – występuje jeszcze tylko w Europie i na Bliskim Wschodzie, więc bardzo trudno zrozumieć, jak ludzie z „X” po obu stronach Atlantyku są ze sobą spokrewnieni. Migracja Solutrejczyków mogłaby to dziwne rozmieszczenie iksów tłumaczyć.

Dziś zresztą to właśnie geny, dużo bardziej niż kości czy narzędzia, pozwalają nam odczytywać skomplikowane szlaki wędrówek naszych dawnych przodków, bo przechowują pamięć odległych zdarzeń – podbojów, kontaktów i wędrówek. I coraz częściej są to geny „kopalne”, wydobywane ze skamieniałych szczątków ludów dawno już wymarłych. Dwa takie nowe doniesienia – choć dotyczą szczątków oddalonych o tysiące kilometrów w przestrzeni i tysiące lat w czasie – mówią coś nowego i ciekawego o tej najbardziej może niezwykłej z ludzkich peregrynacji.

Syberyjska zagadka

Stanowisko archeologiczne Malta na dalekiej Syberii (nad brzegiem rzeki Białej w pobliżu Bajkału) znane jest od dawna ze swego bogactwa górnopaleolitycznej sztuki (40–14 tys. lat p.n.e.), w tym rzeźbionych w kości lub ciosach mamutów wyobrażeń ptaków, węży i mamutów. Szczególnie cenne są małe figurki kobiet (nazywane Wenus), których znaleziono tu ok. 30, a które wcześniej znane były tylko z wykopalisk w Europie. Choć owe Wenus różnią się w szczegółach – te z Malty nie mają charakterystycznych dla europejskich znalezisk wydatnych pośladków i piersi – to ich podobieństwa są wystarczające, by je uważać za przejaw wspólnoty kulturowej (choć niekoniecznie genetycznej) rozciągającej się na niemal całym kontynencie eurazjatyckim i to przez tysiące lat.

W Malcie znaleziono jeszcze jeden obiekt, najcenniejszy ze wszystkich – częściowo zachowany szkielet małego chłopca, złożonego do ziemi z bogatymi darami grzebalnymi, w tym ozdobami ciała i obiektami sztuki. Ich wiek ustalono na 24 tys. lat, co czyni z nich najstarsze tego typu znalezisko w tej części Syberii.

Ale największego skarbu nie było widać i nikt nie mógł się go spodziewać. Tym skarbem były geny. W 2009 r. Eske Willerslev, wybitny duński biolog specjalizujący się w badaniach kopalnego DNA (a przedtem traper żyjący przez kilka lat na Syberii), pojechał do Petersburga, gdzie przechowywane są szczątki chłopca z Malty. Postanowił bowiem spróbować wydobyć z nich DNA i dowiedzieć się czegoś o najstarszych Syberyjczykach, a może i Amerykanach. Ostateczny wynik badań opublikował w listopadzie 2013 r. w „Nature”.

Artykuł wywołał sensację, gdyż geny chłopca z Malty wskazywały na ścisłe pokrewieństwo z zachodnimi Eurazjatami i brak bliższych związków z którymkolwiek z ludów żyjących dziś we wschodniej Syberii. To było bardzo dziwne, ale jeszcze dziwniejszy był fakt, że DNA chłopca zawierało fragmenty charakterystyczne wyłącznie dla żyjących dziś amerykańskich autochtonów. Co jeszcze ciekawsze, ów chłopiec z Malty nie był z pewnością odosobnionym przypadkiem, lecz reprezentował znacznie większą i – co ważniejsze – rozwijającą się długo w czasie populację, gdyż opisany niedawno genom innego osobnika z syberyjskiego stanowiska Afontowa Gora nad Jenisejem, sprzed 17 tys. lat, pokazał podobne genowe powinowactwo z Europejczykami.

Scenariusz zdarzeń, jaki wyłania się z badań syberyjskich paleogenów, może być następujący. Zanim doszło do wyprawy przodków Indian na Beringię, jakaś grupa wschodnich Azjatów ruszyła na północ i spotkała się nad Bajkałem z „zachodnimi Eurazjatami”. Zrodzeni w wyniku tych kontaktów ludzie podążyli dalej na północ i dotarli przez Beringię aż do Alaski. Ci, którzy stamtąd przedostali się na Wielkie Prerie, reprezentowali więc pulę genową pochodzącą z dwóch źródeł – wschodniego i zachodniego, a geny z obu tych źródeł mogły się u paleoindian ujawniać. Być może to ci drudzy odpowiadają za obecność takich ludzi jak człowiek z Kennewick czy tzw. kobieta z Buhl (częściowo zmumifikowany szkielet sprzed 10 tys. lat – też o dziwnie nieindiańskich cechach, zwrócony lokalnemu plemieniu i ceremonialnie pochowany, zanim udało się sprawdzić, czy zachowało się jego DNA), a także za wciąż intrygującą zagadkę haplogrupy X wśród amerykańskich autochtonów.

Indianie protestują

Tylko badanie genów – współczesnych i kopalnych – może rozświetlić mrok otaczający tajemnicę zasiedlenia Ameryki i można by się spodziewać, że rdzenni Amerykanie będą szczególnie zainteresowani, by poznać prawdziwe dzieje swych odległych przodków. Tak jednak nie jest, gdyż postrzegają oni naukę jako współczesną formę kolonializmu i jest to pogląd, który podziela wielu białych Amerykanów.

W USA obowiązuje tzw. prawo NAGPRA (The Native American Graves Protection and Repatriation Act), zgodnie z którym wszystkie agencje i instytucje federalne otrzymujące fundusze z budżetu mają obowiązek zwracać obiekty kultury materialnej plemionom, na których ziemi zostały znalezione. Choć zalecenia te nie odnoszą się do odkryć na gruntach prywatnych lub stanowych, zwyczajowo coraz częściej są stosowane i w tych przypadkach, a dodatkowe poszczególne stany mogą wprowadzać własne przepisy, nieraz jeszcze bardziej restrykcyjne. Dotyczy to również obiektów przechowywanych w muzeach, często o bezcennej wartości naukowej.

Osobna i szczególnie niepokojąca antropologów jest kwestia wtórnych pochówków. Wedle inicjatywy pod nazwą Return to Earth (Powrót do ziemi) wszystkim szczątkom ludzkim, zarówno odkopywanym w ziemi, jak i przechowywanym w instytucjach naukowych i muzealnych, należy się pochówek zgodny z prawami i zwyczajami ludów, do których się odnoszą. Przyjmuje się przy tym założenie, że szczątki znajdywane na terytorium jakiegoś plemienia uważane są automatycznie za reprezentujące jego przodków (lub, w razie nakładania się terytoriów, przodków sąsiadujących ze sobą plemion). Ewentualne badania archeologiczne możliwe są tylko po uzyskaniu zgody starszyzny plemiennej, a z tym są coraz większe kłopoty.

Ale problem nie ogranicza się tylko do genów kopalnych – również żyjący Indianie są takim badaniom przeciwni. Wkrótce po zapowiedzi powstania Projektu Genograficznego w 2005 r. – którego celem jest zbadanie szlaków wędrówek ludzi w procesie zasiedlania planety – odezwała się organizacja plemienna o nazwie Indigenous Peoples Council on Biocolonialism (IPCB). Wydała ona oświadczenie zalecające wszystkim członkom plemion indiańskich odmowę uczestnictwa w tym projekcie. Rekomendowała też bojkot firm IBM, Gateway Computers i National Geographic, które partycypują i współfinansują ów projekt. Jak to wyraził rzecznik IPCB: „Projekt Genograficzny jest eksploatacyjny i nieetyczny, gdyż wykorzystuje ludy tubylcze jako obiekty naukowej ciekawości (…). Badacze chcą pobierać [naszą] krew lub inne tkanki ciała dla własnych celów oraz po to, by forsować własne spekulatywne teorie na temat ludzkiej historii”.

 

Spotkało się to z aprobatą specjalnej agendy Narodów Zjednoczonych do spraw ludności tubylczej, która oświadczyła, że zastrzeżenia Indian są „słuszne, a Projekt Genograficzny powinien być natychmiast wstrzymany”. Trudno się więc dziwić, że członkowie plemion tubylczych Ameryki gremialnie odmawiają udziału w programach badań genetycznych.

Młody dawny przodek

W tym kontekście lepiej widać znaczenie ostatnich doniesień w „Nature” (luty 2014 r.) na temat odczytania genomu tzw. chłopca z Anzick (Anzick-1), czyli najstarszego szkieletu przypisywanego ludowi Clovis. W tych badaniach Willerslev znów odegrał znaczącą rolę.

Szczątki małego dziecka zostały znalezione dość dawno, w 1968 r., na farmie rodziny Anzick w stanie Montana. Wraz z kośćmi odkopano też ok. 125 artefaktów, w tym typowe ostrza Clovis i narzędzia wykonane z kości i rogów. Wszystko wskazuje na celowy pochówek – najstarszy i zarazem jedyny związany z ludem Clovis. „Badania kości pokazały, że należały one do dziecka w wieku 1–1,5 roku, badania genetyczne, że było ono płci męskiej, a datowanie radiowęglowe, że pochówek miał miejsce ok. 12 600 lat temu, pod koniec okresu Clovis” – powiedział jeden ze współautorów pracy Michael Waters.

Z pobranej próbki udało się odczytać pełny genom chłopca, który ujawnił kilka nieoczekiwanych faktów. Po pierwsze, jedną trzecią genów Anzick-1 dzielił z chłopcem z Malty – tak bardzo odległym w czasie i przestrzeni. Zważywszy na „zachodni” charakter tych genów, łączy to zarazem pierwszych Amerykanów z Europejczykami, choć nie wprost, a właśnie za pośrednictwem wspomnianej już „mieszańcowej” populacji znad Bajkału.

Po drugie, pozostałe dwie trzecie genów chłopca z Anzick należy do grup typowych dla dzisiejszych rdzennych Amerykanów. „Było dla nas zaskoczeniem, jak wiele współczesnych ludów indiańskich wywodzi się wprost od linii Anzick-1. Nie znamy danych genetycznych wielu plemion [z Ameryki Północnej], ale wedle bardzo ogólnych szacunków możemy stwierdzić, że 80 proc. ich genów pochodzi od tego chłopca” – mówi Willerslev. I dodaje, odnosząc się do kwestii bezpośredniej łączności pierwszych Amerykanów z Europą: „Badania te rozstrzygają toczące się od lat dyskusje na temat pochodzenia ludu Clovis. Możemy dziś powiedzieć, że hipoteza solutrejska nie pasuje do uzyskanych przez nas danych”.

Choć Shane Doyle z Montana State University, współautor pracy z „Nature” i – uwaga – członek plemienia Crow, mówi wprost: „Mam wrażenie, że nasze odkrycie potwierdza to, w co rdzenni Amerykanie nigdy nie wątpili: że byliśmy tu od niepamiętnych czasów i że wszystkie szczątki spoczywające w ziemi należą do naszych bezpośrednich przodków”.Wszystko to są słowa kojące – i chyba takie miały być – dla elit tubylczych ludów Ameryki, ale nie do końca wywieść je można wprost z uzyskanych wyników.

Wątpliwości jest wiele. Po pierwsze – czy genom jednego człowieka może świadczyć o pochodzeniu wszystkich ludzi i to na dwóch kontynentach? Czy tłumaczy rozbieżność danych genetycznych i anatomicznych, zwłaszcza obecność dawnych szczątków o wyraźnie nieindiańskich cechach? Czy wyjaśnia tajemniczy fakt, że różnorodność językowa jest w Ameryce Południowej wielokrotnie większa niż na północy, tak jakby to na południu ludzie rozwijali się dłużej i tu znajdowało się centrum ich ekspansji? Czy – wykluczając hipotezę solutrejską – tłumaczy podobieństwo narzędzi solutrejskich i Clovis?

Na razie pewne jest jedno: szczątki chłopca z Anzick zostaną ponownie pochowane zgodnie z indiańską tradycją. Tak zniknie jedyne, jak dotąd, świadectwo pochówku ludzi Clovis w USA.

Polityka 16.2014 (2954) z dnia 15.04.2014; Nauka; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Skąd Indianie przybyli?"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Wielki Janusz Gajos. Mówi, a ludzie go słuchają

Kluczowe postaci w „Klerze” i „Kamerdynerze”, do tego kilka ról w Teatrze Narodowym i kolejne filmy w przygotowaniu. Od Janusza Gajosa zależy dziś w polskiej kulturze więcej niż kiedykolwiek.

Aneta Kyzioł
25.09.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną