Tygrysy i nosorożce w proszku. Przez Chiny
Chiński rząd zalegalizował wykorzystanie produktów z tygrysów i nosorożców do celów „leczniczych”. Organizacje ekologiczne twierdzą, że zniweczy to wysiłki podejmowanie w celu ochrony tych zagrożonych gatunków.
Chińska Rada Państwa stwierdziła, że nielegalny handel częściami ciała tygrysów i nosorożców będzie przedmiotem „ostrych sankcji”.
Matthias Mullie/Unsplash

Chińska Rada Państwa stwierdziła, że nielegalny handel częściami ciała tygrysów i nosorożców będzie przedmiotem „ostrych sankcji”.

Zakaz stosowania części ciała tygrysów i nosorożców w tzw. tradycyjnej medycynie chińskiej został wprowadzony w 1993 r. Teraz chińskie szpitale będą mogły wykorzystywać sproszkowany róg nosorożca i kości tygrysa, o ile będą pochodzić od zwierząt hodowanych – zdecydowała Rada Państwa Chińskiej Republiki Ludowej.

Sproszkowany róg nosorożca i kości tygrysa – bez efektów leczniczych

Osiem lat temu Światowa Federacja Stowarzyszeń Medycyny Chińskiej wydała oświadczenie, że nie ma dowodów na skuteczność takich preparatów. Mimo to nadal powszechnie uważane są za lecznicze. W Chinach hoduje się tysiące tygrysów, aby uzyskać z nich kości do rzekomych leków. Nie zaspokaja to miejscowych potrzeb, więc chronione na wolności tygrysy często padają ofiarą kłusowników.

Czytaj także: Strażnik parku narodowego – śmiertelnie niebezpieczna profesja

Popyt na preparaty medycyny chińskiej to ogromne zagrożenie dla ginących gatunków

Chińska Rada Państwa w oświadczeniu stwierdziła, że nielegalny handel częściami ciała tygrysów i nosorożców będzie przedmiotem „ostrych sankcji”, a te niepochodzące z hodowli będą konfiskowane. Jednak organizacje ekologiczne twierdzą, że mimo tych zapewnień zniesienie zakazu może zniweczyć wysiłki podejmowane w celu ochrony tych zagrożonych gatunków. Teraz nielegalnie sprowadzane rogi i kości będzie można sprzedawać pod pozorem, że pochodzą z miejscowych hodowli, co ułatwi obrót nimi.

Czytaj także: Czy nosorożce w ogrodach zoologicznych są bezpieczne? Ostatnie zdarzenia dowodzą, że nie

Sytuacja może być jeszcze gorsza, bo w zaskakującym posunięciu Światowa Organizacja Zdrowia zamierza w przyszłym roku opublikować nową wersję klasyfikacji chorób. Międzynarodowa Klasyfikacja Chorób (ICD, International Classification of Diseases) to poważny dokument, stanowiący podstawę dla krajowych systemów statystyki medycznej i epidemiologii. Po raz pierwszy znajdzie się w niej dział obejmujący schorzenia uznawane przez „tradycyjną medycynę chińską” – np. „zaburzenie przypływu chi w wątrobie” – tak jakby w istocie istniały. Trudno stwierdzić, dlaczego.

Ani tradycyjna, ani medycyna

Tradycyjna medycyna chińska nie jest bowiem ani tradycyjna, ani nie ma zbyt wiele wspólnego z medycyną. Jest zbiorem ludowych recept opartych na teoriach pozbawionych naukowych podstaw. Opiera się na teorii istnienia energii qi (czy też chi), której zaburzony przepływ miałby powodować schorzenia. Rzecz jasna istnienia takiej energii nigdy w historii rozwoju medycyny zachodniej, opartej na dowodach naukowych, nie stwierdzono.

Nie prowadzono systematycznych badań skuteczności wykorzystywanych przez medycynę dalekowschodnią preparatów ani nie monitoruje się ich szkodliwych skutków. Pewnym chlubnym wyjątkiem jest tu lek na malarię – artemizyna. W latach 60. ze stosowanej w chińskiej medycynie rośliny Artemisia annua (bylica roczna) wyizolowano substancję czynną i poddano odpowiednim badaniom klinicznym. W 2015 r. za odkrycie artemizyny został przyznany Nobel z medycyny. Uhonorowana nim chińska farmakolożka Youyou Tu przestrzegała jednak w pracy „określonych procedur badawczych”.

Tania alternatywa dla medycyny zachodniej i świetny produkt na sprzedaż

Co więcej, chińska medycyna nie była nigdy jednolitym systemem. Praktyki ludowe zostały usystematyzowane, gdy maoistowskie Chiny były po prostu zbyt biedne, by praktykować zachodnią medycynę, a Mao (który zresztą w medycynę chińską podobno nie wierzył) zalecił stosowanie „medycyny tradycyjnej”, by zapełnić luki w kulejącym systemie opieki zdrowotnej.

Niestety zwolennikiem „medycyny chińskiej” jest też obecny sekretarz generalny Xi Jinping. Trudno stwierdzić, czy gorąco w nią wierzy, ale przynosi ona krajowi miliony turystów (głównie z Rosji), którzy pozostawiają w Chinach gotówkę. Dwa lata temu chińska rada państwa opracowała dokument, który planuje uniwersalny dostęp do medycyny ludowej do roku 2020 i rozwój tej gałęzi gospodarki do 2030 r.

To nie wróży dobrze ani tygrysom, ani nosorożcom.

Czytaj także: Lacoste rezygnuje z krokodyla w logo (w słusznej sprawie)

Co nowego w nauce?

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj